czwartek, 25 grudnia 2014

"Ofiarowana. Moje życie w sekcie scjentologów" - Jenna Miscavige Hill, Lisa Pulitzer

W latach dziewięćdziesiątych, na które to przypadało moje dzieciństwo, głośno mówiło się o sektach. Temat ten mocno mnie zajmował, gdyż moja rodzina ciągle mówiła, że zostanę porwana przez sektę, czy inne tego typu frazesy (za komuny porywała "czarna wołga", a w dzisiejszych czasach - jak to w ogóle brzmi! - pedofile, czy sprzedawcy organów). Bałam się i zastanawiałam nad funkcjonowaniem tych organizacji, ale tak naprawdę nie wiedziałam nic. Nie tak dawno temu ten temat pojawił się na nowo w moim życiu i postanowiłam przeczytać "Ofiarowaną", która jest historią życia dziecka urodzonego i dorastającego w sekcie scjentologów.

Opis wydawnictwa mocno uogólnia całą historię i kondensuje ją tak, że nie ma ona niemal nic wspólnego z właściwą opowieścią Jenny Miscavige Hill. Informacje, które ważne są dla tej książki, nie zostały tam praktycznie zawarte. Miscavige urodziła się w sekcie, a jej rodzina znajdowała się tam już od paru pokoleń, dlatego bohaterka nie zaznała nigdy normalnego życia. Brat jej ojca po śmierci twórcy scjentologii stał się przywódcą całej sekty, przez co życie dziewczynki było mimo wszystko inne od życia jej szeregowych członków - miejscami łatwiejsze, miejscami trudniejsze. I cała ta męka, ból i trudności nie zostały należycie przedstawione w opisie stworzonym przez wydawnictwo.

"Ofiarowana" jest szczegółowym (momentami tak bardzo, że zastanawiałam się, czy Jenna Miscavige Hill mogła to wszystko tak dokładnie zapamiętać, łącznie ze swoimi przemyśleniami jako dziecko) opisem życia w sekcie. Rytuały, zasady, "edukacja" i obowiązki. Separacja od rodziny i mnóstwo pracy, izolacja od reszty świata a także nieustanna infiltracja i pranie mózgu. Wszystkiemu temu poddawane były już nawet dzieci należące do Kościoła, jak to sami siebie nazywali wyznawcy scjentologii. O tym wszystkim i problemach, jakie się z tym wiążą, można przeczytać w "Ofiarowanej".

Oprócz wątpliwości, jakie mam wobec drobiazgowości niektórych wspomnień, książka ta mną wstrząsnęła. Zwyczajnie nie mogłam się od niej oderwać (równolegle z nią czytałam trzeci tom "Gry o tron" i miałam poważne wątpliwości, co chciałam w danym momencie bardziej czytać - to mówi najwięcej) i zrozumieć, jak może dojść do czegoś takiego na taką skalę. Zarówno w sferze wewnętrznej (posłuszeństwo członków) jak i zewnętrznej (brak reakcji władz). W miarę czytania powoli to do mnie docierało. Niemniej uważam, że ta książka nie może zostać uznana za idealny przykład funkcjonowania sekty scjentologów w związku z pozycją rodziców i wujostwa Jenny Miscavige Hill oraz taryfą ulgową, jaką mimo wszystko ona posiadała. Scjentologia składa się z kilku różnych organizacji i właściwy wgląd mamy w tylko jedną (Sea Org), a przecież jest mnóstwo wyznawców, którzy prowadzą normalne - nie wyizolowane - życie. Brakowało mi w niej tych informacji z "pomiędzy" światami. Poza tą niemal jednostronnością, książka jest rzetelna, emocjonalna i wciągająca. Choć muszę przyznać, że niebezpieczna - może wzbudzić niezdrowe zainteresowanie scjentologią. Na szczęście wewnętrzne życie grupy potrafi je z miejsca ostudzić.

Choć "Ofiarowaną" łatwo się czyta, trudno po niej przejść do porządku dziennego. Że też takie rzeczy się naprawdę dzieją...

A polski tytuł jest tak niskim chwytem marketingowym, że aż szkoda, bo ta książka wnosi więcej niż tylko ckliwą historię o dziecku poświęconym przez rodziców sekcie. Ten tytuł jest tak mocno jednostronny, że po dokładnej lekturze okazuje się, że z treścią nie ma już nic wspólnego.

wtorek, 25 listopada 2014

"Woda różana i chleb na sodzie" - Marsha Mehran

Na początku mojej blogowo-recenzenckiej kariery czytałam "Zupę z granatów" Marshy Mehran i byłam nią zachwycona jako lepszym odpowiednikiem słynnej "Czekolady". Już wtedy mówiłam, że zdecydowanie muszę przeczytać drugą część "Zupy...", czyli "Wodę różaną i chleb na sodzie". W końcu, po kilku latach, udało mi się do tego doprowadzić.

Pamiętam jeszcze klimat pierwszego tomu i oczekiwałam go od kontynuacji. Niestety zostałam rozczarowana. Ta książka jest o wiele mniej aromatyczna. Siostry zaczynają się od siebie emocjonalnie oddalać, mają swoje życia i tajemnice. Miasteczko jest tym razem mdłe i zdaje się, że autorce nie udało się osiągnąć celu. Gdzieś na początku są chęci zrujnowania Cafe Babilon, ale gdy pojawia się syrenka, wszystko skupia się na niej i na źle, jakim jest. Również koniec jest mało sycący i treściwy. Mocno skrótowy i bez wyrazu.

W tym tomie pojawiają się również problemy tłumaczeniowe. Nie wiem, czy obie książki tłumaczone były przez tę samą osobę, ale to nie ma znaczenia. Tłumacz powinien znać rzeczy występujące w części pierwszej i zachować konsekwencję, bądź uzasadnić jakoś jej brak. Tu tego nie ma. Najmłodsza z sióstr pachniała w pierwszej części wodą różaną z czarnuszką (ta czarnuszka mocno zapadła mi w pamięć i przez te parę lat próbowałam ją kupić, by wiedzieć, czym Lajla woniała), w drugiej czarnuszka okazała się cynamonem. W pierwszej części lekarstwo na migrenę składało się z zupełnie innych rzeczy niż w drugiej. Muszę jednak przyklasnąć kilku rzadko używanym w dzisiejszych czasach słowom, które narodziły się w tej książce na nowo. To plus zarówno dla tłumaczki, jak i książki.

Fabuła "Wody różanej..." jest nudna i bezcelowa. Jest mi niemal przykro, że przeczytałam tę książkę i straciłam czas, który mogłam lepiej spożytkować (na ciekawszą lekturę). Po pełnej wyrazu "Zupie z granatów" nie pozostało już nic ciekawego. Tylko okładka.

niedziela, 16 listopada 2014

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" - Jonas Jonasson

Jak można spędzić swoje setne urodziny? Myślę, że ja wcale nie chciałabym ich spędzać - nie chciałabym dożyć tego wieku. W ten dzień odwiedzałaby mnie prasa, władze miasta, a ja byłabym traktowana jak bohaterka tylko dlatego, że dożyłam wieku, który nie przytrafia się wielu osobom. Nie dziwi mnie więc, że bohater tej książki zwyczajnie wyskoczył przez okno i zniknął. To chyba o wiele przyjemniejsze, niż bycie dręczonym przez osoby, z którymi ma się niewiele wspólnego i które zamierzają traktować cię jak okaz w zoo.

Sama ucieczka nie jest jednak najważniejszym wątkiem w tej książce. Wprawdzie z każdą stroną zadziwia coraz bardziej (w co wpakuje się staruszek? I jakim cudem wpakował się właśnie w to, w co się wpakował?), ale dopiero gdy cofamy się do jego dzieciństwa, a następnie kroczymy z nim przez całe jego życie, przekonujemy się, że taki właśnie jest Allan Karlsson - szalony, nieprzewidywalny i całkowicie bezpardonowy. Udowadnia nam, że można poważnie namieszać w historii świata, nie mając żadnych poglądów i płynąc po prostu z prądem. Nigdy nie mówiąc "nie". Zwyczajnie niczym się nie przejmując.

Allan jest postacią tak niesamowicie sympatyczną, że to aż nieprawdopodobne. Sądzę, że jemu podobnych osób w prawdziwym życiu po prostu się nie lubi. Niemniej jako postać literacka jest on niesamowity i chciałoby się mieć takiego dziadka. Jeśli tylko jeszcze zabrałby mnie w taką wyprawę! Mniejsza o ilość złamanych przepisów prawnych i trupy po drodze. Komediowości tej postaci nie można odmówić. A także pewnych prawd życiowych, które się nasuwają, jakby przecząc temu, co on robi, a jednocześnie jeszcze bardziej to podkreślając. Allan Karlsson jest pełen sprzeczności i wywołuje też takie emocje, cały czas pozostając przy tym absolutnie sympatyczny. Czy samo to wystarczy, by wykaraskać się z tarapatów? Czym się tu zresztą przejmować? Jego dewizą, jak niczyją inną, jest "kłopoty to moja specjalność".

Zachwyciła mnie ta książka swoją kompletnością, spójnością i nieprawdopodobnym szaleństwem, w które aż pragnę wierzyć. Nie zdarza mi się czytać zbyt wielu książek, które jednocześnie wodzą za nos i są prostolinijne. Żadnej przesady, patosu, lecz zwyczajnie proste podejście do tematu i przedstawienie go w całkiem naturalny sposób. Jakby historia nie mogła się inaczej potoczyć, bo taka jest właśnie kolej rzeczy i tak musi być. Niesamowita pod każdym względem historia, która aż każe zadać sobie pytanie: A ty? Co ty masz ze swojego życia?

środa, 5 listopada 2014

"Córka Kleopatry" - Michelle Moran

Uwielbiam Kleopatrę i jej historię. Nigdy jednak nie zdołałam w mojej wiedzy wyjść znacznie poza jej śmierć. Wiedziałam, że miała trójkę dzieci, ale ich losy były mi bardzo słabo znane. Tym chętniej sięgnęłam po losy córki Kleopatry - Selene (Księżyc) - która wraz z bratem Aleksandrem Heliosem (Słońce) po samobójstwie matki została zabrana przez Oktawiana Augusta do Rzymu i oddana tam na wychowanie byłej żonie Marka Antoniusza (który to żonę zostawił dla Kleopatry właśnie, a zginął pośrednio z ręki Oktawiana).

Michelle Moran usiłowała odtworzyć atmosferę tamtych czasów, a także historię życia egipskiej księżniczki. Językiem prostym, historią wyidealizowaną, ale wciąż na tyle wiarygodną, że można było wyobrazić sobie siebie na ulicach Rzymu spacerujących wraz z bohaterami. A jest ich wielu. Julia, Marcellus, Tyberiusz i inni. Moran przedstawiła tę trójkę jako przyjaciół Selene (ten wątek jest właśnie tak idealistyczny, że nie potrafię się z nim pogodzić, niemniej każdy może sam ocenić jego wiarygodność - w moim przypadku kłóci się on z historią przedstawioną w rewelacyjnej książce "Kochałam Tyberiusza", więc zwyczajnie go odrzucam jako potencjalnie prawdziwy). Bohaterowie starają się także odkryć tajemnicę (historycznie fikcyjnego) Czerwonego Orła, który wywołuje bunty niewolników.

Autorka przedstawia zabójstwa, miłości, zdrady, ale w formie miłej, wręcz mało namiętnej. Są one tak blade, że niemal można by czytać tę książkę dzieciom do poduszki. Niemal. Gdyby nie Orzeł, książka ta nie miałaby ani grama polotu i jedyne, co trzymałoby ją przy życiu, to pamięć o Kleopatrze i pragnienie wiedzy, dokąd zmierza jej historia. Moran poprzestaje na miejscu, w którym kończą się dowody historyczne, a zaczynają mgliste przesłanki. Nie próbuje iść dalej i snuć przypuszczalnych scenariuszy. Nasnuła się ich wystarczająco pomiędzy wjazdem do Rzymu, a wyjazdem z niego.

"Córka Kleopatry" nie jest książką złą, ale słabą. Miłą. Nieporywającą. Do połknięcia na raz i zapomnienia. Jak i jej inna książka, "Heretycka królowa", którą kiedyś czytałam, a dziś nawet nie pamiętam, o co w niej chodziło. Wiem, że chyba pod koniec pierwszego lub drugiego rozdziału był cytat o bogach, który mi się spodobał. Sama książka (jak i treść cytatu) odeszła w zapomnienie. "Córkę Kleopatry" czeka zapewne taka sama przyszłość, chyba że pamięć o samej królowej zatrzyma ją w mojej świadomości.

wtorek, 28 października 2014

"Sztuka sypiania samej" - Sophie Fontanel

Sophie Fontanel na dwanaście lat wyrzekła się seksu po bardzo intensywnym mówieniu "tak". Następnie postanowiła napisać książkę, w której opowie o swoich przeżyciach. Muszę przyznać, że mnie to zaintrygowało i bardzo chciałam się z tą historią zapoznać. Dopóki nie przeczytałam pierwszych stron.

W tej cieniutkiej książeczce dowiadujemy się o tym, jak to biedna bohaterka postanowiła, że nie będzie mieć z seksem nic wspólnego, bo już nie ma ochoty, a wszyscy dookoła się zastanawiali, czy jest lesbijką. Gdy się okazało, że nie jest, stała się ciekawym towarzyszem małżeńskich wypadów, bo w końcu mąż nie może zdradzić żony z osobą, która seksem nie jest zainteresowana. Niestety Sophie postanowiła oświecać w tej sprawie innych i kilka zainspirowanych nią osób również przestało grzeszyć, bądź wypełniać obowiązki małżeńskie. W pewnym momencie już nikt nie chciał mieć z nią do czynienia.

Nie widzę sensu w tej książce. Nie ma przesłania, nie jest powalająco napisana, a historia zwyczajnie nie przedstawia dla mnie żadnej treści. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek uznał za korzystne wydanie "Sztuki sypiania samej". Może to kwestia modnego ostatnio nurtu minimalizmu? Minimalizujemy życie seksualne. Nie wiem. W każdym razie nie znalazłam w tej książce absolutnie nic, co by mi się spodobało. Ani tym bardziej podnieciło, jak to sugeruje Anna Mucha na okładce.

środa, 22 października 2014

"Malowanki na szkle" - Beata Gołembiowska


Z twórczościąBeaty Gołembiowskiej zapoznałam się po raz pierwszy w związku z jej literackim debiutem – „Żółtą sukienką“. W tej małej książeczce było tyle emocji, że gdy autorka mnie zapytała, czy nie zechciałabym zrecenzować jej najnowszej książki, bez wahania się zgodziłam. 

„Malowanki na szkle” są zdecydowanie większe objętościowo, jest też więcej treści i wątków. Na początku byłam zachwycona tematem, który dostałam – poczucie winy i bycie związanym z rodzicem, który nie okazuje najmniejszych oznak ciepłych uczuć do dziecka, ale za to pała ogromną miłością do psa. Później okazało się, że to książka, która opowiada o opuszczaniu, decyzjach i różnych sposobach na miłość, a także konsekwencjach decyzji, jakie podejmujemy i jakie są za nas
podejmowane. 

Jola, główna bohaterka, jest właśnie niewolnicą swojej matki. Ma karierę, ale nie ma życia prywatnego. Gdy Jola się zakochuje, jej rodzicielka nie ustaje w próbach zmanipulowania córki, by ta nigdy jej nie opuściła. Ostatecznie Jola wychodzi za mąż – pełna wyrzutów sumienia i z ogromną potrzebą matczynej miłości. Bohaterka oddaje małżeństwu wszystko, co miała, i żałuje. Bo trafia z deszczu pod rynnę. Musi radzić sobie z duchami nieswojej przeszłości i z teraźniejszością, na którą one wpływają.

Książka ta przedstawia wiele wątków. Mówi o miłości, zdradzie, rodzicielstwie, małżeństwie… Opowiada o wielu tematach, które są ważne i które dobrze się sprzedają, ale nie pozostaje w „teraz”, cofa się do „kiedyś” i pomaga nam poznać motywacje bohaterów i ich tajemnice. Niestety przez to nagromadzenie historii i połączeń książka traci na swoim wyrazie, którego oczekiwałam po autorce „Żółtej sukienki” – niektóre sceny i wątki zostały skrócone, przez co miałam czasem wrażenie wycięcia czegoś ze środka, żeby książka nie wyszła przypadkiem za gruba. Do wyznań dochodzi jakoś zbyt szybko, dialogi zdają się być okrojone. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie, ale spora ich część. 

„Malowanki na szkle” są książką wciągającą, o realnej problematyce, ale rozwiązania są dla mnie nie do końca życiowo akceptowalne (zbyt dużo zbiegów okoliczności?). Język jest dobry, ale jako słabe można określić te skróty, które uważam za największą wadę książki. I zdecydowanie nie zapadła po tej książce cisza – skończyłam ją i sięgnęłam po kolejną. W ostatecznym rozrachunku przeczytałam książkę dobrą – pod pewnymi względami rewelacyjną, pod innymi jedynie poprawną.

sobota, 11 października 2014

"Wilcze przesilenie" - Anne Rice

Niecałe dwa lata temu zachwycałam się "Darem wilka" - pierwszą częścią Kronik Wilczego Daru. Dziś przychodzę do Was z kontynuacją tej książki, a mianowicie "Wilczym przesileniem". Powieścią, która już posiada fabułę, która próbuje rozstrzygnąć kilka egzystencjalnych kwestii i która jest ciepła, jak wymarzony wieczór wigilijny.

Reuben oswoił się już z byciem wilkołakiem, kocha się z kobietą swojego życia i zdaje się, że doszedł do ładu ze swoją rodziną. Nagle jednak okazuje się, że jego była narzeczona jest z nim w ciąży. Dzięki tej sytuacji Reuben poznaje tajemnicę swojego brata. Na tym jednak nie koniec. Okazuje się też, że istnieje wiele ras istot, które żyją wiecznie i z nimi spotykamy się w tej części.

"Wilcze przesilenie" zdominowane jest przez dzieci - te jeszcze nienarodzone, uratowane, a także odmienione, w końcu nowoprzemienione wilkołaki też są poniekąd dziećmi. W tle zaś przygotowania do festynu świątecznego, miłość w powietrzu i zło, które czasem się tam pojawia. Wraz z nim istnieje też Bóg. Cały czas ten dobry, niemieszający się w nieswoje sprawy, ale kochający wszystkie swoje dzieci. Bóg, w którego wierzy Anne Rice i o którym z miłością pisze.

Choć sama jestem ateistką, w tego Boga mogłabym uwierzyć. A może nawet bym chciała. Rice zawsze przybliża do tego, co w człowieku jest dobre, a co złe. Nic nie jest czarno-białe, każdy ma swoje wady, choć i one są wyidealizowane. Oczywiste jest, że wszystko prowadzi do happy endu, nawet jeśli bywa on niejednoznaczny.

To książka dla miłośników spokojnych, refleksyjnych powieści oraz fanów specyficznego stylu autorki. Jeśli ktoś szuka romantyzmu na głębokim poziomie oraz subtelnej akcji, ten znajdzie w niej coś dla siebie.

Ja polecam Rice zawsze. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodła, choć jak każdy pisze lepsze i gorsze historie. Moim zdaniem Kroniki Daru Wilka należą do tych lepszych (choć, jak już wspomniałam, nie jest to najwyższy poziom, jaki Rice potrafi osiągnąć), a ich drugi tom do jeszcze lepszych.

wtorek, 7 października 2014

"Fotografia kulinarna. Od zdjęcia do arcydzieła" - Nicole S. Young

Fotografia nigdy mnie nie interesowała. Wprawdzie chętnie robiłam zdjęcia, ale rzadko i w zasadzie nie miały być genialnie skomponowanymi ujęciami o doskonałym oświetleniu. Byłam za to nieustannie krytykowana. Gdy zaczęłam pisać mojego lifestylowego bloga, zdjęcia stały się poniekąd koniecznością i kupiłam mój pierwszy aparat. Po jakimś czasie przestał mi wystarczać, a ja od moich zdjęć zaczęłam wymagać więcej. Zmieniłam aparat na lepszy i do każdego ujęcia na blogu miałam kilka podejść. Wciąż jednak nie dorównują profesjonalistom. I właśnie wtedy wygrałam książkę o fotografii kulinarnej Nicole S. Young.

Wprawdzie (zwykle) nie muszę robić apetycznych zdjęć jedzenia, ale ta książka okazała się świetnym poradnikiem dla każdego. Wprawdzie skupia się na smakowitych ujęciach, ale rady i informacje w niej zawarte są w większości przypadków na tyle uniwersalne, że mogłam wyciągnąć z nich wnioski dla siebie i własnej fotografii (pierwszy z nich brzmi: Potrzebuję lustrzanki!). Autorka pisze o podstawach i rzeczach bardziej zaawansowanych. Potem omawia mniej lub bardziej potrzebny sprzęt fotograficzny (lub domowej roboty zamienniki), oświetlenie, stylizację fotografowanego obiektu, kadrowanie i kompozycję, a dodatkowo uczy obróbki w Photoshopie. Na końcu zaś omawia krok po kroku jak wykonała dane zdjęcie, jakich parametrów w aparacie użyła oraz wszystko inne, co miało wpływ na taki, a nie inny efekt.

Szczerze mówiąc, po przekartkowaniu nie spodziewałam się, że zrozumiem tę książkę i będę w stanie się z niej czegoś nauczyć. Wydawała mi się skomplikowana, niemniej bardzo pozytywnie się rozczarowałam. To świetny podręcznik zarówno dla początkujących fotografów kulinarnych, bloggerów, jak i osób, które zwyczajnie chcą się dowiedzieć czegoś na temat fotografii ogólnie. Pod względem merytorycznym i wizualnym jest godna polecenia, choć pod moralnym czuję się rozczarowana. Zawsze sądziłam, że potrawy ze zdjęć zawsze można zjeść, ale okazuje się, że nie do końca tak jest. Kulisy fotografii kulinarnej mnie zasmuciły, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdy praktykuje takie sztuczki, jak Young.

Jedyną wadą tej książki (może poza ceną...) jest to, że wprawdzie uczy techniki, ale talentu i dobrego oka nie ma w zestawie.

piątek, 3 października 2014

"Perfekcyjna kobieta to suka" - Anne-Sophie i Marie-Aldine Girard

Czy nie dążymy do perfekcji? Obecnie wszystko jest przecież tworzone tak, by powstawały ideały. Szukamy idealnego stylu, próbujemy być idealnymi matkami, kochankami, przyjaciółkami, pracownicami... Doskonałe we wszystkim. To przerażające, bo przecież doskonałości nie da się zdefiniować. Nie można nadać jej określonych cech. Obiektywna perfekcja nie może istnieć, a subiektywna? Często dotyczy dwóch rzeczy, które sobie wzajemnie przeczą. Siostry Girard postanowiły jednak odejść od tego trendu i udowodnić, że najlepiej jest być tym, kim się jest. Bo perfekcyjna kobieta to suka.

W tym poradniku chodzi o to, by zaakceptować siebie ze wszystkimi wadami, nie umartwiać się dla wyższych celów. W końcu to jest to, kim jesteśmy. Samą książkę uważam za dość wulgarną, momentami niezrozumiałą w tej energiczności, którą się cechuje. Luźny styl, punkty zamiast ciągłego tekstu i wiele wypowiedzi, które z jednej strony proszą o poklask, z drugiej strony o to, by im zaprzeczyć, obrazić się, zamknąć książkę i wyrzucić ją do kosza z wrażeniem, że to tylko i wyłącznie bzdury.

Pod tym ostatnim stwierdzeniem się podpiszę, bo choć tytuł zachęca, to sam poradnik niczego nie wniósł do mojego życia. Wciąż pragnę być doskonała, wciąż zamierzam zachować moje cechy suki i wciąż nie widzę sensu w tej książce. To tekst rozrywkowy, w dużej mierze denerwujący, ale nie potrafiłabym go polecić nikomu.

poniedziałek, 22 września 2014

"Rywalki" - Kiera Cass (trylogia)

Ameryka nie istnieje. Teraz jest na jej miejscu królestwo, w którym panuje ścisły system kastowy. Niemniej książę dorasta i pora znaleźć mu żonę. Dziewczęta z prowincji mogą się zgłosić, by wziąć udział w wyścigach do serca Maxona. Konkurencja nie ma żadnych szans.

To bardzo skrótowo opowiedziana fabuła trylogii "Rywalki" napisanej przez Kierę Cass. Głównej bohaterce - o imieniu America - zostaje złamane serce po tym, gdy zgodnie z prośbą swojego ukochanego, zgłasza się jako kandydatka do ręki księcia. Nie spodziewa się, by się dostała do grona trzydziestu pięciu dziewcząt (w końcu jest z nieznaczącej wiele piątej kasty, kasty artystów), jednak los decyduje inaczej, niż America sobie to zaplanowała i dziewczyna z dnia na dzień ląduje w pałacu.

Bohaterka jest zadziorna, łamie konwenanse i zaprzyjaźnia się z księciem. Z czasem jednak w pałacu pojawia się jej były chłopak jako strażnik i sytuacja się komplikuje. Czy można trzymać dwie sroki za ogon? Czy America naprawdę tego chce? Dlaczego w ogóle decyduje się na pozostanie w pałacu? Powodów jest wiele, miłość i wyrachowanie do nich nie należą.

Choć "Rywalki" to typowa seria dla nastolatek, ujęła mnie w jakiś sposób. W końcu historia Kopciuszka jest zawsze na topie (nawet gdy monarchie są już na wymarciu), a bohaterki, które robią wszystko po swojemu to zdecydowanie mój typ. Autorka próbuje nadać tym książkom więcej znaczenia (dzięki rebeliantom, niemniej trzeba długo czekać, by wyjaśniła się ich rola), co wychodzi jej średnio. Bohaterowie rozwijają się bardzo powoli, a gdy seria się kończy, to się kończy*. Z hukiem, który pozostawia po sobie głuche echo, z którego nic nie wynika.

Byłam zachwycona tą serią i bardzo szybko ją pochłonęłam. To w zasadzie jedna z jej niewielu zalet. Nie ma wiele wartości, są za to piękne stroje i wewnętrzne rozterki niezbyt rozsądnej nastolatki rozdartej między dwoma facetami oraz dobrobytem rodziny i przyjaciół. Pięknie pokazane sztuczne życie pod kloszem, choć ostatecznie więcej tam nie dostrzegłam. Oprócz niesamowitej przyjemności z czytania lekkiej książki o trochę bardziej nowoczesnym Kopciuszku.

*Dowiedziałam się, że ma powstać kontynuacja.

niedziela, 14 września 2014

"Nomen omen" - Marta Kisiel

Co powinna zrobić młoda kobieta, która nie może już wytrzymać z rodziną? Odpowiedź jest prosta: wynieść się z domu. Odziedziczyć pracę po koleżance sprzed lat i wprowadzić się do domu nieznajomej staruszki. Nieważne, że na miejscu okazuje się, że owa staruszka ma wyraźne rozdwojenie osobowości. Wszędzie dobrze, byle nie w domu!

Mniej więcej w ten sposób zaczyna się "Nomen omen" Marty Kisiel. Czarna komedia prosto z Wrocławia, w porywach do Breslau, Mickiewicza i lekcji łaciny. W końcu nie ma straszniejszej rzeczy niż nauczycielka tego wymarłego języka. No, może poza odkryciem na swojej podłodze śpiącego ciała własnego brata, który później próbuje cię utopić w Odrze. A potem okazuje się, że staruszka z rozdwojeniem osobowości to tak naprawdę dwie staruszki... Do tego dochodzą blondynki z warkoczami, studenci filologii i diabelstwa rodem z bliżej nieokreślonego miejsca. Mówiąc krótko: już od pierwszej strony tej książki nie sposób się nudzić.

Marta Kisiel pisze gęsto. Jej język jest z lekka wymyślny, ale brakuje zbędnych opisów i trzyma w napięciu. Jego celem jest utrzymywanie stałego poziomu wewnętrznego chichotu, który wyrywa się na powierzchnię w odpowiednich momentach, atakując wszystkich dookoła dziwnym śmiechem. To nie jest poważna książka i nawet nie próbuje do miana takowej pretendować. Ona zwyczajnie ma bawić i zaskakiwać. Udaje jej się to. Głupie teksty i pomysły są wręcz genialne w swoim absurdzie. Niestety "Nomen omen" kiedyś się kończy. Konkretnie w momencie, w którym traktuje się bohaterów lepiej niż własną rodzinę i nie chciałoby się z nimi rozstawać. A już szczególnie po obejrzeniu wszystkich (nielicznych) ilustracji zdobiących tę pozycję.

Reasumując: świetna czarna komedia. Koniecznie trzeba po nią sięgnąć, by umrzeć ze śmiechu.

piątek, 5 września 2014

"Poradnik dla ambitnych kobiet. Jak zrobić karierę" - Mrs Moneypenny

Wśród nawału poradników dla kobiet niewiele jest takich, które naprawdę wnoszą coś do życia ich czytelniczek. Pozycje poważne, ale napisane przystępnym językiem są taką rzadkością, że powinny być sprzedawane na wagę złota. Taką właśnie książką jest "Poradnik dla ambitnych kobiet" felietonistki "The Financial Times" Heather McGregor.

Patrząc na okładkę, spodziewałam się pseudoporadnika (jak większość ukazujących się na rynku, a o niektórych niedawno pisałam, bądź dopiero napiszę), jednak już po pierwszych stronach przekonałam się, że Mrs Moneypenny jest kobietą, która wypowiada się na tematy, o których ma pojęcie, jest kompetentna i potrafi pisać. Dawno żaden poradnik nie wywołał we mnie takiego entuzjazmu, ponieważ trafiłam na ten w świetnym momencie (tuż przed końcem studiów), gdy stoję na rozdrożu i nie wiem, co sama ze sobą zrobić. Cieszę się, że mimo okładki - która sama w sobie jest piękna, oprócz żółtego rogu, ale sprawiła, że nie traktowałam książki poważnie - skusiłam się na tę pozycję.

Mrs Moneypenny opowiada o kreowaniu wizerunku, tworzenia sieci znajomych, sposobach na karierę i na obranie drogi życia zawodowego (nie opowiada jednak o humanistach, lecz o osobach powiązanych z finansami, w niczym to jednak nie przeszkadza). Daje wiele praktycznych rad, wspomina o kobietach, które osiągnęły sukces (przy czym też zaznacza, że sukces dla każdego oznacza co innego - ona pokazuje nam, jak dostać się na sam szczyt) oraz o trudnościach, jakie je spotkały - głównie z powodu bycia kobietą. Mówi, na czym należy się koncentrować (rozwijaniu mocnych stron), a co lepiej zlecić komuś innemu. W książce znajdziemy rady odnośnie stroju, rozmowy kwalifikacyjnej i sposobach na awans. I co nieco na temat pogodzenia kariery z rodziną.

"Poradnik dla ambitnych kobiet" stał się dla mnie jedną z najważniejszych książek tego roku i mogę polecić go każdej kobiecie, która czuje się trochę niepewna siebie i nie ma na siebie pomysłu. Polecam go szczególnie nastolatkom, które niedługo będą musiały podjąć decyzje na temat swojego dalszego życia. Niezwykłą zaletą tej książki jest jednak uniwersalność, dzięki której kobiety w każdym wieku mogą znaleźć w nim wartości i rady, które są idealne do obecnej sytuacji życiowej. Chyba że już się jest na samym szczycie, ale wtedy Mrs Moneypenny powie, jak się na nim utrzymać.

Rewelacyjny poradnik.

niedziela, 31 sierpnia 2014

"Medicus" - Noah Gordon

Ciężko jest zostać lekarzem w dzisiejszych czasach. Zastanawialiście się jednak, jaką drogę trzeba było przejść w jedenastym wieku, by móc stać się medykiem? A jaką, by stać się kompetentnym medykiem?

Noah Gordon opowiada w swojej książce niezwykłą historię o powołaniu, talencie i marzeniach. A także o przeciwieństwach losu i ciężkiej pracy, bez której przecież nie ma kołaczy. Już w momencie śmierci swojej matki Rob orientuje się, że ma dar - gdy kogoś dotknie, czuje, ile pozostało w nim życia. Potem traci ojca, a następnie po kolei swoje rodzeństwo, a sam trafia pod opiekę balwierza - wędrownego aktora i uzdrowiciela w jednym. Tam przez lata uczy się sztuki leczenia i oszukiwania jednocześnie. W końcu umiera jego mistrz, a Rob od pewnego Żyda-medyka dowiaduje się o prawdziwym mistrzu, Awicennie. Jego celem staje się nauka u najlepszego z najlepszych.

Dziś, by dotrzeć na drugi koniec świata, wystarczy najwyżej jeden dzień. W tamtych czasach były to lata podróży przez niebezpieczną średniowieczną Europę. Walki między religiami, ale też łatwość sfałszowania własnego pochodzenia, sprawiają, że tamte czasy były pod pewnymi względami trudne, a pod innymi łatwiejsze. Rob potrafił manewrować między tymi ograniczeniami i ułatwieniami z gracją aktora - tylko po to, by osiągnąć swój cel i móc w końcu naprawdę leczyć ludzi. Czy mu się uda? Co straci po drodze?

"Medicus" to naprawdę świetna książka, w której świecie pogrążyłam się na kilka dni, stykając się z nieszczęściami, ale też potęgą celu, do którego zmierzamy. To prawda, że gdy czegoś naprawdę pragniemy, wszechświat próbuje nam to ułatwić. Mniej lub bardziej. To powieść również o potędze nauki i umiejętności dopasowywania się do otoczenia. Bardzo inspirująca i wiele wnosząca do życia, przynajmniej mojego.

Bardzo dobrze napisana książka z ciekawymi postaciami i niezwykłą fabułą. Niepozbawiona drobnych wad, ale trudno uniknąć pewnych słabych punktów (jak np. za słabo rozwinięte charaktery postaci pobocznych, czy też spora ilość przypadków) w powieści o takim rozmachu. Jeśli nie czytaliście, pora to nadrobić.

Poza tym kilka miesięcy temu pojawił się w kinach film na podstawie tej książki. Widzieliście go? Czytaliście książkę? Co sądzicie?

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

"Jackie czy Marilyn? Ponadczasowe lekcje stylu" - Pamela Keogh

Kim jesteś? Jackie czy Marilyn? Pierwszą dama czy gwiazdą filmowa? Najsławniejszą czy najseksowniejszą kobietą świata?

Pamela Keogh (autorka m.in. "What would Audrey do?", którą to książkę pragnęłam przeczytać przed kilkoma laty) uważa, że każda z nas jest mniej lub bardziej Jackie bądź Marilyn - mniej lub bardziej mieszanką tych dwóch osobowości, których poza mężczyzną i kilkoma znajomymi nic nie łączyło. Czy aby na pewno? Autorka przez całą książkę przekonuje, że mimo znaczących różnic (jak pochodzenie, wykształcenie czy obrana droga życia) tak naprawdę były do siebie pod pewnymi względami bardzo podobne. A my, kobiety, jesteśmy takie same. Silne i warte, by się za nami uganiano. Brzmi znajomo, prawda? Czytamy o tym w niemal każdym poradniku dla kobiet. Ten się jednak różni od całej reszty - pokazuje nam, że takie kobiety naprawdę istniały i każda z nas może się taką stać. Choć w portretach przedstawionych przez Keogh zarówno Jackie jak i Marilyn są mocno wyidealizowane.

Książka ta jest połączeniem biografii wspomnianych w tytule kobiet, analizy psychologicznej oraz poradnika. Już sam pomysł jest godny uwagi, wykonanie jednak jedynie częściowo. Wprawdzie części biograficzno-plotkarskie są naprawdę ciekawe, to czasem ton autorki jest zbyt natarczywy, gdy przychodzi do udzielania rad na temat stylu życia. Zrób to, bo jesteś Marilyn. Bez słowa dyskusji. Już czytając tę książkę wysnuwa się samodzielne wnioski, które zresztą są podane na tacy. Porady dawane przez autorkę są w tym momencie powtórzeniem tego, co już napisała. W dalszych częściach książki jej słowa odbijają się echem w teście. Jedna trzecia całego poradnika to zwyczajne przepisywanie po raz kolejny tego samego. Te momenty są nużące. Na szczęście od czasu do czasu pojawia się zabawny rysunek przedstawiający Jackie/Marilyn i można spokojnie wrócić do czytania.

"Jackie czy Marilyn?" bardzo mnie zaciekawiła i nie jestem nią rozczarowana. Była bardzo miłą odmianą po "Sztuce prostoty", choć również niepozbawioną wad. Ta książka jest płytka, gdyż sprowadza się głównie do próby nauczenia kobiet, jak uwieść mężczyznę i trzymać go na smyczy, by obsypywał je diamentami. Każda jest tego warta. I każda może wszystko osiągnąć. Jest to niestety nierealne i pod względem przekazywanych wartości nadawałaby się ta lektura głównie dla nastolatek, które wierzą, że ich przyszłość będzie różowa i wymarzona.

Nie należy czytać tej książki bez dystansu. Ja wyciągnęłam z niej to, czego oczekiwałam - chciałam poznać bliżej obie kobiety (Jackie bardziej, bo o Marilyn już sporo wiem) oraz różnice między nimi. Czytając ją pod kątem poradnika, byłabym bardzo niezadowolona. Osoba, która uważa, że każda kobieta może osiągnąć sukces na miarę obu postaci, traktuje swoje czytelniczki na bardzo niskim poziomie intelektualnym.

To lekka, zabawna książka. Nie należy jednak traktować jej poważnie. Z całą pewnością nie jako biblię ponadczasowego stylu - bo tego w tej pozycji nie znajdziecie.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

"Dotknięcie ziemi" - Rani Manicka

Pewne książki idą za nami przez życie. Poznajemy je w dzieciństwie lub wieku nastoletnim, a lata później okazuje się, że wciąż możemy z nich wiele wyciągnąć. Bałam się powrotu do tej książki, jednej z moich najukochańszych. Bałam się rozczarowania. Bałam się własnych oczekiwań i wyobrażeń na temat czegoś, co znałam już niemal na pamięć. Na szczęście okazało się, że "Dotknięcie ziemi" jest dokładnie tak samo rewelacyjne jak zawsze.

Ta książka jest historią o ludziach upadłych, których życie doprowadziło ich do tego samego miejsca - pokrytej kokainowym proszkiem świątyni pająka. Jest to miejsce, w którym oddają resztki siebie, by zapomnieć lub pokutować za grzechy. A czasem dlatego, że pragnie tego przeznaczenie. Historia zaczyna się na Bali, od pięknych bliźniaczek Nutan i Zeenat, które po śmierci matki zostają wysłane przez ojca na wakacje do Londynu. Tam, pracując jako kelnerki, poznają Ricky'ego - twórcy świątyni, a przy okazji włoskiego restauratora. Kolejną osobą jest jego żona Francesca. Bogata paniusia, która z czasem udowadnia, jak bardzo pozory mylą. Pojawia się też platynowa piękność, ekskluzywna prostytutka Elizabeth, malarz Anis, fryzjer Bruce i kilka pobocznych postaci, których autorka nie dopuszcza do głosu. To oni wszyscy są narratorami. Choć żyją w jednej historii, ich życia są ściśle powiązane, to istnieją też poza świątynią i walczą z własnymi demonami.

To smutna książka, która pokazuje, że każdy problem można rozwiązać na kilka sposobów. I choć bohaterowie żyją w brudzie nie tyle fizycznym co duchowym, to widać, że jest w nich też piękno, które ma szansę zatriumfować. Muszą tylko zdecydować, czego tak naprawdę pragną.

Tym razem dostrzegłam w niej wady - niepewność autorki w poruszaniu się po środowisku narkomanów i trudność w pisaniu o tym, co sugeruje jednocześnie niewiedzę; drobne błędy tłumaczki i kilka niezgrabności językowych;  postać Rani Manickiej, która również osobiście pojawia się w książce - nie rozumiem jej roli. Czy próbuje ona wołać o pomoc? Zemścić się na krytykach literackich? Jej ego się tego domagało? A może zwyczajnie próbuje jej nadać realnego rysu? To ostatnie jest moim zdaniem niepotrzebne, bo odbieram tę książkę jako bardzo rzeczywistą - nawet jeśli pojawia się tam magia. Ona jednak jest w każdej książce tej autorki i nigdy nie odczuwałam potrzeby potwierdzenia jej prawdomówności.

"Dotknięcie ziemi" to piękna książka o bólu, miłości, przeznaczeniu i możliwości wyboru. Wprawdzie są tu różne brudy w rodzaju prostytucji, alkoholu i narkotyków, ale jest też piękno natury i miłości. Wszystko to miesza się w idealnych proporcjach, aż powstaje niesamowita wielowymiarowa historia. Jedna z moich ukochanych.

Nie oddałabym tej książki. Nigdy.

piątek, 8 sierpnia 2014

"Kuchnia filmowa" - Paulina Wnuk

Gdy usłyszałam o blogu Pauliny Wnuk, bardzo mnie zaintrygował. Blogów kulinarnych jest mnóstwo, ale autorka tego konkretnego (i jednocześnie książki, o której teraz będę pisać) skupia się na kuchni filmowej. I stąd tytuł jej książki kucharskiej.

Paulina Wnuk inspiruje się potrawami spożywanymi przez bohaterów filmów i seriali, a następnie na łamach bloga przedstawia własne interpretacje danych dań. Zatem pokazuje niebieską zupę Bridget Jones, niemniej sama stara się, by jej wersja (w przeciwieństwie do zupy ugotowanej przez postać) smakowała. Pisze również kilka słów o filmie i o tym, co ugotowała.

Niestety okazało się, że książka zniechęciła mnie tym samym co blog - uważam te dania za mało kreatywne (w całej książce znalazłam tylko jedno, które mnie naprawdę zainteresowało!), zdjęcia nie sięgają jakości porządnych blogów i książek kulinarnych do pięt. Najciekawsze są kadry z filmów. I słowa autorki na temat danej produkcji. Zaletą przepisów jest to, że są proste. W końcu co to za problem zrobić gorącą czekoladę z piankami, kanapki czy kolejną wariację na temat makaronu? Owszem, jest też kilka bardziej wymagających dań, niemniej wciąż mieszczą się one w mojej definicji słowa "proste".

Czy dobry pomysł ze słabym wykonaniem zasługuje na publikację? To jest poziom bloga, ale nie książki kucharskiej. Na jej potrzeby nie zostały zrobione lepsze zdjęcia (a ja bardzo lubię jeść oczami i niestety tutaj nie wyszło - czytam tyle wspaniałych blogów kulinarnych z genialnymi zdjęciami, więc od KSIĄŻKI wymagam przynajmniej tego samego), tylko wzięte te same, które są na blogu. Dochodzę do wniosku, że książka byłaby o niebo lepsza, gdyby usunąć z niej przepisy, a Paulinie Wnuk pozwolić pisać tylko i wyłącznie o tym, co urzeka ją w filmach.

"Kuchnia filmowa" ogromnie mnie rozczarowała. A po okładce (tak, tak, wiem...) sądziłam, że czeka mnie coś lepszego niż blog. On nie przypadł mi do gustu i książka niestety poszła w jego ślady.

piątek, 1 sierpnia 2014

"I jak tu nie biegać!" - Beata Sadowska

Najpierw był Murakami, a potem przyszła Beata Sadowska - kobieta, której nazwisko mgliście kojarzę, ale nijak nie potrafię dopasować do twarzy i nawet na zdjęciach w książce wygląda mi wyjątkowo nieznajomo. Niemniej pisze o bieganiu, a to jest ważne. Przynajmniej dla mnie, bo chętnie biegam, gdy już pokonam wrodzone lenistwo.

Właśnie to najbardziej mnie uderzyło (pozytywnie!) w tej książce - autorka ma za sobą kilka maratonów, ale leń sączy jej słodkie słówka do ucha i przez to czasem nie udaje jej się wyjść, nie chce jej się... dopóki nie założy butów i nie wybiegnie. Skąd ja to znam! A gdy już ruszy w świat, to pozostaje tylko miłość do uderzania stopami o podłoże i tego całego zmęczenia. Cóż, Sadowska pisze o absolutnej miłości do biegania - absolutnej, choć nieidealnej. Po tej lekturze nie sposób nie zechcieć pobiec przed siebie.

Książka jest napisana lekkim językiem, z wielkim zaangażowaniem emocjonalnym. Sadowska nie jest ekspertem od biegania i nawet nie próbuje kogoś takiego udawać - sama chętnie odsyła do kogoś, kto się na tym zna i dlatego w książce znajdujemy również profesjonalne rady w formie wywiadu. Choć autorka biegała w różnych częściach świata, jest to książka dla normalnego człowieka - nie jest napuszona, ani nie próbuje kreować się na biblię dla biegaczy. To historia o pasji i zajęciu, które może wykonywać każdy, kto posiada buty. W myśl zasady - wszystko jest dla ludzi.

Oprócz przyjemnego języka i inspirującego tematu, "I jak tu nie biegać!" wyposażone jest w zdjęcia Sadowskiej z maratonów i podróży. Ta część wprawdzie przybliża do przedstawionego stylu życia, jednak dla mnie były zbędne.

Książką jestem w dużej mierze zachwycona. Przywróciła mi ochotę do biegania i sprawiła, że kiepski dzień zamienił się w bardzo dobry. Bardzo pozytywna lektura - nie tylko dla biegaczy.

poniedziałek, 21 lipca 2014

"Zagrożeni" - C.J. Daugherty

Recenzja "Wybranych"

Istnieją książki, które mają niezwykły potencjał, wręcz zachwycają, jednak ich kontynuacje są zwyczajnym rozczarowaniem, nawet gdy książka sama w sobie - jako książka, a nie kontynuacja - nie jest taka zła. Jak ocenić taką powieść? Czy traktować ją poprzez jej pierwszy tom, czy może jako osobny tekst? Właśnie te pytania postawiłam sobie po przeczytaniu "Zagrożonych".

Już drugi tom mnie zafascynował mnie tak mocno jak pierwszy, jednak dopiero "Zagrożeni" sprawili, że się nudziłam i z początku (czyli mniej więcej do połowy) traktowałam czytanie tej książki jako karę. Szło mi opornie, powoli. Poważnie się zastanawiałam, jaki jest cel tej serii. Allie na początku znowu ucieka i jest poza szkołą. Zaliczone. Allie po raz kolejny nie wie, co czuje do chłopaka, który niemal ją zgwałcił w pierwszym tomie (syndrom sztokholmski, czy ki diabeł? Jaka nastolatka przeszłaby od traumy do chęci wejścia w związek z niedoszłym oprawcą?). Zaliczone. Allie wciąż lata za swoim byłym. Zaliczone. Nathaniel wciąż bawi się w podchody, a reszta zastanawia się, co będzie dalej. Zaliczone. Nagle wszyscy uczniowie stają się godni zaufania, a nauczyciele nie. I tak dalej, i tak dalej... Nagle książka ze świetnym pomysłem zeszła w stronę autentycznego banału. Dopiero pod koniec pojawiły się emocje, które były żywe i to poprawiło moje zdanie o tej książce. Pomijając te momenty, które były moim zdaniem nielogiczne i naciągane. Papier przyjmie wszystko. A nastolatki jeszcze więcej. Książka się sprzeda i tylko o to chodzi.

Może nie jestem rozczarowana samymi "Zagrożonymi", bo to książka dla młodzieży i rządzi się pewnymi prawami. Jestem natomiast mocno rozczarowana rozwojem serii z ogromnym potencjałem, który powoli się marnuje. A może nawet szybciej niż powoli. Pod tym względem są "Zagrożeni" słabą książką i pozostaje jedynie się obawiać, że kolejny tom wcale nie okaże się lepszy. Intryga się rozwija, bohaterowie prawie wcale (wciąż podziwiam małą genialną Zoe, która jako jedyna nadaje tej książce energii i blasku), a romanse kręcą się w kółko i nic nowego nie wnoszą. Pewne wątki rozpływają się w powietrzu, a inne non stop bezrozwojowo powtarzają. W jednym tomie to do zaakceptowania, ale w trzecim z kolei?

Przykro mi, pani Daugherty, ale rozczarowała mnie pani bardziej niż autorka "Szeptem", którego to czytanie zaprzestałam po trzecim tomie, ale wtedy też nie oczekiwałam cudów.

Chyba się starzeję.

środa, 9 lipca 2014

"Fartowny pech" - Olga Rudnicka

Podbiła moje serce Nataliami. Na dobrą sprawę od nich zaczęła się moja przygoda z tą młodą polską autorką. Wtedy odkryłam w niej coś niesamowitego i nie potrafię sobie odpuścić. Czytam i koniec. Jej humorystyczne kryminały są klasą samą w sobie, bo najzwyczajniej w świecie bazują na paradoksach i przypadkach, ale przy okazji nie mam wrażenia, że wymyśla rzeczy nie z tej ziemi. Te książki należy czytać na luzie, a nie czepiać się. Tutaj chodzi o dobrą zabawę.

Tym razem mamy dwóch policjantów-niedorajdów Dzianego i Nadzianego. W dodatku do Polski przyjeżdża włoski gangster Gianni, wynajęty przez polskiego mafioza do rozwiązania pewnego problemu. W tym samym czasie jeden z policjantów (ten, który potrafi zepsuć samochód, tylko do niego wsiadając) sam wysyła się na zapomnianą wieś i do rozpadającego się domu, który dostał w spadku, a drugi postanawia zostać detektywem. I tu się zaczyna.

Gianni próbuje rozwiązać sprawę, angażując do tego początkującego detektywa, byłego policjanta, który całkiem przypadkiem jest jego bratem. Okazuje się, że kumpluje się on z policjantem-niedorajdą, który również wmiesza się w sprawę. Przy okazji mamy do czynienia z mafiozem, który uparcie planuje przyszłość Gianniego jako swojego następcy, a dookoła tego czuć smród krowich odchodów, pijanych braci i wyjątkowo charakternych właścicielek gospodarstw agroturystycznych, które dość skutecznie zniechęcają do siebie gości.

Rudnicka opowiada historię o wielu bohaterach, zbiegach okoliczności i zabawnych wypadkach oraz wpadkach. Tej historii nie da się opowiedzieć - ją trzeba przeczytać. Dzieje się tam bardzo dużo, śmieszy tyle samo i aż szkoda odkładać książkę, gdy się skończy, a to niestety następuje. To typowa komedia kryminalna w wykonaniu Rudnickiej. Jeśli czytaliście, wiecie, o czym mówię. Jeśli nie - najwyższa pora to nadrobić!

wtorek, 24 czerwca 2014

"Piękna Bestia. Opowieść seksualnej niewolnicy Jędzy z Belsen" - Alberto Vazquez-Figueroa

Demonizacja nazistów jest w modzie, o ile można tak w ogóle powiedzieć. Niemniej oczywiste jest, że odkrywanie "mrocznych tajemnic" katów jest fascynujące i... dobrze się sprzedaje. Dlatego też moja recenzja będzie, jaka będzie - nie jestem w stanie stuprocentowo uwierzyć w wiarygodność przedstawionej historii, bo oprócz tego, że jest brutalna, to kończy się niemal happy endem. Bohaterka nie jest dla mnie wiarygodna. Zresztą sam narrator mówi, że nie wie, ile w tym prawdy, a ile wymieszanych z nią snów i fantazji. I czy bohaterka sama to wie.

Faktem jest, że tytułowa Piękna Bestia, czyli Irma Grese, istniała naprawdę i ogólne ramy jej historii można prześledzić choćby na Wikipedii. Grese naprawdę doniosła na swojego ojca, a następnie pracowała w Auschwitz-Birkenau. Była brutalna, ale jak daleko to szło - nie wiem. Tutaj przychodzi zawierzyć lekturze książki, która wprawdzie dużo opowiada o tym, jaka straszna była Grese, choć sama tytułowa "seksualna niewolnica" o swoich stosunkach z nazistką nie chce opowiadać. Zaledwie wspomina o gwałtach wibratorami i kijami od miotły. W związku z tym podtytułem można oczekiwać więcej. A tutaj zadowolona z siebie staruszka opowiada, jak przez lata oszukiwała Grese i w końcu ją wykiwała. Gratulacje! Ale ja jestem sceptyczna.

Książka jest napisana w formie pseudo-wywiadu wydawcy z Violetą Flores, a raczej monologu pani Flores i myśli wydawcy, które nie zawsze mają coś wspólnego z opowiadaną historią. W każdym razie nie mam pojęcia, co depresja jego żony, a także Alzheimer ojca (i w niedalekiej przyszłości jego samego) ma do zbrodni wojennych. Sam język jest przeciętny, historia z początku ciekawa, a później rozczarowująca - przynajmniej mnie.

"Piękna Bestia" jest książką mocno przeciętną. Wprawdzie wzbogaciła trochę moje spojrzenie na drugą wojnę światową i usilnie próbowała moralizować i przewidywać przyszłość, ale moja ogólna ocena oscyluje w okolicach trójki. Oceny, która ni grzeje, ni ziębi, chyba że jest się kimś więcej poza przeciętnym uczniem.

piątek, 20 czerwca 2014

"Kobiety, które wstrząsnęły światem mody" - Bertrand Meyer-Stabley

Nigdy nie podążałam ślepo za modą, choć samo zjawisko i procesy, w jakich powstaje, niezmiennie mnie intrygują. Moda jest częścią mojego życia - a raczej życia każdego, mniej lub bardziej świadomie. Projektanci i domy mody od zawsze mnie interesują, dlatego bez najmniejszego oporu zdecydowałam się na "Kobiety, które wstrząsnęły światem mody".

Książka ta jest zbiorem biografii kariery wielu kreatorek mody poczynając od Róży Bertin, która tworzyła suknie dla Marii Antoniny i jej dworu, aż Vivienne Westwood oraz Miuccię Pradę, które jeszcze dziś kreują swoją wizję tego świata. Łącznie mamy przyjemność przeczytać dwanaście biografii, które ilustrowane są wkładką ze zdjęciami twórczyń oraz ich dzieł.

Nie wiem, od której strony zacząć, ponieważ ta książka wywołała we mnie prawdziwy zachwyt sposobem napisania i treścią. Choć są to krótkie biografie, nie ma się poczucia, że czegoś tam brakuje i są niepełne. Oczywiste jest, że nie zawierają całego życia, niemniej to, na czym się koncentrują, jest naprawdę dobrze opracowane i w razie zainteresowania, można poczytać o kreatorkach gdzie indziej. Niemniej Meyer-Stabley pisze nie tyle o życiu owych kobiet, ale o ich pracy, karierze i tym, co wpłynęło na powstawanie ich stylu. Nie pisze o tanich sensacjach, ale o tym, co nadawało ich życiu sens.

Często biografowie skupiają się na skandalach i romansach, ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn to najbardziej interesuje czytelnika. Mnie zaś zawsze interesowały bardziej ścieżki kariery danej osoby, a życie prywatne było sprawą drugorzędną. Wciąż tak jest. Autor spełnił moje oczekiwania i o kochankach, bądź innych intrygach pisał lakonicznie, bądź wcale, chyba że (jak w przypadku Chanel) miały znaczny wpływ na styl. Wtedy jednak też skupiał się na tym, co istotne. Godna pozazdroszczenia konsekwencja! Autor ujął mnie tym niezmiernie, ponieważ wskazuje to na fakt, że wie, o czym chce pisać i o tym pisze, nie zważając na tendencje w pisaniu biografii.

Najbardziej spodobała mi się biografia Sonii Rykiel, ale to już z innych względów niż te czysto literackie. Ta książka nie jest napisana sucho, widać w niej pasję i niesamowicie wciąga. Pokazuje też tendencje w świecie mody, które potrafią mocno zaskoczyć i po prostu jest dokładnie tym, co obiecuje - zbiorem historii o kobietach, które wstrząsnęły światem mody. A może tylko jedną historią.

wtorek, 17 czerwca 2014

"Czysty obłęd" - Mark Lamprell



Chyba mało kto tworzy literaturę dla i o klasie średniej. Taka właśnie naszła mnie refleksja po lekturze „Czystego obłędu”. Dokładniej chodzi mi o to, że autorzy albo piszą o skrajnej nędzy i nieudolnym wiązaniu końca z końcem, albo o bogaczach i high life. Gdy próbują pisać o klasie średniej, schodzą z bogaczy do nędzy, albo z nędzy do bogactwa. Rzadko kiedy można spotkać stan pośredni. Normalnych ludzi, w normalnym świecie, z normalnymi problemami finansowymi w rodzaju kredyt za dom, czesne za szkołę i nagłe obniżenie sytuacji finansowej, która i tak była na styk. 

„Czysty obłęd” to właśnie historia normalnej, nieprzerysowanej rodziny. Gdy się ją czyta, ma się wrażenie, że się to zna. Wystarczy jeden punkt, w którym coś się psuje, a za nim spadają niczym lawina kolejne. Zatem nasz bohater wpada pod samochód, a następnie pojawiają się inne problemy – córka pobiła się z koleżanką i wpływowa rodzina tej dziewczyny nasyła na nich obłąkanego policjanta, poza zaliczką za książkę więcej pieniędzy nie będzie, więc trzeba poszukać pracy, ale stare stanowisko zostało zajęte. Córka chce przenieść się do innej szkoły, ale ta druga dziewczyna robi to samo i jej rodzina mąci, by tylko utrudnić innym życie. U syna na biurku znajduje się piórnik z narkotykami. A potem przychodzi rachunek od prawnika. Do tego depresja i psychoterapia. Wszystko wskazuje na to, że wszechświat się uwziął. Trzeba sprzedać dom, żeby móc jakoś żyć.

Z mojego własnego życia znam ten potencjał katastrof, może dlatego ta książka była mi bliska. Co prawda jej układ (przez dłuższy czas nie mogłam się zorientować, czy opowiadana jest historia sprzed czy po wypadku) sprawiał mi na początku kłopoty, a sposób narracji (druga osoba liczby pojedynczej, czas teraźniejszy) mnie zaskoczył i chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do niego. „Czysty obłęd” naprawdę mi się spodobał. Poprzez swój realizm i duży ładunek miłości, jaka w nim była. I to nie słodkich romansów, a takiej normalnej, życiowej… 

Jedyne, czego mi tu brakuje, to znajomość „Greka Zorby”, który towarzyszył mi przez całą lekturę jako ulubiona książka Michaela – naszego bohatera. Może wprowadziłaby coś do mojej interpretacji i odbioru tej książki? Może. Ale i bez tego uważam ją za godną uwagi. Pozwoliła mi się wyrwać z tego fantastycznego i kolorowego marazmu konsumpcyjno-utopijnej literatury, bądź tragedii tego świata. Przecież i tak nasze prywatne katastrofy są gorsze i ważniejsze niż dzieci umierające gdzieś na końcu świata. I ta książka właśnie o tym poniekąd mówi. Gdy wali się nasz świat, dobrobyt reszty nie ma większego znaczenia.

piątek, 13 czerwca 2014

"Na dziewczęcej skórze" - Esther Vilar

Kim byłeś w poprzednim życiu? Jakim zwierzęciem? Dziwi Cię to pytanie?

Mnie nie dziwi. Nie po opowieści pewnego eks-moskita, który został ukarany za miłość do człowieka i sam stał się tą niedoskonałą istotą. Tego jednak dowiadujemy się ze zbioru reguł już na samym początku książki. Dopiero później narrator opowiada o wydarzeniach ze swojego poprzedniego życia, gdzie natrafił na najpiękniejszą kobietę świata, którą za nic nie chciał dzielić się z innymi moskitami, ani ludźmi. Chciał ją posiąść. O, szalona miłości!

"Na dziewczęcej skórze" to kolejna książka Esther Vilar, w której przekracza ona granice szaleństwa, które znajduje się w miłości. Już "Siedem pożarów mademoiselle" obnażało tkwiącą w namiętności może nie tyle głupotę, co determinację i poniekąd szaleństwo. Ta książka nie jest pod tym względem inna. Mężczyźni nie chcą się dzielić, kobiety chcą być pożądane, a wszystko to jest zamknięte w szklanym akwarium słów. Niby jest w swoim wyrazie aż nazbyt realne, niemniej wiemy, że to trochę inny świat. Vilar przerysowuje swoje postacie, by na tych kilku kartkach historii zawrzeć wszystko. I po raz kolejny się jej udaje, choć tym razem trochę inaczej. Za dużo skakania z jednej rzeczywistości do drugiej, za dużo urywanych scen, ale wspomnienia i opowieści rządzą się swoimi prawami. Może dlatego wiele osób uważa tę książkę za mniej udaną od wyżej wspomnianej?

Zachwycił mnie erotyzm zawarty w grach słownych i erotyzm - ten dosłowny. Poniekąd także naiwność tytułowego dziewczęcia, które wdaje się w romans ze swoim szefem. Akcja toczy się w ciągu jednego dnia, jest kilka nieoczekiwanych zwrotów akcji, po czym lektura kończy się i mimo wszystko nie zaspokaja. A tyle tam o seksie mowy! Zarówno o tym rzeczywistym, jak i alegorycznym.

Dla mnie była za krótka, sceny i słowa też zbyt fragmentaryczne. Ostatecznie brakowało jej trochę spójności, która mogłaby mnie nasycić. Niemniej zakończyłam ją z dobrym uczuciem i zadowoleniem, choć nie poczułam się do końca spełniona. Pod tym względem jest zdecydowanie słabsza od "Siedmiu pożarów mademoiselle" - pod względem refleksyjnym nie, stoi moim zdaniem o pół oczka wyżej.

piątek, 6 czerwca 2014

Stos.

Nie tak dawno miałam urodziny, byłam też rozrzutna i pojawiło się kilka recenzyjnych. W efekcie uzbierało się tego trochę. To już parę miesięcy, niemniej książek przybywa... Choć naprawdę staram się nie kupować, bo nie mam na nie miejsca. Przykra prawda...

Na samym dole jest książka kucharska. Uwielbiam bloga White Plate i miałam tę książkę na wishliście, a przyjaciółka kupiła mi ją na urodziny. Do tego pożyczyła Zagrożonych i Nomen Omen. Mój Niemiec kupił mi książkę kucharską dla wiedźm. Z tej serii jest też dla krasnali, wampirów i innych takich. Obecnie mamy w domu dwie. Dla wiedźm i krasnali. Fajny pomysł, więc się skusiliśmy. Na pewno kiedyś upiekę ciasteczka, które tam są, ale już zapomniałam które. Piękna Bestia to książka do recenzji, zaczęłam czytać tę cieniutką lekturę i póki co mam kilka pytań. Zobaczymy, czy uda mi się tam znaleźć na nie odpowiedzi. Wołanie Kukułki upolowałam nie tak znowu drogo na Allegro. Zaraz będę tu mieć składowisko książek Rowling, których nie czytam... Może się w końcu ogarnę. Bo przez Trafny Wybór wciąż nie przebrnęłam.

Kobiety, które wstrząsnęły światem mody są obecnie w zaawansowanym czytaniu. O ile moda sama w sobie mnie nie interesuje, to z wyjątkową przyjemnością o niej czytam. To oraz biografia Polańskiego to recenzyjne od Rebisu. Zatem na pewno kiedyś się tu pojawią. Podręcznik dla aktorów miałam w marzeniach od dawna, ale chyba kogoś głowa bolała, jak ustalał cenę i źle sobie stuknął w klawiaturę. Niemniej udało mi się też jakieś 20% taniej upolować na Allegro. Znalazłam niedawno darmowy fragment w Sieci i uznałam, że jest warta uwagi, więc ostatecznie się skusiłam. Książki Szrejtera od dawna były w moich marzeniach. Mitologię kiedyś czytałam, a potem zapragnęłam pozostałych. Ostatecznie trylogię dostałam na urodziny.

I na koniec z biblioteki książka z serii Nichtlustig. Taki mniej poważny Mleczko w wersji niemieckiej. Bo Mleczko przynajmniej próbuje udawać, że interesuje go historia i społeczeństwo. Tu ma być po prostu zabawnie.

Przeczytałabym to wszystko, ale ostatnio w ramach odwyku od gry Wiedźmina, zaczęłam czytać książki od początku, a to może parę dni potrwać. No i gdzieś ten licencjat się dopomina o uwagę.

poniedziałek, 12 maja 2014

"Japoński strumień zdrowia. Autoterapia z wykorzystaniem tradycyjnej wiedzy ludowej" - Ingrid Schlieske

Niezdrowo interesuję się medycyną alternatywną. Może dlatego, że jestem najprawdopodobniej hipochondryczką, która uważa, że leki jej szkodzą, więc szukam innych dróg ku zdrowiu. Generalnie jestem skłonna uwierzyć we wszystko, jeśli zostanie mi podane w zjadliwej formie. "Japoński strumień zdrowia" nie został i z osoby z pozytywnym nastawieniem stałam się ogromną sceptyczką.

Wierzę, że na ludzkim ciele są punkty, których uciskanie może pomóc, dlatego też ta książka była jakby odpowiedzią na moje wołania. Niestety autorka zdołała mnie już na początku (czyli przez pierwszych sześćdziesiąt stron) zdenerwować. Nieustannie powtarzała to samo i próbowała mnie - osobę, która z własnej woli sięgnęła po tę książkę z chęcią jej przeczytania, a następnie wprowadzenia zawartych w niej rad w życie - przekonać, żebym czytała, nie była sceptyczna i że to działa i dokonuje cudów. Gdybym nie wierzyła, że działa, to trzymałabym się od niej z daleka. Po tym przydługim wstępie chciałam ją odłożyć i zapomnieć o jej istnieniu, ale dalej wierzyłam, że mimo tego nieszczęsnego początku mi coś da. Lekko podenerwowana czytałam dalej.

Na samej lekturze się nie skończyło. Stosowałam się do zawartych w niej wskazówek, a że akurat w tym czasie dostałam migreny, pomyślałam, że może uda mi się tą metodą złagodzić ból lub całkowicie się go pozbyć. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu ból się tylko nasilił, poczułam się jeszcze bardziej chora, a żaden z moich punktów energetycznych nie był łaskaw się odblokować. Zdecydowanie bardziej pomógł mi intensywny trening, w trakcie którego zapomniałam o bólu, niż zaprezentowana w tej książce autoterapia. Tak oto porzuciłam pomysł samoleczenia na bliżej nieokreślony czas.

Może to mój sceptycyzm spowodowany tym "krótkim" wprowadzeniem sprawił, że nijak nie potrafię się do tej książki pozytywnie odnieść, niemniej wierzę, że istnieją osoby, którym to pomaga. Jeśli do nich należycie, możecie spokojnie ją przeczytać. Po tych sześćdziesięciu stronach zaczyna się kompetentny opis punktów wraz z rzeczami, za które są one odpowiedzialne oraz w jaki sposób należy je uciskać. Podczas lektury pojawiło mi się kilka pytań, na które nie znalazłam tam odpowiedzi, ale może to tylko ja jestem taka alternatywnie niedomyślna.

Książkę można kupić tutaj.