wtorek, 17 maja 2011

"Nie dla mięczaków" - Monika Szwaja + Madama Butterfly (bynajmniej one razem tego nie pisały) + ThumbThing

Jestem fanką gratisów. Może dlatego, że mam manię posiadania (leczę się z tego, ogranicza się ona tylko do książek) i każdy przedmiot (a nawet żywność do degustacji), który dostaję za darmo, zawsze mnie cieszy. No i Szwaja gapiąca się na mnie z plakatów w Empiku też tak zadziałała. Ale nie robiłam wtedy zakupów. Na szczęście Mary robiła i postanowiła się swojego gratisa pozbyć i trafił szczęściem do mnie. No i stał się moim prywatnym gratisem. Tak oto wygląda historia, w której Szwaja trafiła w moje ręce.

Książczyna jest to rozmiarów niewielkich, za to z czcionką malutką. Tak, czcionka mi się nie podoba (i kolor okładki oczywiście, wspominałam coś, że nie lubię koloru pomarańczowego?). A z tą autorką kontaktu wcześniej nie miałam, chociaż chyba jest popularna (wnioskuję to po tym, że czasem zdarza mi się coś na jej temat usłyszeć). To czemu miałabym unikać? Należy poszerzać horyzonty. No więc poszerzyłam.

Historyjka to dość banalna. Facet rozwodzi się z żoną (jednoznacznie wredną babą), ale w chwili po rozwodzie, gdy ratuje latające dziecko (pedofil!), zakochuje się w Myszce. No i po jakimś czasie zaczyna za nią latać. Nagle okazuje się, że przybłąkał się do niego jakiś syn, o którym nie wiedział. Cóż zrobić, zaopiekować się (przynajmniej do wyników badań DNA, abstrahując od tego, że syn niewątpliwie jest jego). A tu Myszka, w międzyczasie koleżanka z pracy i nagły plan zmiany swojego życia, chociaż w bliżej nieokreślonym kierunku. Łomatkoboska. Ale się narobiło! No właśnie, nie narobiło się.

Co prawda dzisiaj piszę dziwnie, ale cóż można poradzić, miałam do czynienia ze stylem Szwaji (bynajmniej nie uważam, że to coś jest choćby w jednej setnej do niego podobne, broń boże!), przez który miałam ochotę książką o coś prasnąć. Sama fabuła w tym pomagała, ale czego się spodziewać, gdy książka jest pisana na zamówienie Empiku, a nie z potrzeby serca/duszy/umysłu/pustek na koncie. Chociaż to ostatnie to kwestia sporna, bo z tego powodu pisze Pilipiuk (zaraz... co on ostatnio napisał, żeby spłacić mieszkanie?... Nieważne, i tak było kiepskie). Ale styl. Jakoś zdawało mi się, że próbuje intelektualizować w nim na siłę. Tak sztucznie na siłę. Nie wiem, czy to tak zawsze, czy tylko tutaj, ale fakt faktem - takie odniosłam wrażenie. Czyli fabuła nie zachwyca, książeczka na podróż autobusem, a styl mnie doprowadzał na granice załamania nerwowego.

Ale plusy też są! A jak! Nawet zabawne to to. Tyle że gdybym ja spotkała takiego faceta jak ten bohater, od razu zatargałabym go do ołtarza, bo to miły człowiek, nie flakowaty, inteligentny, zarabia wystarczająco, by utrzymać kilku synów i łatwy do manipulacji. Ale to pewnie wynika z tego, że miły. W ogóle jakoś miło było.

Autorki nie opuszczam, bo coś korci mnie "Zupa z ryby fugu". Ciekawe, co to będzie...




W tytule wspomniałam o Motylku. Pamiętacie recenzję "Madame Sadayakko"? Całkowicie zauroczona jej osobą zamarzyłam o tej operze... No i w końcu dotarłam, byłam na niej w niedzielę. I mam mieszane uczucia... Lekko mieszane. Bo pierwszy akt uważam za beznadziejny, ostatnia scena mi się tylko podobała, pozostałe dwa świetne. Ale ostatnia scena? Widział ktoś kiedyś, żeby gejsza popełniała seppuku podcinając sobie gardło? O ile świetnie rozpaczała (zachwycam się tą sceną), to umieranie szło jej definitywnie kiepsko. Co za problem wetknąć sobie brzuch w nóż?

Ale muzyka była cudowna. Scenografia w pierwszym akcie beznadziejna, ale później się poprawili. Gejsza klękać nie potrafi, ale za to potrafi śpiewać. Cóż, dla mnie opera to gra i śpiew, ale jak kto woli. Ale wszystko zrekompensował mi dyrygent. Błagam, nie pytajcie o niego, bo nie przestanę się rumienić :D. Jak on machał tą batutą! Ale ogólnie wrażenia są bardzo dobre. Tylko ten pierwszy akt. Ale do diabła z pierwszym aktem!


Ostatni punkt dzisiejszego postu dotyczył będzie pewnego urządzenia, które krąży ostatnio po blogach. Jest to ThumbThing. Przyznaję, że o ile idea była świetna, to miałam pewne obiekcje co do niego. Bo nie za twarde? Na pewno wygodne? I jeszcze parę innych, których w tej chwili nie pamiętam.
No i ThumbThing pojawił się dzisiaj u mnie w domu. Podręczyłam nim ku celom poznawczym "Pigmeja" Chucka Palahniuka, ryzykując jego śmierć. Ale Pigmej nie umarł, tym lepiej dla niego. Później uznałam, że może to przypadek i przeniosłam się na "Po deszczu przy księżycu". Działa dalej. No i cóż ja teraz zrobię?...

Dlatego oficjalnie Wam ogłaszam, że polecam ThumbThing, który sprawia, że książka w trakcie czytania się nie zamyka, może posłużyć jako zakładka (w sumie chwilowo teraz pełni tę funkcję). Jest wygodny, nie za twardy, nie zabija książek. Ha! Naprawdę ciekawe urządzenie, przydatne. Ma moje błogosławieństwo ^^.

A tutaj jego strona internetowa.

Nakładka na kciuk umożliwiająca wygodne czytanie książki trzymając ją tylko jedną ręką! Dwa skrzydełka ThumbThing delikatnie rozchylają książkę (jednocześnie zapobiegając łamaniu się jej grzbietu). Po zakończeniu czytania wsuwamy ThumbThing między kartki i wykorzystujemy go jako wygodną zakładkę. Dzięki niemu możesz swobodnie czytać w zatłoczonym autobusie, metrze czy tramwaju...
Kciuki w górę!

9 komentarzy:

  1. Alinko, ja bardzo lubię książki p. Moniki Szwai :)
    Jako osoba, która czytała wszystkie!! prócz ostatniej tej cieniutkiej właśnie :) proponuję byś zaczęła od dziewic...albo całkiem od początku wg wydań :)
    Warto:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Sabinko, no może... rozważę to :D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja podobnie jak Sabinka jestem wielbicielką pani Moniki:)
    Wspomniałaś, że korci Cię "Zupa z ryby fugu" - to taka najmniej "szwajowa" książka tej autorki jaką czytałam. Jest tam co prawda Szczecin, kilka postaci z poprzednich książek (no, tobie to akurat będzie obojętne pewnie), jest specyficzne poczucie humoru ale jest i dosyć poważny temat matek zastępczych i różnych komplikacji wynikających z tego powodu.
    Jeżeli mogę coś doradzić, to przed "Zupą" przeczytaj "Gosposię prawie do wszystkiego" - w "Zupie" jest sporo nawiązań do tej właśnie książki.
    Chociaż i bez tej drugiej powieści czyta się bez problemu - ja właśnie tak w odwrotnej kolejności czytałam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja jako również fanka gratisów ucieszyłam się z prezentu od empiku, tylko... no właśnie. Sama książka wylądowała na półce nie ruszona do dziś. Trzeba będzie spróbować xD
    Zapraszam cię na mojego bloga http://w-krainie-andersena.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
  5. Podobnie jak autorka po raz pierwszy przy owym epikowym gratisie spotkałam się z twórczością Pani Moniki Szwai i mam chyba identyczne odczucia po lekturze.
    Niby zwięzła, spójna opowieść, ale czegoś w niej brakuje, styl czasem przeraża. Mimo małej ilości stron nie czuję po niej niedosytu... Pozdrawiam, M.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja się akurat nie umiem przekonać do stylu Szwai, coś mnie w nim drażni przeokrutnie, choć sama pewnie nie wiem, co ;)) Co do gratisów - ha, mam to samo! ;) Raduje mnie wszystko, co dodane gratis ;))

    OdpowiedzUsuń
  7. Szwaję mam w wakacyjnych planach i ciekawa jestem jak mi się spodoba:))
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Książka również wylądowała u mnie przy okazji wielkanocnych zakupów, niestety po kilku stronach zrezygnowałam. Język autorki kompletnie do mnie nie trafia. Przede wszystkim jednak dziękuję bardzo za ukazanie wynalazku jakim jest thumb thing, wczesniej nic o tym nie slyszalam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. kiedyś czytałam jakieś dwie książki Szwai i również mnie ten styl załamywał :) ale ogólnie dla rozrywki w autobusie można :D

    OdpowiedzUsuń