środa, 29 grudnia 2010

Moi drodzy!

Jutro skoro świt wsiadam w uroki naszej wątpliwej komunikacji kolejowej, by dotrzeć do stolicy naszego wspaniałego kraju, gdzie oczekuje na mnie (mam nadzieję) osoba, która opróżni na jakiś czas moją szafę z kilkunastu książek, które ze sobą targam. Wrócę do Was w niedzielę lub poniedziałek z, mam nadzieję, nową recenzją.

Życzę Wam udanego Sylwestra i... szczęśliwego roku 2011.

Wasza Alina.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

"Mitologia germańska" - Artur Szrejter

Muszę powiedzieć, że byłam zaskoczona. Bardzo zaskoczona faktem, ile pisarze fantastyki zaczerpnęli z religii germanów. Oraz tym, jak bardzo poszczególne mitologie są do siebie podobne. I zaskoczona jestem wciąż.

Artur Szrejter w swoim opracowaniu (co chyba tak powinnam to nazwać) skupia się głównie na bogach, olbrzymach, elfach i krasnoludach, bohaterów pomijając. Jednak rozrywka, jakiej czytelnikowi przysparzają bogowie, jest w zupełności wystarczająca. Śmiem nawet twierdzić, że mitologia germańska jest nawet bardziej pokręcona niż grecka czy rzymska, gdyż... tutaj mamy do czynienia z wyraźnym kozłem ofiarnym, jakim jest Loki - bóg ognia, jeden ze stworzycieli człowieka, dowcipniś jakich mało. Gdy coś się stało, od razu zrzuca się winę na niego, nawet gdy nie miał z tym do czynienia i każe się mu to naprawiać. Naprawdę kochana postać. Jedna z moich ulubionych.

Bogowie oczywiście się sprzeczają, dokuczają sobie, zdradzają się nawzajem, kradną, zabijają... Od razu nachodzi porównanie z "Modą na sukces". I jak można mieć pretensje do jej twórców, skoro wzorują się na takiej klasyce, jaką jest mitologia? Niewątpliwie jest to coś, co warto przeczytać, chociażby dla lepszego wglądu w fantastykę.

Autor najpierw przedstawia nam Genesis, po czym opowieści z poszczególnych wieków [panowania bogów], a następnie historie samych bogów (Loki występuje niemal w każdej, jest takim... głównym pobocznym bohaterem). Na końcu zaś mamy skondensowaną wiedzę na temat każdego z nich. I, jako posypkę na torcie, dostajemy mały wgląd w demonologię, gdzie pojawia się moja druga ulubiona postać - demonica Lusse - która przekonała mnie do tego, by piec chleb w czasie wczesnowiosennej burzy. A dlaczego? Ponieważ wtedy hasa ona po nocnym niebie ze swoimi wilkami i dusi ludzi, którzy wzniecają zbyt duży ogień, warzą piwo, czy też pieką chleb. Niesamowicie mi się podoba ta postać, więc chcę ją spotkać. W dodatku jej świętym zwierzęciem jest kotka.

Mitologię tę polecam chyba każdemu, kogo ona nie zniechęca. Przynosi sporo radości i wiedzy, która zapalonym czytelnikom może się kiedyś przydać.


A Alina wczoraj wcale nie miała doła, ale uznała, że musi iść się pocieszać. Więc weszła na stronę Empiku, gdzie taka ładna promocja widniała. I mówi sobie: Nie więcej niż dwie książki. Więc najpierw wrzuciła do koszyka dziesięć książek, po czym wszystkie z niego wyrzuciła, wrzuciła kolejne dwie, dorzuciła trzecią, usunęła jedną, po czym ją przywróciła i tak mieszała, aż w końcu nie wiedziała, co w ostateczności zamówiła. Niewątpliwie są to dwie książki. Ale jakie? Okaże się. Bo wolała nie sprawdzać, żeby przypadkiem znowu nie zacząć czegoś zmieniać :DD.

Rozumiem, że recenzji Biblii nie chcecie, gdy już popełnię przeczytanie jej? Bo w trakcie nachodzą mnie różne heretyczne refleksje.

piątek, 24 grudnia 2010

Choinkowy Kot Simona :).



To chyba najśmieszniejszy filmik z całej tej serii :). Obejrzałam go dwa razy i za każdym zaśmiewałam się do łez.

Simon's Cat rządzi!

Frohe Weihnachten!

Co prawda śnieg za oknem topnieje, a ja jeszcze nie byłam na sankach!, jednak święta nadchodzą. Widzę je w tej rodzinnej atmosferze, gdy wszyscy wrzeszczą na siebie od rana i nie dają mi spać ;).


Ale Wam życzę spokojnych świąt (bez takich ekscesów), pełnych rodzinnej atmosfery, miłości, karpia (ale nie bez ości, bo bez ości to panga a nie karp ;)) i książek! I może jeszcze półkę na te książki? Tak, książek, półek i blogów! O, tego Wam życzę!

Bo jakaś mało elokwentna jestem.

Ale bądźcie szczęśliwi, dobrze?

środa, 22 grudnia 2010

"Ja, Diablica" - Katarzyna Berenika Miszczuk

Książka zapowiadała się naprawdę świetnie. Mamy jakąś dziewczynę, która staje się diablicą, ląduje w Los Diabolos, czyli piekielnym odpowiedniku Los Angeles. I jest ciekawie... Ale nieee. Wiktoria (nasza bohaterka) okazała się tak beznadziejnym przypadkiem, że udało jej się zepsuć całą książkę. Całą. A, nie, jest jeden fragment, który mi się niezaprzeczalnie podobał. Ale może wróćmy do wymieniania zarzutów.

Książka jest napisana wyjątkowo niezgrabnie, ale podejrzewam, że to dlatego, iż jest w pierwszej osobie, a narratorką jest ta wkurzająca Wiktoria. Ma ona dwadzieścia jeden lat, a mentalność piętnastolatki (chociaż znałam i dojrzalsze piętnastolatki, ale na razie pomówmy o stereotypach). Ona jest ode mnie starsza! To mnie dobijało, bo niewiele, ale ja, za przeproszeniem, jestem od niej chyba znacznie mądrzejsza, bo... za dużo myśli Wiktorii się nasłuchałam, żeby podejść do tego swobodnie.

Tak, język, jakim napisana jest książka, jest równie niedojrzały co bohaterka. Nie mam co do tego wątpliwości. Ale żeby tylko tym mnie zdenerwowała książka! Nie. To byłoby za proste. Drugą diablicą w Los Diabolos jest Kleopatra. Tak, ta Kleopatra. Zresztą moja ukochana postać historyczna. To, co zrobiła z nią autorka, przeszło moje pojęcie. Tutaj Kleopatra jest sadystką, jest niezrównoważona psychicznie i... no, można by dalej tak wymieniać.

Przejdźmy do kolejnej postaci - Piotruś (ugh!). Miłość Wiktorii. Popaprany facet, oszust i idiota. Wciąż jest dla mnie niezrozumiałe, dlaczego ona wolała Piotrusia (mówię "Piotruś", bo Wiktorii się raczej nie zdarzało nie zdrabniać tego imienia, co również frustrowało) niż Beletha. Beleth to chodzący seks. O, i jeden z pozytywów w książce, żeby nie było, że są same negatywy.

Dalej powinnam opowiedzieć o akcji, zakończeniu, księżycu... Ale nie każdy lubi spojlery, a jestem pewna, że po moim narzekaniu ktoś jednak na książkę się zdecyduje (i dobrze!), to nie będę odbierać przyjemności [jeszcze bardziej]. Część po ucieczce z Piekła (kto i czemu? - nie powiem) mi się nie podobała. Ale był jeden interesujący fragment! Oglądaliście "Potwory i spółka"? Była tam scena, gdy wyszli przez drzwi w Tybecie i tam się pojawił yeti. W każdym bądź razie, gdy doszłam do sceny wychodzenia przez drzwi w Tybecie (tyle, że w książce), zobaczyłam tę z bajki. I bardzo mnie to uradowało.

Zakończenie przewidywalne (w pewnym sensie, choć nie do końca, bo tak pokręconego rozwiązania nie wymyśliłabym nawet ja - szczerze wolę coś bardziej uzasadnionego), nudne i wołające o pomstę do nieba. Chociaż może nie nudne... Irytujące, o.

A teraz pozytywy: dawno nie uśmiałam się tak przy żadnej książce, nie dostawałam ataków histerycznego śmiechu (oczywiście tam, gdzie Wiktoria okazała jakieś minimalne oznaki inteligencji lub jej nie było, a ja jej nie przeklinałam na głos i nie wyzywałam od "głupich debilek" - bywało i tak, dość często), bardzo wciąga - czytadło jak znalazł, genialne śmieszne teksty w niektórych momentach i świetna kreacja Piekła! Bardzo! I choćby tylko dla niej (i reszty ww. zalet) warto przeczytać.

Dzisiaj rano również sobie uświadomiłam, że pisarze to z zasady osoby żywe (przynajmniej w momencie pisania) i autorka przypadkiem może trafić na to moje narzekanie. Więc żadne tłumaczenie do mnie nie dotrze (chyba że konstruktywne - jeśli moje jęki nie wydają się komuś konstruktywne, mogę wyjaśnić dogłębniej), które będzie pt. korektor, redaktor, wydawca, "innym się podobało". Pisarz zawsze ma wybór - może wziąć książkę pod pachę i powiedzieć "nie, dziękuję". A jeśli pisarz chce mi powiedzieć, że jest polonistą od dwudziestu lat, to lepiej w ogóle niech nie przychodzi, bo mam awersję do polonistów, którzy uczą w szkołach dłużej niż pięć. Tak, wiem, jestem niemiła. Ale ta książka wyzwoliła we mnie agresję. Myślałam, że jak się prześpię, to będzie łagodniej, jednak gdy zasiadłam do pisania, wszystko wróciło.

Chociaż... miło spędziłam czas. Nawet nie pogłębiła mi szczególnie migreny. No, mówię, czytadło.

wtorek, 21 grudnia 2010

"Zupa z granatów" - Marsha Mehran

Są książki, które chodzą za mną dniami, miesiącami, latami... Które wyraźnie mi mówią "Przeczytaj mnie, nie pożałujesz". I ja je doskonale wyczuwam. Oczywiście zdarzają się też takie pozycje, które mówią mi nieśmiało, żebym po nie sięgnęła, jednak wtedy nie mam takiej pewności i efekty są różne. Ale "Zupa z granatów" mnie nie okłamała. Bardzo dobrze wiedziałam, czego się spodziewać. Nabrałam ogromnej pewności, że muszę ją przeczytać. I gdy wreszcie to zrobiłam... nie mogę się doczekać drugiego tomu. A przecież "Zupa z granatów" nie była czymś wyjątkowym.

Zdarzało mi się kilkakrotnie spotkać z opinią, że ta książka jest bardzo podobna do "Czekolady". Broniłam się przed tym, jednak w trakcie czytania również nie mogłam pozbyć się tego wrażenia. Na szczęście doszłam również do wniosku, że z tych dwóch książek wybrałabym właśnie "Zupę z granatów".

Marsha Mehran napisała książkę nader smakowitą, w której pełno jest irańskich rarytasów, na początku każdego rozdziału znajduje się zaś przepis na przedstawione w książce potrawy. A potrawy te przygotowują trzy siostry (chociaż, będąc dokładniejszą, powinnam powiedzieć, że dwie, bo trzecia woli romansować), które otworzyły Cafe Babilon w małym irlandzkim miasteczku. I tutaj powtarza się wątek z "Czekolady", gdzie nowo przybyłe zostają skazane na potępienie przez wysoko postawioną osobistość, która chce się ich za wszelką cenę pozbyć. Oczywiście miasteczko w znacznej większości przekonuje się do sióstr, po czym następuje happy end. Ale to przecież nie jest nic dziwnego, po tej książce można się było spodziewać takiego rozwiązania. Jest dość przewidywalna i z pewnością nie należy do wybitnej literatury, ale...

Zakochałam się w smakach dobiegających z niemal każdej strony. W przerysowanych czarnych charakterach i wyidealizowanych tych dobrych. I tym języku, który mnie do siebie przyciągał z każdym zdaniem coraz bardziej. I moją chęcią, by iść do sklepu i kupić wodę różaną, upiec słoniowe uszy, ugotować zupę z granatów i zamknąć się w Cafe Babilon, żeby słuchać opowieści o rewolucji w Iranie, z powodu której siostry musiały uciekać.

Książka jest niesamowita, uważam ją za lepszą od "Czekolady". Poza tym to moje pierwsze spotkanie z Serią z Miotłą. Nader udane i z całą pewnością nie ostatnie (bo muszę przeczytać drugi tom, no!). Gorąco polecam. Ale do czytania radzę wziąć sobie coś do jedzenia, bo inaczej się tej książki czytać nie da. Człowiek momentalnie głodnieje.

piątek, 17 grudnia 2010

"Okruchy przeszłości" - Rachel Hore

Zafascynowała mnie ta książka, gdy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach wydawniczych (później C.S. powiedziała, że ja to mam szczęście do książek). Chciałam ją przeczytać tak bardzo, że czekałam wręcz z utęsknieniem na jej premierę. I jestem bardzo wdzięczna wydawnictwu Prószyński za udostępnienie mi egzemplarza recenzyjnego.

Jest to literatura kobieca, chociaż trochę nietypowa. Nie mamy tutaj jednak do czynienia z pustym romansem ponad wszystko, łamiąc wszelkie zasady, by być z ukochanym. Nie. To jest historia o poszukiwaniu akceptacji i wybaczeniu. Wsparciu otrzymywanym od innych i również dawaniu czegoś z siebie.

Fran jest kobietą zranioną. Nigdy nie miała zbyt dobrych stosunków z ojcem, ponieważ nie chciał opowiadać jej o matce i miał trudną osobowość. Gdy opuściła dom, jeżdżąc z różnymi orkiestrami po całym świecie, okazało się, że trafia na samych kiepskich mężczyzn, z którymi związek zawsze kończy się cierpieniem. Jednak choroba ojca przygnała ją z powrotem do niewielkiej londyńskiej witrażowni, należącej do jej rodziny od pokoleń. Tam musi sobie radzić ze swoimi własnymi uczuciami względem ojca, rodzinną historią, małymi (i większymi) nieszczęściami, które stają na jej drodze, oraz aniołami, które dają o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Szczególnie jeden, zniszczony wiele lat temu, który wraz ze współpracownikiem postanowiła naprawić.

Jest to bardzo ciepła książka, pełna światła, muzyki i uczuć, w której tak naprawdę niewiele jest zwrotów akcji. Oczywiście są, ale tak naprawdę wcale nie odbierałam ich jako najważniejsze. Obserwowałam ciepło Amber i jej wiarę w anioły, dystans Zacka, manipulacje Bena, słodką naiwność Jo i Fran - Fran, która szukała swojej drogi w życiu przez tak wiele lat, a okazało się, że wystarczyło wrócić do domu. Ważna jest również Laura, od której właściwie (i anioła na witrażu) zaczyna się cała historia. Piękna historia.

Gorąco ją polecam na te mroźne dni za oknem, osobom, które nie czują się do końca szczęśliwe. "Okruchy przeszłości" są naprawdę dobrą książką. Oczywiście, o ile zignoruje się te ogromne ilości literówek. Poza tym byłam bardzo miło zaskoczona, ponieważ momentami (jeszcze przed przeczytaniem) zaczynałam mieć wątpliwości. Na szczęście okazało się, że strach był bezpodstawny, a ja teraz mogę wspominać lekturę z rozczuleniem i uśmiechem na ustach.

niedziela, 12 grudnia 2010

"Warto marzyć!" - Kjersti Sheen - LOSOWANIE.

W ramach zaglądania do szafy (wszystko, byleby się nie zabrać za to, co robić powinnam, czyli czytać "Nathan der Weise" Lessinga) rzuciło mi się w oczy, iż posiadam dwa egzemplarze jednej z książek dla nastolatek, dodanej kiedyś do czasopisma Dziewczyna. Podejrzewam, że to było dawno temu. Książka ta nie jest szczytem geniuszu, ale też nie jest zła. To dzieło popularnej norweskiej autorki powieści dla młodzieży. Opis z okładki:

Czternastolatki, Tilde i Theo, przeżywają swoje pierwsze młodzieńcze uczucie, ale oboje starannie to ukrywają. Zadręczają się domysłami - a ponieważ na kartach książki każde z nich przemawia własnym głosem - Czytelnicy mają okazję się przekonać, jak różnie można postrzegać te same zdarzenia. Niedomówienia, zabawne perypetie, intrygi, ale i poważne problemy, z którymi przyjdzie się zmierzyć bohaterom powieści, pozwolą im w końcu zrozumieć, co się naprawdę dla nich liczy.

W szkole trwają przygotowania do rewii, której premiera ma się odbyć tuż po Nowym Roku. Co zmieni się w życiu Tilde i Theo? Czy spełnią się ich marzenia?

Szczerze się nie spodziewam, by wiele osób się zgłosiło po tę książkę, jednak... jeśli ktoś chce, to ja serdecznie zapraszam :D. Mogę powiedzieć, że pamiętam rower i że mi się podobała. A cała reszta... odpłynęła w niebyt. Jeśli ktoś chce - proszę się zgłaszać, a co. A termin... do środy, w czwartek bym w takim razie wysłała. W najlepszym przypadku dotarłaby jeszcze przed świętami :D.

sobota, 11 grudnia 2010

"Mistrz" - Andy Andrews

Chodź tu bliżej, do światła. A ja pokażę Ci, jak patrzeć na świat z innej perspektywy. Bo jej potrzebujesz, prawda?

Co prawda nie są to dokładne słowa Jones'a, ale wyraźnie pokazują, o co w tej książce chodzi. Jeśli miałabym określić gatunek tej książki, powiedziałabym, że jest to fabularny poradnik "jak żyć, by być szczęśliwym". Zresztą Andy Andrews ma na swoim koncie zarówno powieści jak i poradniki, więc coś w tym moim nazewnictwie odpowiada prawdzie.

Andy jest narratorem "Mistrza". Opowiada o swoim spotkaniu z Jones'em, starszym człowiekiem chodzącym wszędzie ze swoją brązową walizką, i dającym ludziom dobre rady. I w zasadzie zawsze rada jest taka sama. Popatrz inaczej. Po prostu. Ludzie go lubią, przyciąga ich do siebie jak magnes, a gdy znika, martwią się o niego. Jones jest człowiekiem niesamowitym - to jest oczywiste dla każdego.

Sądzę, że tę książkę można potraktować jako autobiografię Andy'ego Andrews'a, ponieważ wiele rzeczy zgadza się z rzeczywistością. Jedynie nie jestem w stanie sprawdzić, czy Jones istniał naprawdę. Może kiedyś pojawi się na progu mojego domu i powie "Chodź tu bliżej, do światła"?

I nieważne, że to kolejna książka, która karmi nas oczywistościami. Jest zdecydowanie inna. Jeśli jednak ktoś nie lubi dostawać rad, może ją czytać jako powieść psychologiczną, obserwować różnych bohaterów, którym pomógł Jones.

Naprawdę ją polecam, ponieważ ludzie potrzebują szerszej perspektywy. Dopiero wtedy są w stanie korzystać z życia, jak należy.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwartemu.


Jak widać, napisałam recenzję po raz drugi. Z tamtej byłam tak bardzo niezadowolona, że po prostu czułam wewnętrzną potrzebę. I wierzę, iż ta jest lepsza. A teraz mogę iść spać bez wyrzutów sumienia.

"Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci" - Conn Iggulden

Dosłownie wystrzałowe, ponieważ przygody Tolinów zaczynają się od przypadkowego wystrzelenia się wraz z fajerwerkami. A Toliny to stworzenia, które lubią być wszędzie, psocić, bawić się i znęcać nad duszkami, które są od nich znacznie mniejsze i świetnie nadają się na przykład na chusteczkę do nosa. Dorośli nie mogą widzieć Tolinów, ale dzieci owszem. No i zaczynają się kłopoty...

Iskrzak jest rezolutnym Tolinem, który uważa, że ludzie są przydatni. Dlatego gdy łamie zasadę, że "nie wolno się zadawać, a przede wszystkim rozmawiać z ludźmi. To zawsze kończyło się kłopotami, a czasem grawitacją", nic dziwnego, że dostaje wyrok śmierci. Ale Iskrzak jest sprytny. Poza tym wpadł w oko córce Arcytolina.

Toliny nie należą do najmilszych stworzeń, jednak mają swój nieodparty urok. Bywają bezczelne i egoistyczne, ale nie mają samych wad. Złe cechy są zakryte przez inne, pozytywne. Jeśli chodzi o książki dla dzieci - są bardzo dobre, ponieważ można dzieciom wyjaśnić różnicę między dobrem a złem, a także niektóre podstawowe zagadnienia dotyczące fizyki i chemii. Książka jest niesamowita, w dodatku tak pięknie wydana (a rysunek kota jest wręcz zniewalający! Wpatrywałam się w niego chyba pięć minut. Wspaniałe oczy), że aż spodobała się mojej mamie.

Jestem zachwycona, cudowna historia na sobotni poranek, żeby się rozgrzać i rzucić w wir innych zajęć. Napisana prostym acz barwnym językiem, najchętniej poczytałabym ją pięcio-, sześciolatkom.

I polecam ją wszystkim. Może Wy też zobaczycie Toliny dobierające się do zbioru płyt i hasające po ubraniach? Ja je zobaczyłam, ale udawałam, że wcale tak nie jest. Jeden z nich podprowadził mi apaszkę... Dlatego uważajcie, czytając! ;).

Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać

środa, 8 grudnia 2010

"Ugrofińska wampirzyca" - Noémi Szécsi

Wampiry się panoszą wszędzie, co można bez problemu zauważyć od razu po wejściu do księgarni. Kilka lat temu nie były jeszcze tak modne, łatwiej było znaleźć ciekawą i nietuzinkową lekturę z tej tematyki, chociaż nie było ich dużo. Jakby świat zapomniał o tak ważnym wątku w kulturze chyba wszystkich narodów. I właśnie w owym czasie - wampirzej suszy - pojawiła się "Ugrofińska wampirzyca"*.

Noémi Szécsi przedstawia wampiry w sposób nader interesujący. Człowiek wampirem się rodzi, może pić krew za życia, ale ma ona działanie dopiero po jego śmierci. Są ugryzienia, litry życiodajnego płynu, czyli wszystko tak, jak być powinno. Główną bohaterką jest Jerne, która nie ma specjalnej ochoty, by pić krew, jednak jej babcia, z którą mieszka, uważa, że Jerne jest żałosną podróbką wampira i wciąż się zastanawia, dlaczego w ogóle się nią przejmuje.

Babcia jest naprawdę fascynująca - przybierała wiele różnych imion, już nawet nie da się ich spamiętać i była wieloma znanymi postaciami historycznymi (np. Elżbietą Batory) oraz romansowała z niezliczoną ilością sławnych ludzi. Uwielbia krew, nawet przemianę w nietoperza, jednak ma zasadę - nigdy nie sprowadza ofiar do domu. I jest zawiedziona swoją wnuczką.

Jerne zaś jest bajkopisarką. Jako wampirzyca nie musi się martwić o jako taki byt, ale potrzebuje zajęcia dla przykrywki, więc pisze, ponieważ jest kiepska. Jednak gdy się okazuje, że wszyscy się pomylili względem jej zdolności - babcia zabrania jej pisać, żeby nie zwracała na siebie uwagi.

Oprócz klasycznej (bo z pewnością nie przesłodzonej) historii o wampirach, mamy też wgląd w węgierską kulturę i społeczeństwo, ciekawie przedstawione aspekty psychologii innych bohaterów oraz wplecione bajki o zwierzętach. Moim zdaniem jednak najfajniejsza jest tutaj babcia i w pełni rozumiem, dlaczego nie mogła znieść Jerne, bo taki wampir to... babcia miała rację.

W "Ugrofińskiej wampirzycy" występują również śladowe ilości aniołów.

Książka może nie zachwyca, niektórym zdarzało się twierdzić, że nic się tam nie dzieje, jednak mi się bardzo podobała. Wampirze perypetie rozśmieszały, ale też skłaniały do zastanowienia nad różnymi rzeczami (między innymi moralnością firm przewozowych). To lektura wymagająca, satyryczna i na pewno nie można jej czytać z nastawieniem na świetną bezwysiłkową rozrywkę. Ją trzeba docenić.

Gorąco polecam fanom wampirów dla świeższego spojrzenia! ;).

*Rok wydania oryginalnego to 2002, polskiego 2005. Dla porównania - "Zmierzch" świat 2005, Polska 2007.



A na marginesie... zapytałam wczoraj jedną z wykładowczyń, jak jest wampirzyca po niemiecku. Zrobiła dziwną minę. Nie wie. Zapytałam dzisiaj rodowitego Niemca od konwersacji - też nie wie. Czyżby wampiry istniały w Niemczech tylko w formie męskiej? Zmartwiło to mnie - i pewnie 90% feministek na świecie :D.

Wieczorny wampirzy edit: Jako wierna fanka "Zmierzchu" (o taaak! W końcu przeczytałam wszystkie tomy i obejrzałam wszystkie części filmu. No, i na tym koniec mojego fanostwa) postanowiłam uznać niemiecką wersję czwartej części tej sagi za doskonałą literaturę, żeby się dowiedzieć, jak jest wampirzyca po niemiecku. Tłumaczka ładnie, aczkolwiek mało twórczo, wybrnęła z problemu nazewnictwa. Kto by pomyślał, że to się do czegoś przyda... Ale do rzeczy - wampirzyca to Vampirfrau. Prosimy o oklaski dla tłumaczki. A poszczególne części wyrazu znaczą - Vampir, wampir; Frau, kobieta. Nie mam więcej pytań.

wtorek, 7 grudnia 2010

"Mistrz" - Andy Andrews

"Mistrza" można czytać na dwa sposoby - albo jako powieść, albo jako poradnik "jak żyć". Ta druga wersja, o wiele lepiej zauważalna, może irytować nadmiarem dobrych rad, jakie często znajdujemy w książkach Paulo Coelho. Jednak... Andy Andrews pisze zupełnie inną bajkę.

Jones wędruje po świecie ze swoją nieodłączną walizką, spotyka ludzi, którzy są na skraju podjęcia tragicznej decyzji, po czym zaczyna z nimi rozmowę. Niemal zawsze tak samo, środek dialogu się różni, ale koniec... jest taki, jak być powinien. Jones pomaga narratorowi książki - Andy'emu - po czym znika. Jones zawsze znika.

Oczywiście mamy do czynienia z oczywistościami (dobór słów celowy ;)), ale z własnego doświadczenia wiem, że je właśnie najtrudniej zauważyć i zastosować w życiu. Jones zmusza ludzi do popatrzenia na wszystko z innej perspektywy i odkrycia złotego środka, który pozwoli naprawić życie i nastawienie do niego. Znaleźć jakiś drobny cel, poprawić stosunki z ludźmi.

I nade wszystko - książkę czyta się bardzo dobrze, szybko i z zainteresowaniem. Więc anty fani Paula Coelho nie muszą się niczego obawiać. Jest to historia bardziej podobna do "Sekretu", jednak mniej skomplikowana. I... nie sposób nie polubić Jonesa. Ja osobiście bardzo go lubię, a książkę polecam.

Otrzymałam ją do recenzji od wydawnictwa Otwartego. Dziękuję.


I przepraszam, ale... jakoś znowu mam zły dzień, więc recenzja pozostawia sporo do życzenia. Mimo wszystko książka bardzo mile mnie zaskoczyła. Sama popatrzyłam na życie z innej perspektywy ^^.

niedziela, 5 grudnia 2010

Desert flower - Sherry Horman (2009)


Co to znaczy, być kobietą?

Czy trzeba cierpieć tylko po to, by zadowolić mężczyznę? Umrzeć - dla mężczyzny? Być nikim - by mężczyzna mógł być kimś? Czy życie kobiet zależy wyłącznie od życia mężczyzn?

U nas może nie. Ale jest wiele miejsc na świecie, gdzie tak właśnie postrzegane jest bycie kobietą.

"Desert flower" jest filmem nakręconym na podstawie biografii Waris Dirie "Kwiat pustyni". Dotyka bardzo trudnego tematu, jakim jest obrzezanie kobiet i skutki, jakie ów czyn za sobą niesie. Pięknie został pokazany ból. W słowach, twarzach, oczach. Ale też nadzieja. Jej niewielka iskierka w całym nieszczęściu, jakiego doświadczają kobiety.

Naprawdę trudno jest mówić o filmie, który wzbudza takie uczucia. Powiedziałabym raczej, że jedynym wyjściem, by zrozumieć, o czym mówię, jest go obejrzeć. To naprawdę piękny film, nawet jeśli opowiada o cierpieniu. A może właśnie dlatego.

Z tego powodu nie polecam - po prostu odsyłam Was do niego. Powinien obejrzeć go każdy. I wypłakać swoje.


Post dedykowany Arii, gdyż tylko dla Ciebie, kochana, zdołałam się zmusić, by napisać cokolwiek.

sobota, 4 grudnia 2010

Salt - Phillip Noyce (2010)

Angelinę Jolie darzę niemal bezgranicznym uwielbieniem. Jest świetną aktorką, idealnie przystosowaną do ról, które obiera. I "Salt" pod żadnym pozorem mnie nie rozczarowało.

Angelina stała się prawdziwą kobietą (nie, żebym kiedykolwiek w jej kobiecość wątpiła). Jej role są dojrzalsze, nawet jeśli film, w którym gra, po raz kolejny należy do kina akcji. Coraz lepiej potrafi wcielić się w postać, ogarnąć nowe psychologiczne aspekty, pokazać, że zasługuje na każdą zdobytą przez siebie nagrodę i nawet na te, których nie udało jej się zgarnąć. Emanuje niesamowitym seksapilem i, chociaż jej uroda nie należy do wybitnych, jest uznawana za jedną z najpiękniejszych kobiet świata. I definitywnie należy do grona moich ulubionych aktorek (obok Meryl Streep, Amandy Seyfried oraz Audrey Hepburn i Kate Winslet - z czego te dwie ostatnie to tak, by zapełnić worek aż po brzeg). I chyba jedynym powodem, dla którego obejrzałam "Salt" był fakt, iż w nim zagrała.

Był jeszcze jeden aktor, który mnie zaskoczył. To Daniel Olbrychski. Szczerze się nie spodziewałam spotkać w tym filmie żadnego polskiego aktora, ponieważ polskie kino to raczej niedostępna enklawa, poza którą nie wydostaje się nic, ani też nic nie napływa do środka. Dostrzegłam, że jest on naprawdę dobry w tym, co robi.

Ale może powiem coś o samym filmie. Powinnam zacząć od tego, że nie można nikomu wierzyć. W "Salt" house'owskie everybody lies nabiera całkiem nowego, dosłownego, znaczenia. Tutaj wszystko się zapętla, widz ma wrażenie, że trafił do jakiejś maszyny, z której zaraz coś wyskoczy i go zastrzeli. Ale to nie jest bezmyślny film o zabijaniu. Ta historia jest głębsza. Opowiada o poświęceniu, wierze, miłości i zasadach, których należy przestrzegać. Nie ma tutaj zaufania. Każdy jest zdany tylko na siebie.

Film jest w pewien sposób klasyczny. Ma w sobie trochę nostalgii, która nadaje mu nowego wymiaru. Co prawda ostatnia minuta może jednocześnie zaskoczyć, zniesmaczyć i zirytować (a przez co wpłynąć na odbiór całości), jednak... jestem zachwycona. Bo nareszcie ktoś tajnym potrójnym agentom dodał uczuć i wartości. A co najważniejsze - prawdziwego charakteru.

"Emancypacja Mary Bennet" - Colleen McCullough

Gdybym była Jane Austen, przewracałabym się w grobie. I już nawet nie chodzi o to, że ktoś się pokusił o napisanie ciągu dalszego "Dumy i uprzedzenia", ale o wyrządzoną bohaterom i atmosferze epoki krzywdę.

Główną bohaterką jest Mary Bennet. Środkowa córka, pogardzana przez wszystkich, zakopana w książkach religijnych. Po siedemnastu latach od akcji "Dumy i uprzedzenia" umiera matka i Mary nagle staje się wolna - oczywiście tylko w pewnym sensie. Przeciwstawia się Darcy'emu i pragnie napisać książkę o niedoli biedaków w Anglii. Pod żadnym pozorem nie chce mieć nic wspólnego z mężczyznami, a, co ciekawsze, nie zdaje sobie sprawy, że przez te siedemnaście lat stała się... piękna.

I to jest najmniej rażąca rzecz w powieści. W ciągu dalszym dowiadujemy się, że Darcy już nie jest ideałem, a okropnym despotą, że Lizzy została "kupiona". Lydia to alkoholiczka i ladacznica. Jane jest nadwrażliwą histeryczką. Bingley ma kochankę gdzieś na końcu świata (w ogóle wydaje mi się, że Colleen go nie lubiła, ponieważ bardzo szybko wyjechał i do końca książki pojawiał się jedynie we wzmiankach). Caroline została despotyczną starą panną. Kitty zaś wyszła za mąż za staruszka, który szybko umarł, przez co mogła się ona cieszyć stanem wdowieństwa, który bardzo jej odpowiadał. I to w sumie najciekawsza ze "starych" postaci.

Po przemieszaniu wszystkiego, dodaniu nieprawdopodobnych wydarzeń oraz nader naciąganych rzeczy, w czym doprowadzenie mnie do nieustannego kojarzenia z "Ojcem chrzestnym", gdy pojawiał się w książce Ned Skinner (człowiek, który zrobiłby dla Darcy'ego dosłownie wszystko), efektem stała się ta książka. Frustrowała mnie jak mało co, dopóki autorki nie zmęczyło opisywanie wszystkich bohaterów tak, jak opisywała i nie zaczęła ich powoli doprowadzać do "stanu normalności", a ja przestałam widzieć jakikolwiek związek z "Dumą i uprzedzeniem". Mimo to książka jest dość przyjemna, chociaż nie ma co liczyć na poczucie ducha epoki, ani na jakieś wybitne psychologie postaci. Mimo różnic wszystkie wydawały mi się takie same. No, może pomijając Mary. Za to ostatnie kilkadziesiąt stron jest naprawdę dobre, ciekawe i porywające. Ale to tylko kilkadziesiąt na przeszło 450...

Rzecz jasna książka nie jest jakaś tragiczna. Ale przed czytaniem nie warto się nastawiać na coś niesamowitego, bo "o, tam jest Darcy!". Bo ten Darcy to... pozwólcie, że się nie wypowiem.

piątek, 3 grudnia 2010

Stosik #4.


Całkiem prawdopodobne, że ostatni w tym roku, gdyż powzięłam święte postanowienie, że do końca roku nie kupuję już żadnej książki. I nic mnie do tego nie zmusi. Ostatnim moim tegorocznym nabytkiem jest pakiet trzech części Sukuba Richelle Mead. W sumie jedynie zapakietowanie go było w stanie sprawić, bym w końcu zdołała sięgnąć do portfela ^^. Wszystkie części czytałam, jednak w eBookach, więc ich nie recenzowałam. Aczkolwiek w styczniu wychodzi piąty tom i najprawdopodobniej go kupię (jednocześnie z czwartym, którego w pakiecie nie było :D). A skoro jesteśmy przy mrocznych istotach i wydatkach, pojawiło się pewne odstępstwo od mojej zasady. To "Ugrofińska wampirzyca", o której marzyłam od kilku lat, gdy gdzieś przeczytałam jej fragment. Teraz na Allegro była za piętnaście złotych i w dodatku z darmową przesyłką. To wręcz grzech nie kupić! Ale zasada... więc poprosiłam ojca, by mi ją kupił. W taki właśnie sposób łamie się prawo :D. Już jestem prawie w połowie.

W ramach rozmowy o wampiryzmie nie mogę nie wspomnieć o "Wampiry same o sobie", które wygrałam w konkursie na Lubimy Czytać i przyszło wczoraj, a dzisiaj poczłapałam na pocztę, by osobiście przynieść do domu. C.S. już zaciera sobie rączki na tę książkę ;). A skoro o wygranych... na samym szczycie są dwie książki, które wygrałam w losowaniu u Anety. Co ciekawsze - książki przyszły do mnie rozpakowane i to doszczętnie. Najwidoczniej miały paść ofiarą złodziei pocztowych, którzy chyba nie są miłośnikami literatury. I całe szczęście! Musiałabym poradzić sobie bez książek! Tą na samej górze jest (nie widać tytułu) kryminał z Arsenem Lupin, co wywołało u mojej mamy okrzyk ekscytacji. Chociaż, gdy odbierała paczkę, przeczytała, że to o Sherlocku Holmesie i była święcie przekonana, że tak jest wielkimi literami napisane na okładce ;)). Wyprowadziłam ją z błędu.

Na stosiku znajdują się jeszcze dwa egzemplarze recenzyjne - "Okruchy przeszłości", które otrzymałam od wydawnictwa Prószyński (zresztą bardzo tę książkę chciałam, gdy zobaczyłam ją w zapowiedziach wydawnictwa) oraz "Mistrz" od wydawnictwa Otwartego.

Co prawda parę książek jeszcze powinno być w drodze do mnie, jednak... pozwólmy się łudzić, że to ostatni stosik w tym roku. Poprzedni już prawie przeczytałam ^^. A jutro powinna się pojawić recenzja "Emancypacji Mary Bennet".

Dobranoc!

środa, 1 grudnia 2010

"Ptaszek, dzwonek i ja. Dzieła wybrane" - Misuzu Kaneko

"Ptaszek, dzwonek i ja" to jeden z wierszy reprezentujący zbiór (chociaż niestety nie pełny) twórczości japońskiej poetki dziecięcej Misuzu Kaneko.

Misuzu przedstawiła w swoich wierszach świat widziany z perspektywy dzieci. Świat bez upiększeń i pozorów. Świat pełen magii w najpospolitszych rzeczach, którą tylko należy odkryć. Ciężko doszukiwać się w tych wierszach wybujałych walorów. Są to wiersze proste, niczym nieupiększone. Zmuszające do przemyśleń nad miejscem, w którym żyjemy. Nad znaczeniem natury, rodziny, miłości, przyjaźni, Boga, samotności... I dziecięcej filozofii.

Dzieła te są subtelne, czasem można powiedzieć, że naiwne - ale to samo można powiedzieć o dzieciństwie. Czasem prawdziwość wrażeń, nie skalana konwencjami, staje się dla dorosłych osób objawieniem. I ja też na to patrzyłam w ten sposób, chociaż wciąż jestem gdzieś na granicy bycia dzieckiem z całego serca i osoby dorosłej, rozważnej. Te wiersze pomogły mi popatrzeć na świat z perspektywy już niemal przeze mnie zapomnianej. Prostej, cudownej, szczerej.

Ciężko się wypowiadać na temat poezji, gdyż, o ile proza należy do literatury powszechnej i pochłanianej przez jednak znaczną część społeczności, wiersze są kwestią bardzo indywidualną i naprawdę ciężko stwierdzić, co spodoba się drugiemu człowiekowi. Ja sama czuję niechęć po licealnych igraszkach z arkuszami maturalnymi, jednak gdy przeczytałam recenzję tego zbiorku u Owarinai Yume, wiedziałam, że mi się spodoba. Ale nie spodziewałam się... że odpłynę w taką cudowną krainę pełną dziecięcego śmiechu i łez, które sprawią, że wszystkie stresy odejdą w niebyt, a ja znowu będę szczęśliwa w swoim własnym świecie. Ta poezja jest dla mnie uzdrawiająca. Wręcz niezbędna. Na zachętę przedstawię jeden z wierszy:


O królu, który kochał złoto

W złoto obrócił swój pałac
Król, który kochał złoto.

Wszystko, czego dotknęły dłonie król,
także róża, było złote.

W ramionach króla
Nawet księżniczka była złota.

Tam, gdzie sięgnęły ręce króla,
Cały świat, wszystko było złote.

Ale zaraz, chwileczkę!
Przez cały ten czas
Niebo pozostawało niebieskie.

poniedziałek, 29 listopada 2010

"Godzina czarownic. Tom 1" - Anne Rice

Anne Rice jest niewątpliwie najlepszą pisarką fantastyki. Z tym, że tego, co ona pisze, nie można nazwać lekką lekturą. Traktuje tematy wampirów czy czarownic śmiertelnie poważnie, doskonale wtapiając je w tło współczesności. Nie każdy jest w stanie przebrnąć przez jej styl, może zanudzić lub zachwycić. Tutaj ciężko o jednoznaczność.

Ja osobiście ją uwielbiam, to jedna z moich ulubionych autorek. Dlatego z chęcią sięgnęłam po dzieje czarownic z rodu Mayfair. Wcześniej miałam do czynienia jedynie z wampirami z innej serii, znanej niektórym głównie dzięki filmowi "Wywiad z wampirem" czy "Królowa potępionych" (ten drugi wręcz kocham, a związana z nim historia jest długa i zabawna - z moją mamą w roli głównej, może kiedyś opowiem?).

Książka ta opowiada o rodzinie, w której każda kobieta musiała zachować nazwisko Mayfair, ponieważ to było podstawą do dziedziczenia. W latach siedemdziesiątych (kiedy to toczy się akcja książki) rodzina jest bardzo rozrośnięta i kobieta, która jest dziedziczką rodzinnego majątku, ma ogromny dom w Nowym Orleanie. Jednak popadła w obłęd, jak to uznali lekarze, swoją córkę widziała jedynie zaraz po urodzeniu, po czym została jej ona odebrana. Tą kobietą jest Deirdre.

Drugą ważną postacią jest Michael Curry - architekt, który o mało nie utonął w morzu i uratowała go tajemnicza kobieta. Po tym wydarzeniu jego ręce mają moc odkrywania uczuć i wydarzeń połączonych z przedmiotem czy też osobą, której dotykają. Obsesyjnie wręcz pragnie odszukać osobę, która ocaliła mu życie i popada w alkoholizm.

Rowan Mayfair jest córką Deirdre, która zobowiązała się nigdy nie wracać do Nowego Orleanu. To ona uratowała Michaela, jednak nie chciała się z nim spotkać, ponieważ on był jedyną osobą, która mogła jej wyjaśnić, co tak naprawdę stało się w jej przeszłości, a o czym ona nie chciała wiedzieć. Dopóki nie zmieniła zdania.

Przez książkę przewijają się również inne postacie, mniej lub bardziej ważne. Z tych ważniejszych można wyodrębnić Lashera, diabła, czy może nie diabła, który od zawsze towarzyszy kobietom z rodu Mayfair. Jest to postać tajemnicza, będąca ogniwem łączącym poszczególne wątki w książce.

Anne Rice zawarła w powieści wątki autobiograficzne. Podpowiem, że warto się zapoznać z jej biografią, gdyż jest naprawdę interesująca i dość obszernie opisana na Wikipedii. Nie zdradzę, które to wątki, jednak mogę powiedzieć, że smutne. Przez to cała historia wydaje się barwniejsza, prawdziwsza.

Ciężko jest pisać o twórczości Anne Rice, gdyż ona zawsze zawiera w nich wiele elementów, a każdy wydaje się być jednakowo ważny, ciężko ominąć cokolwiek. Ubolewam jedynie nad faktem, że wydanie, które czytam, zawiera cztery tomy "Godziny czarownic" (przykładowo dom wydawniczy Rebis ma tę książkę w zaledwie dwóch tomach i okładkę z tego wydania możecie podziwiać w tym poście), o czym dowiedziałam się przed chwilą, co oznacza, że będę musiała przebrnąć przez drugi tom wydany przez wydawnictwo Amber, a w tym było ogromnie dużo literówek. Zupełnie jakby książka nie przeszła nawet przez jedną korektę. W dodatku kończy się w najciekawszym momencie i chwilowo nie mam jak dorwać tomu drugiego, który najchętniej przeczytałabym natychmiast.

A może po prostu pójdę do księgarni? :D. Nieee, moje postanowienie brzmi: Nie kupuję już żadnych książek do końca roku. I będę się tego trzymać.

A czarownice polecam. Chociaż może polecę, gdy przebrnę przez te cztery tomy, po których są kolejne dwa, ale już o innym tytule?

niedziela, 28 listopada 2010

"Lilith" - Olga Rudnicka

Olga Rudnicka napisała powieść dziwną. I nie można rozpatrywać tego słowa jedynie w negatywnym znaczeniu, gdyż wtedy książka straciłaby na jakości, a tej jej nie można odebrać. Tutaj chodzi mi raczej o to, że ciężko ją zaszufladkować gdzieś w swoich emocjach. Jednocześnie "Lilith" w jakiś sposób do siebie zniechęca (chociażby okładką i wątkami okultystycznymi, które mogą momentami wprawić czytelnika w przerażenie), ale po oderwaniu się o lektury - co nie jest takie proste - nie sposób o niej nie myśleć. O bohaterach, o tajemnicy Lipniowa i fascynacji czarami, która, mimo zracjonalizowania świata, wciąż jest obecna w kulturach całego świata, a gdzieś w nas zakorzenione są różnorakie przesądy. Może dlatego Lipniów stał się atrakcją turystyczną.

Bo w tym miasteczku wszystko wydaje się oczywiste. Sabaty cztery razy do roku, jako ikona miasteczka spalona na stosie hrabina Anastazja i krążąca legenda o Lilith - demonicy uwodzącej mężczyzn i zabijającej niemowlęta. Jednak w pewnym momencie okazuje się, że w okolicach miasteczka znikają nastoletnie niebieskookie blondynki, co do tej pory było skutecznie ukrywane przez lipniowską policję.

Do miasteczka zaś przyjeżdża ciężarna Lidia Sianecka z mężem, który odziedziczył sporą posiadłość. Zaprzyjaźnia się ona z Edytą - właścicielką specyficznego antykwariatu, o niesamowitym spojrzeniu, z którą zabrania się Lidii spotykać jej mąż, ponieważ... o tym trzeba się przekonać samemu.

Ciężko opisać tutaj fabułę, gdyż każdy wątek ma znaczenie przy rozwiązaniu zagadki. Co prawda bez problemu można je poznać, zanim się dobrnie do połowy, jednak dopiero w tym momencie zaczyna się naprawdę fascynująca lektura, gdy czytelnik cofa się coraz bardziej w przeszłość, poznając zarówno legendę, jak i rzeczywiste wydarzenia. Fascynujące jest to, jak współcześni ludzie mogą interpretować to, co minęło i przekładać to na swoje życie codzienne. Olga Rudnicka wykazała się zrozumieniem dla kobiet, które pozostają z mężczyznami dla "dobra dziecka", chociaż jest oczywiste, że nie powinny tego robić. Z drugiej jednak strony na kartach książki pojawiają się również kobiety silne, niezależne. Nie gorzej zostali przedstawieniu mężczyźni. Zarówno od strony zewnętrznej - silni, wytrwali, niezłomni - i wewnętrznej - kochający, zdolni poświęcić wszystko dla ukochanej. Czytanie o tak różnych osobowościach było ogromną przyjemnością.

Niestety "Lilith" posiada jedną dużą (jak dla mnie) wadę - gdy się ją czyta, wszystko jest w porządku. Czas upływa, czytelnik ma wrażenie, że upłynęły może dwa-trzy tygodnie od momentu rozpoczęcia akcji, a tu nagle się okazuje, że minęło kilka miesięcy, które gdzieś zniknęły w nawale słów. Gdy dotarłam do momentu, w którym pojawia się ów upływ czasu, wcisnęło mnie w fotel i zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi. Ale oprócz tego książka jest naprawdę przyjemna (o ile przyjemne może być czytanie o krwawych rytuałach, morderstwach i gwałtach - ja na szczęście lubię o tym czytać), pochłania i nie chce opuścić myśli, chociaż jednocześnie ma się wrażenie, że to jeszcze nie wszystko, czegoś brakuje, nie da jej się opisać, bo nagle zasób słów przeciętnego człowieka się kończy. A to może być zarówno zaletą jak i wadą.

I bardzo ładnie zostały przedstawione wydarzenia z przeszłości hrabiny w snach. To były moje ulubione części lektury, gdy czytałam opisane w mroczny, chwytający za serce sposób fragmenty, które poskładały się w całość dopiero pod koniec.

Mogę polecić ją osobom, które lubią taką tematykę. Niewątpliwie nie każdemu się może spodobać. Mi się podobało.

wtorek, 23 listopada 2010

Anielica i Diablica.

W poście po powrocie z Kołobrzegu o Nich wspominałam. O mojej niespełnionej miłości do Nich. Mojej miłości do Ich miłości, którą widziałam na Ich twarzach. Gdy weszłam, od razu się w Nich zakochałam. On, Diabeł, z koźlimi kopytkami i rogami. Ona, Anielica, z niezgrabnymi stopami, smutkiem na twarzy i zaciekiem pod okiem. Siedzi Mu na kolanach. Oboje mają zamknięte oczy. Na Jego twarzy maluje się to ogromne uczucie. Ta miłość. Skazana z góry na niepowodzenie przy podziale świata na Niebo i Piekło. Miłość odwieczna.

Mogłabym wymyślić historię miłości idealnej i przeznaczonej ku potępieniu, tylko na Nich patrząc. I było kilka różnych figur przedstawiających tę parę, jednak żadna z nich nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Moja towarzyszka podróży niemal się ze mną założyła, że Ich kupię. Ja stwierdziłam, że nie. Nie teraz. Następnym razem, jeśli będą na mnie czekać. I chodziłam do sklepu "Pod Aniołem", żeby na Nich patrzeć. Zrobiłam Im zdjęcia. Ale żadne nie będzie w stanie oddać tego, co zobaczyłam.

Każda z figur miała innego autora. Bardzo chciałabym wiedzieć, kto Ich stworzył. Wlał w nich tyle emocji, od których mnie wszystko bolało. Autentycznie cierpiałam, nie mogąc ich ze sobą zabrać. Bo czy mogłaby być para doskonalsza? I nawet nie drażni mnie przedstawienie Diabła z kopytkami i rogami. Widzę w tym jakąś celowość. Piękno kontrastu. Coś niesamowitego.

Czasem się zdarza, że znajduję rzeczy, które do mnie przemawiają. Czuję z nimi ogromną więź i muszę je mieć, inaczej choruję w duchu tak bardzo, że moje myśli nie są w stanie zmienić kierunku, zatapiam się w tym całkiem na wiele tygodni, a nawet później, gdy przejdzie pierwsza gorączka, czuję w sercu tę tęsknotę. I tak mam z Nimi. Musiałam wykazać się ogromną siłą woli, by opuścić Kołobrzeg bez Nich. A mogłam Ich kupić. To był jeden z niewielu sklepów w mieście, gdzie można było płacić kartą. I to było moje przekleństwo.

Nic mnie już tak nie zachwyciło (no, może Gretchen), nie chwyciło za serce. Mam nadzieję, że będzie mi dane po nich wrócić, zabrać ze sobą. Ale szczerze bym się bała. Najdrobniejszej usterki, czegokolwiek.

Bo On Ją tak bardzo kochał, a Ona nie mogła z Nim być...






A tytuł notki celowo jest taki, jaki jest ;). Kiedyś się zapędziłam, szybko o Nich mówiąc i wyszło właśnie tak.

sobota, 20 listopada 2010

"Zamówienie z Francji" - Anna Szepielak

Naczytałam się o tej książce wiele dobrego, sama przekonywałam się do niej tygodniami. W końcu Kaś na spotkaniu blogowym przelała czarę. Ledwo wróciłam po nim do domu, od razu zamówiłam. Co niezmiennie mnie śmieszy, gdyż zamówiłam "Zamówienie". Oczywiście wiele czynników się złożyło na zakup i chęć przeczytania tej książki. Ale może przejdźmy już do sedna.

Ewa pracuje, robiąc zdjęcia (niestety słowo "fotograficzka" mnie w żaden sposób nie satysfakcjonuje). Tak naprawdę uwielbia fotografować naturę, jednak częściej ma do czynienia z ludźmi. Pewnego dnia zostaje zgłoszona do pracy nad zdjęciami kwiaciarni we... Francji. Z dnia na dzień musi się spakować i wyjechać. Tam poznaje rodzinę pełną tradycji i swoistych rytuałów, które z początku ją zadziwiają. Do momentu, gdy nie zdarza się coś jeszcze dziwniejszego, co dotyczy Ewy bezpośrednio i zarazem historii owej rodziny.

Przez powieść przewija się multum postaci. Miło mnie zaskoczyło to, iż każdy jest inny, ma różne cechy charakteru, sposobu mówienia. Oprócz prowansalskiej atmosfery, która pomimo upału przyciąga do siebie jak magnes, jest to jedna z najlepszych rzeczy w książce. Autorka doskonale przedstawiła kontrast między Polską a Francją - zarówno w klimacie jak i owej atmosferze. Fabuła jest bardzo ciekawa i zgrabnie poprowadzona. I można się tutaj jedynie zachwycać i dać pochłonąć. Jednak nie będę się o niej wypowiadać w samych superlatywach.

Frustrowały mnie ogromnie dwie rzeczy - po pierwsze styl, czy może język, jakim posługiwała się pani Anna. Jest niewykształcony, od razu można się domyślić, że to debiut. Jednak po kilkudziesięciu stronach przestaje się zwracać na to uwagę, gdyż książka wciąga i świat dookoła już nie istnieje. Mimo to zwracam na to uwagę, gdyż wiem, że niektórych to może zniechęcić do dalszej lektury i dla mnie samej ma duże znaczenie, jako literackiego smakosza.

Jako drugie opowiem o myślach bohaterów, do których mamy wgląd. Szczególnie do Ewy, czasem Elizy. Czy do innych również? Zapomniałam, ale te dwie kobiety na pewno się nimi z nami dzielą. Są przedstawione tak, jak dialogi (myślnik, spacja, treść), co sprawia, że gdy bohaterka zaraz po swojej myśli postanawia coś powiedzieć, może się pomylić. Zresztą sama jestem raczej zwolenniczką opisowego przedstawiania tego, co dzieje się w głowie postaci, niż bezpośredniego (oczywiście wyłączając dialogi, bo one być muszą i koniec). Spłaszczało mi to powieść, gdy czytałam pełne irytacji myśli Ewy. Skojarzyły mi się trochę z myślami ordynata Michorowskiego z "Trędowatej", a tam również mnie denerwowały.

- Jasna cholera! Czy ten facet musi ciągle tkwić za moimi plecami? Znowu mnie podsłuchiwał. Co ja tam za bzdury plotłam? Pewnie pomyśli, że jakaś idiotka kompletna jestem! Dlaczego ja się tak przy nim denerwuję? To absurdalne... Fotograf musi dbać o wzrok, też coś! No pewnie, że musi. Czy to jego sprawa? Boże, znowu się skompromitowałam. I nawet mu nic nie nagadałam... Matko kochana! A jak wyglądam? (...) Co go obchodzi mój wzrok?

Po czymś takim dochodzę do wniosku, że wolę nie znać myśli bohaterów, ale przynajmniej nie uważać ich za idiotów i kompletnie infantylnych. Pomijając takie przypadki, powieść naprawdę mi się podobała, Ewę lubiłam (chociaż Elizę bardziej) tak jak i innych. Zakochałam się w otoczeniu, historii tej rodziny, Aleksandrze, babce Konstancji i okładce, tak, okładce! Przyciąga wzrok i mogłabym się w nią wpatrywać bardzo długo. Chociaż "Światła pochylenie" miało ładniejszą, głębszą.

Cieszę się, że mogłam ją przeczytać. Chętnie zapoznałabym się z drugim tomem, gdyby pani Anna go napisała. Jednak bardzo bym prosiła o zamaskowanie trochę tych przemyśleń! Ja rozumiem, że to ludzkie, normalne, tak się myśli, ale literatura ma sprawiać, że świat wyda się piękniejszy (lub brzydszy), ale nie taki, jaki on w rzeczywistości jest. Taka jest moja opinia.

A co może być najlepszym dowodem na to, że książkę warto przeczytać i przymknąć oko na język czy myśli (których się uczepiłam jak rzep psiej... psiego ogona)? To, że nie poszłam w piątek na pierwsze dwie godziny zajęć, tylko ją czytałam. Po czterech godzinach musiałam ją odłożyć, gdyż się skończyła, a później musiałam iść do biblioteki po coś na resztę dnia... Ale o tym kiedy indziej ;).

czwartek, 18 listopada 2010

"Światła pochylenie" - Laura Whitcomb

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, gdy mam coś powiedzieć o "Światła pochyleniu" jest to, że to jest książka, jaką ja sama chciałabym napisać. Nie za gruba, bez żadnych zbędnych, nikomu niepotrzebnych wątków, które mają tylko rozepchać książkę do niebotycznych rozmiarów i zanudzić czytelnika. Fabuła jest na swój sposób nietypowa, chociaż wciąż mieści się w modnej ostatnio sferze zjawisk nadprzyrodzonych. Delikatnie powtarza pewien wątek z "Opowieści o złodzieju ciał" Anne Rice, jednak wiem doskonale, że literatura jest intertekstualna, nawet jeśli autor nie zdaje sobie sprawy z nawiązań do cudzych dzieł.

Bo tak naprawdę o duchach można napisać wiele. Opowiedzieć historię, jak to umarły i jak bardzo je smuci, że muszą tułać się po ziemi, nawiedzają ludzi i budynki. Jednak Laura Whitcomb postanowiła popatrzeć na to trochę inaczej. Przeprowadziła podział duchów na te, które nie zdają sobie sprawy z tego, iż umarły i wciąż prowadzą "życie" takie jak wcześniej, oraz na Światła. Te ostatnie wiedzą, jaki jest ich stan. Stoją w "hierarchii" wyżej od zwykłych duchów, mogą nawiedzać ludzi i im pomagać. Ale gdy tylko odejdą od swoich gospodarzy, czekają ich męki piekielne...

Książka ta opowiada o dwóch Światłach. Główną bohaterką jest Helen, która jest szczęśliwa, nawiedzając literatów czy też zapalonych czytelników. Drugą postacią jest James, który przejął ciało opuszczone przez innego ducha i jest teraz człowiekiem. Jednak jako Światło może zobaczyć Helen, która jest zdumiona tym faktem. I od tego zaczyna się powieść.

Miłość dwóch Świateł, pożądanie i ciała należące do osób, z którymi Światła nie chciałyby mieć nic wspólnego. Pięknie pokazane problemy z powrotem do świata żywych, ból przeszłości i miłość do literatury. Oraz przełamywanie pewnych tematów tabu, walka o własną niezależność i kara za to, kim się jest w rzeczywistości. Jak również brak odwagi, by powiedzieć to, co samo ciśnie się na usta.

Tej książki się nie czyta. Ją się kontempluje. Pochłania każde napisane we wspaniały sposób zdanie. Nie ma ich ani za dużo ani za mało. Książka ta niemal zasługuje na miano doskonałej. A jednak czegoś niewielkiego, wręcz minimalnego mi w niej brakło, bym je przydzieliła.

I nie, pod żadnym pozorem to nie jest jakiś drugi, piąty czy setny "Zmierzch". To cudowna historia, która spodobałaby się chyba niemal każdemu, kto potrafi docenić finezję języka i subtelność znaczenia każdego ze słów. Nie jest ciężka. Jest naprawdę wspaniała. Te trzy godziny z nią były jak czas spędzony w niebie.

Bardzo gorąco polecam.

A gdyby ktoś chciał mi dać jakiś prezent, to już wiecie, co baaaardzo chciałabym otrzymać ;). I kocham te okładkę, naprawdę. Dziękuję C.S., że była łaskawa mi ją pożyczyć.

środa, 17 listopada 2010

"Sebastian czyli przygody błazna" - Philip Caveney

Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak wygląda fantastyka dla dzieci. Oczywiście nie chodzi mi o baśnie, gdzie występują różne fantastyczne stwory, ale fantastykę w dokładniejszym tego słowa znaczeniu - wymyślone krainy, niezwykłe stworzenia. Sięgając po "Sebastiana" wydawało mi się, że się dowiem, czym to jest. Jednak wciąż mam pewne wątpliwości.

Sebastian jest błaznem - wyjątkowo kiepskim, tak swoją drogą - i półelfem. Zasadniczo powinien przeczuwać, jaki człowiek jest w głębi serca, jednak ta funkcja u niego trochę szwankuje. Podróżuje z bawolopem - wyjątkowo gadatliwym i śmierdzącym zwierzęciem, które kocha narzekać i się objadać. Czym w rzeczywistości jest bawolop? Z rysunków w książce wynika, że po prostu bardziej owłosionym bawołem, którego można nauczyć mówić, jednak nie wszystkim się to udaje. Poza tym niczym się nie wyróżnia. Razem spotykają na początku swojej podróży małego wojownika Corneliusa, który może pokonać każdego. A w pewnym momencie ratują z opresji piękną księżniczkę Kerin... I tu zaczyna się prawdziwa przygoda.

Książka wciąga, można odpłynąć i przeżywać wszystko wraz z bohaterami, jednak jest to nijakie. To jest powieść dla dzieci, jednak nawet to jej nie usprawiedliwia, szczególnie, gdy w grę wchodzą częste powtórzenia, a fantastyką dla dzieci to jest tylko z nazwy... Bo magia i wiara w nią kończy się wyłącznie na gadającym zwierzęciu i elfach. Wszystko inne można odnieść do rzeczywistości ze zmienionymi nazwami. Ale książka nie ma samych wad, wręcz przeciwnie.

Bardzo podobało mi się przedstawienie intryg dworskich, niedola niewolników i ich sprzedawanie na targach, przemiana rozpieszczonej księżniczki w rozumną królową i zakończenie, które dostało ode mnie duży plus, chociaż jako czytelniczka (nie)doskonała chciałabym, żeby odbyło się huczne wesele Kerin i Sebastiana i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Jednak wydaje mi się, że autor chciał przedstawić dzieciom dworską rzeczywistość, a nie baśń. Niestety nie wydaje mi się, żeby udało mu się to osiągnąć w sposób szczególny. Książka jest niedopracowana. Jednak nie sądzę, by dzieciom to przeszkadzało. Gdybym miała określić kategorię wiekową, powiedziałabym, że 10-11 lat, ponieważ osoby w późniejszym wieku zasługują na coś ambitniejszego. Na szczęście zabrakło w niej podtekstów seksualnych, których wyszukiwałam cały czas, żeby dopisać je na listę zarzutów do autora.

A czarny bohater jest tak czarny i zadufany w sobie, że to aż śmieszne.

Czyta się szybko, doskonała przed snem. Tylko dlaczego Sebastian na rysunkach wygląda na trzydziestoletniego elfa, który nawet w trakcie bitwy ma na głowie czapkę błazna? A w dodatku jest taki niepoprawny... Z całą pewnością nie był wart tego, by zakochała się w nim księżniczka.

wtorek, 16 listopada 2010

Stosik #3


Czy ktoś pragnie wiedzieć, na co studenci germanistyki wydają swoje stypendium? No, a przynajmniej jedna studentka...

Opowiem Wam od dołu, o czym mowa:
1) Słownik wymowy (takie coś kosztuje... aż szkoda mówić, haha, mówić, dobre...).
2) "Effi Briest" Theodor Fontane. Po niemiecku (oczywiście :D). Lekturka do pracy rocznej, za którą się kiedyś zabiorę. Kiedyś. Lubię to słowo, bo do niczego nie zobowiązuje.
3) "Faust" Goethego. Część pierwsza. Również po niemiecku. Jest cudownie miękki. Książka, znaczy się. To wydanie... dziwne, ale bardzo mi się podoba. Aż szkoda, że nie kupiłam z niego Effi. Ale ją by się źle pewnie czytało w czymś tak miękkim. Uwielbiam Empik, naprawdę!
4) "Evil at heart" Chelsea Cain. Tak! Moja Gretchen part trzy w oryginale! Jak widać, moje groźby nie są całkiem bezpodstawne xD. Na szczęście Allegro miewa różne cuda.
5) "Zamówienie z Francji", do którego zakupu przekonała mnie Kaś na spotkaniu blogowym. Więc zamówiłam niemal od razu. Mniam.
6) "Ptaszek, dzwonek i ja", czyli wiersze dla dzieci japońskiej poetki. Już w tej chwili wiem, że są cudownie odstresowujące (takie słowo nie istnieje? Czemu Mozilla mi je podkreśla? Hm...).
7) "Światła pochylenie", użyczone mi przez C.S.
8) "Emancypacja Mary Bennet" - jak wyżej.
9) Co prawda nie książka, ale trzeci sezon "Plotkary" na DVD. Moja kolekcja się rozrasta.

A stypendium wyparowało, zanim zdążyłam się nim nacieszyć... Nie wspominając o tym, że w niedzielę zamówiłam "Mitologię germańską" na Allegro. Ojej. Zna ktoś dobrego psychiatrę? :D.

Do zdjęcia pozował Pan Stosik, Amadeusz i kawałek mojego plakatu Klimta :D.

sobota, 13 listopada 2010

"47 samuraj" - Stephen Hunter

Czy gaijin może napisać książkę, która opowiada o wielkich japońskich wartościach, nie odwalając przy tym totalnej fuszerki? Ku memu (i autora) szczęściu tak.

Bob Lee Swagger jest byłym komandosem, synem bohatera wojennego i alkoholikiem. Gdy pewnego dnia w jego domu pojawia się Japończyk i pyta o miecz, który ojciec Boba zabrał jego ojcu w czasie wojny, nie pojawiają się niesnaski. Wręcz przeciwnie. Oboje jako wojskowi rozumieją, że śmierć w czasie bitwy jest nieunikniona. Nie ważne jest, kto zabił czyjego ojca. Ważne jest, by wszystko naprawić.

I tym oto optymistycznym aspektem rozpoczyna się książka. Przyjaźń obojga mężczyzn zostaje wystawiona na ciężką próbę, gdy Yano - ów Japończyk - ginie z powodu miecza, który odzyskał dla niego Bob. W tym momencie komandos pragnie pomścić jego śmierć i pląta się w aferę związaną z yakuzą i słynnym mieczem, który doprowadził do zagłady rodu Asano.

Książka jest świetna. Barwna, pozwala popatrzeć na Japonię i jej dziwactwa (jak to zostało określone w książce) z perspektywy Amerykanina i Japończyków. Gdyby czytała ją osoba, która Japonii w żaden sposób nie rozumie, uznałaby ją za przepełnioną humorem. Ja stwierdziłam, że to jest właśnie śmiertelnie poważne (co też brzmi dwuznacznie, szczególnie, gdy Nii błaga swojego oyabuna, by ten pozwolił mu popełnić seppuku, a oyabun mówi mu, żeby nie był takim egoistą, bo się jeszcze przyda), chociaż nas, Europejczyków, może naprawdę śmieszyć.

Autor odwalił kawał dobrej roboty, zapoznając się z mieczami samurajskimi, sztuką walki, a nawet ludzką anatomią, ale sam przyznaje, że ekspertem nie jest i mogą się pojawić pewne nieścisłości i to wszystko jest jego własną winą. Nie chcę myśleć, że popełnił błędy, więc nie będę weryfikować tej powieści pod względem merytorycznym.

Jej wielkim plusem jest przybliżenie japońskiej mentalności i przełożenie jej na rozumienie człowieka Zachodu. Ukazanie samurajskich wartości w przeciwstawieniu do perwersji seksualnych oraz innych rzeczy.

W "47 samuraju" dzieje się tak wiele, że ciężko jest go nawet opisać. Mogę go tylko gorąco polecić i zagłębić się w Japonię. Może to pierwszy krok, by zainteresować się bliżej jej kulturą, nie ograniczając się jednak tylko do samurajów, mieczy i yakuzy?

Bo historia zawsze zatacza koło. A miecz jest sprawiedliwy, rwie się do walki. "Stal tnie ciało/ stal tnie kości/ stal nie tnie stali". Stań się człowiekiem, którego nie pokona miecz. Nawet Amerykanin może stać się samurajem. A to naprawdę sztuka [w przypadku Amerykanów].

Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.



Jestem przerażona powyższym efektem. Nawet w dwudziestu procentach nie oddaje moich uczuć względem tej książki. Osoby zorientowane wiedzą, że złamałam swoją żelazną (nie stalową!) zasadę, że nie recenzuję eBooków. I chyba właśnie zrozumiałam dlaczego. Źle się kartkuje eBooka. Bardzo źle. A ja lubię mieć tę możliwość, gdy piszę recenzję... Nie można mieć wszystkiego.

Jutro w "Kobiecie na krańcu świata" o 10:55 na TVN będzie o gejszach. Mam zamiar oglądać, ciekawe, czy mi się uda (nie zapomnieć).

Tak właściwie chciałam powiedzieć, że ostatnie dni spędziłam na zapoznawaniu się z seppuku na YouTube, kabuki i wspaniałą sceną śmierci. Aczkolwiek filmik gdzieś zgubiłam. A jutro idę sobie kupić miecz samurajski, a co. Nie ważne. Niech nikt mi nie mówi, dlaczego tego nie zrobię. Zdaję sobie doskonale sprawę z każdego pojedynczego powodu.

"Łabędź i złodzieje" - Elizabeth Kostova

Ciężko jest napisać naprawdę dobrą historię o obsesji. Pozornie irracjonalnej, bezsensownej. Obsesji. Miłości do osoby, która umarła prawie sto lat wcześniej.

Elizabeth Kostova najwidoczniej stara się dążyć do osiągnięcia mistrzostwa w pisaniu fascynujących powieści, których akcja rozgrywa się jednocześnie w przeszłości, jak i chwili obecnej, powielając w pewien sposób wątek fabularny. A bohaterowie są na tropie jakiegoś dawno wygasłego wydarzenia, które, jak i cała historia, żyje w świadomości ludzi. I nagle wszystko wydaje się możliwe.

"Łabędź i złodzieje" mogą rozczarować w pewien sposób, ale i zaczarować. Bo chociaż głównym wątkiem (pozornie) jest obsesja Roberta Olivera - utalentowanego malarza, który ląduje w zakładzie psychiatrycznym, ponieważ zaatakował obraz w muzeum - to później okazuje się, że tak naprawdę nie ma ona znaczenia. Po prostu lekarz musi znaleźć swoją własną drogę do poznania tej historii i poznania wreszcie, czym jest miłość.

Wkraczamy w świat sztuki. Kostova pozwala nam poczuć zapach farb i terpentyny; zobaczyć grę światła na przedmiotach; poczuć zmęczenie po całonocnym malowaniu; wedrzeć się w psychikę artysty - która zazwyczaj, stereotypowo, uznawana jest za chwiejną i dziwną. A w niezamalowanych miejscach na płótnie, które tworzy, dostrzegamy głębsze rzeczy, myśli, wydarzenia, luźne sploty, aluzje, które są przecież nazbyt oczywiste.

Po raz kolejny - jak i w "Historyku" - raczy nas powieścią po części epistolarną. Możemy zrozumieć piękno i unikatowość listów w dzisiejszym, skomputeryzowanym świecie. Ich emocje, zapach i niebezpieczeństwo jakie za sobą niosą. A przy tym odkryć miłość między wersami. Wyidealizowaną, jakże by inaczej, jednak z góry skazaną na niespełnienie w czasach, gdy na spacer trzeba się było udać z przyzwoitką. A nawet we współczesności - gdy zakrawa to na coś wyjątkowego.

Tak, "Łabędź i złodzieje" bardzo mi się podobał. I chociaż przez 3/4 książki zastanawiałam się, kiedy ona się rozwinie, a zdążyła się już niemal skończyć, nie umywa się, moim zdaniem, do "Historyka", to nie odmówię jej pewnego kunsztu i dbałości o szczegóły w tworzeniu zarówno tła (historycznego i współczesnego), jak i atmosfery, która pozwala nam krążyć między epokami.

Przez długi czas czekałam na drugą powieść Kostovy - teraz z równie wielkim utęsknieniem będę czekać na trzecią. I nie chodzi nawet o to, że moja przyjaciółka powiedziała, że ta książka musi być kiepska, skoro tak długo ją czytam - bo nawet w najbardziej męczącej lekturze mogę znaleźć coś zachwycającego. Zresztą i tak uważałam, że ona była po prostu za ciężka, żeby wozić ją ze sobą w te i wewte w torebce...

środa, 10 listopada 2010

"Irmina" - Janusz Domagalik

Oto ostatnia książka z moich kołobrzeskich wojaży. Trochę czasu mi zajęło zabranie się za nią, jednak efekt jakiś jest.

Irmina jest bardzo ładną dziewczyną, siostrą Marka. Ich matka pracuje w szpitalu, a dziadek jest chory. Mają jeszcze psa, Norę. Z pozoru zwyczajna rodzina, z konfliktami, nieporozumieniami, tajemnicami... Jednak okazuje się, że wszystko to sięga przeszłości, braku chęci do rozmowy. Nieznajomości najbliższych ludzi. Domagalik rysuje nam portret komunistycznej Warszawy, z punktu widzenia młodzieży. Zagubionej, próbującej poskładać swoje życie w całość.

Książeczka jest niepozorna. Sama nie wiem, czym się kierowałam, gdy wybrałam ją w tej bibliotece, chyba tylko tytułem, który w rzeczywistości nic mi nie mówił. To było po prostu uczucie, mówiące mi, że chcę ją przeczytać, że na pewno mi się spodoba. Przeczucie się sprawdziło w pełni.

Nie czytałam nic innego tego autora, jednak jego styl mi się bardzo podoba, wręcz wydaje się znajomy. Podobają mi się również kreacje bohaterów - każdy jest inny, ma swoje sekrety, które mają to samo źródło. Bo jedyną nieświadomą wszystkiego osobą jest Marek. Irmina zdaje się wiedzieć wszystko, jednak nie chce powiedzieć nic bratu, ponieważ powstała między nimi pewna emocjonalna przepaść. Podejmowane decyzje i sposób ich opisania są bardzo interesujące. Domagalik urywa pewne sceny, przenosząc nas w inne chwile. I jestem tym niemal zachwycona. Mało kto potrafi tego dokonać, nie wzbudzając w czytelniku irytacji, a przynajmniej we mnie.

Książka jednocześnie banalna i typowa, ale jednocześnie zupełnie nietypowa. Właśnie naszło mnie skojarzenie z twórczością Ewy Nowak, jednak cofniętą w czasie o trzydzieści lat. Mają coś podobnego.

Czy polecam? Owszem.

Pierwszą częścią tej książeczki jest "Marek". Będę się starała po niego sięgnąć.

niedziela, 7 listopada 2010

"Cztery życia wierzby" - Sa Shan

"Cztery życia wierzby" jest zbiorkiem czterech chińskich opowiadań. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą autorką i z tego, co przeczytałam, nie jest to jej najlepsza książka. Dlatego w tym momencie wiem, że chcę przeczytać inne. Które zaczarują mnie bardziej, bo przez te historie snuła się cieniutka niteczka magii, chociaż to wciąż nie jest to...

Opowiadania nie są zatytułowane, ale ponumerowane. Pierwsze opowiada o chłopcu Czong Yang, któremu ktoś przepowiedział przyszłość w sposób bardzo dwuznaczny. On był uczciwy, dlatego nie dążył specjalnie do kariery, tylko chciał przeżyć. Uczył się do cesarskich egzaminów. W międzyczasie żył z siostrą swojego przyjaciela. Gdy dostał pracę na dworze - zaczęły się jego nieszczęścia.

Druga historia dotyczy bliźniaczego rodzeństwa, nienawiści i rywalizacji między dziewczynką a chłopcem. To chyba moje ulubione opowiadanie, ponieważ opowiada o silnej kobiecie, która robi to, co powinna, by być szczęśliwą, nie do końca zważając na swoją rolę w społeczeństwie i rodzinie. Walczy o swoją przyszłość i - mogę to chyba powiedzieć - wywalczy ją.

Trzecie mówi o rewolucji kulturalnej Mao. Głównym bohaterem jest młody rewolucjonista, student, i Wierzba - dziewczyna, którą podziwiał, odkąd usłyszał jej przemówienie. Możemy zobaczyć działania rewolucjonistów i sposób, w jaki niszczą sami siebie, szukając kozła ofiarnego. To opowieść o miłości i poświęceniu. Chociaż najmniej magiczna z tych wszystkich.

Ostatnie opowiadanie jest króciutkie, ma zaledwie kilka stron, i tutaj przenosimy się w całkiem współczesne Chiny. Widzimy kobietę, która jest bardzo wyzwolona, nie chce się z nikim wiązać. Nagle wplata się wątek baśniowy, o niebiańskim cesarstwie i miłości. Co zapewne zaważy na jej późniejszym postrzeganiu uczuć.

Nie mogę powiedzieć, żeby mnie zachwyciła ta książeczka. Jest przyjemna, cieniutka, doskonała na chwile, gdy nie mamy zbyt wiele czasu. Jednak fakt, iż mamy tutaj baśnie, chociaż zawoalowane, jakby sami bohaterowie w to nie dowierzali, sprawia, iż... to jest coś innego. Nie spotkałam się nigdy z czymś takim i jestem pewna, że gdy przeczytam po raz drugi czy trzeci, docenię tę książkę bardziej. Ale i tak uważam ją za bardzo dobrą, chociaż... do druku wkradło się kilka literówek, a ja ich szczerze nie znoszę.


Wprawdzie na Targi Książki nie dotarłam, ale za to byłam na spotkaniu blogowym :). Bardzo miło było mi Was poznać, dziewczyny. I czekam na kolejne spotkanie!

sobota, 30 października 2010

"Wirtuoz zbrodni" - Chelsea Cain

Recenzja części pierwszej znajduje się tutaj.

Z góry uprzedzam, iż ta recenzja będzie fanatyczna, obsesyjna i kompletnie nieprofesjonalna w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu.

Gretchen Lowell, piękna, inteligentna, psychopatyczna seryjna morderczyni ucieka z więzienia po tym, jak Archie, jej ostatnia ofiara i jednocześnie detektyw prowadzący jej sprawę, przestaje ją odwiedzać. Przeprowadza wiele skomplikowanych (lub też nie - w zależności od punktu widzenia) działań, by wydostać się z zamknięcia.

W tym samym czasie toczy się sprawa rozpoczęta w "Obłędzie serca" z opiekunką dzieci senatora - Molly Palmer. Susan dąży do tego, by wreszcie opublikować swój artykuł, jednak w wyniku ucieczki Gretchen dziennikarka musi siedzieć w zamknięciu, gdyż jest jednym z potencjalnych celów. Wraz z Henrym dochodzą do wniosku, że, by znaleźć morderczynię, będą zmuszeni rozwiązać obecną sprawę.

A Archiemu w tym czasie wysiada wątroba od zbyt dużej ilości vicodinu.

Uważam, iż ta część jest gorsza od poprzedniej, ponieważ Gretchen było mniej, jej samej w sobie. Zbyt duże skupienie było na Archiem i Susan oraz śledztwie. Jednak również mnie porwała i zachwycała, przez ostatnie dni mogłam mówić tylko: Gretchen to, Gretchen tamto. A wiesz, że Gretchen uciekła z więzienia? Och, Gretchen! Moja Gretchen. W autobusie wydawałam z siebie dziwne odgłosy, sądzę, że miałam wzrok osoby kompletnie pijanej i za nic nie chciałam się od książki oderwać. Również ją uwielbiam. Zaraz się zabiorę za pisanie do wydawnictwa o kolejne tomy.

Jestem jednak zawiedziona okładką. W "Obłędzie serca" była śliczna i tłoczona. Ta jest gładka, bez takiego polotu. Tamtą mogłam cały czas dotykać i się nią bawić. Ta mnie nie skłania ku takim czynnościom.

Ale nie wpływało to na mój odbiór i zachwyt. Kocham Gretchen, jest cudowna!
Och, Gretchen!

Pozdrowienia dla miłej Pani z Empiku!

- To musiało być przygnębiające, kiedy się okazało, że wyznałeś takie osobiste rzeczy seryjnej morderczyni.
Przygnębiające. Owszem. Można było tak to określić. Z drugiej strony, zabawna rzecz, dobrze było mieć kogoś, z kim można było pogadać. Szkoda tylko, że ulubioną rozrywką Gretchen było patroszenie ludzi.

czwartek, 28 października 2010

"Koniec wszystkiego" - Megan Abbot

Na świecie można znaleźć wiele patologii. Jednak w momencie, gdy trzynastoletnia dziewczynka znika z mężczyzną starszym od jej własnego ojca, wszystko staje na głowie. Policja wyrusza na poszukiwania, rodzina panikuje, matka wpada w depresję, a najlepsza przyjaciółka... jest zagubiona i jej szuka, w swojej własnej głowie. Bo inaczej tego nazwać nie można.

Narratorką jest Lizzie - przyjaciółka porwanej. Bo przez całą książkę mówimy o porwaniu. Jej język brzmi, jakby opowiadała o swoim śnie, nie wiedziała, co się dzieje, a wszystko było osnute mgłą. Nie wiem, czy to nieudolna próba autorki napisania powieści postmodernistycznej, czy celowy zamysł, chęć pisania w języku poetyckim. Z początku przeszkadza w odbiorze treści, chociaż wiem, że gdy przeczytam ją drugi lub trzeci raz, wszystko nabierze dla mnie większego sensu.

Ciężko mówić tutaj o normalnych relacjach rodziców z dziećmi. Dusty jest zakochana w swoim ojcu, Lizzy kocha tatę Evie (porwanej) i Dusty. Evie, jak już wcześniej wspomniałam, znika z dorosłym mężczyzną. A przede wszystkim widzimy to wszystko oczami Lizzy, którą autorka wykreowała bardzo dziwnie. Momentami jest o wiele zbyt infantylna jak na swój wiek, a w innym momencie zachowuje się bardzo dojrzale i ma poważne przemyślenia. Znikąd pojawiają się w jej głowie wspomnienia, domysły i pomysły, które są ze sobą średnio powiązane. Jednak to mi się podobało, gdyż ludzka pamięć jest skomplikowana i ciężko powiedzieć, na jakiej zasadzie działa. Widzimy tutaj determinację. Determinację godną dorosłego, który nie potrafi wyruszyć na poszukiwanie swojej córki.

W książce przedstawione są również relacje między przyjaciółkami, rodzeństwem, rodzicami i również rówieśnikami (te są moim zdaniem przedstawione najlepiej). I uczucie, gdy wiesz, że znasz tę drugą osobę niemal tak dobrze jak siebie samą i wiesz, po prostu wiesz, że nic jej nie jest.

Zakończenie przewraca wszystko o sto osiemdziesiąt stopni. I wtedy nie ma już znaczenia, że pedofilia kryje się na każdej stronie, przeplatana z prawdziwą miłością (zresztą kto powiedział, że pedofile nie kochają prawdziwie?) i nawet z nią łączona. Bo nachodzą pewne myśli, a książka nagle stapia się w całość. A autorka daje nam sygnały, co się stanie. Ale trzeba je wyłapać w nawale słów.

Książka nietypowa, na pewno nie spodoba się każdemu, gdyż posiada język, do którego po prostu trzeba przywyknąć. Jednak ma w sobie coś więcej, co trzeba odkryć, a ja bałam się, że jednak tego nie znajdę. Do ideału jej daleko, tak jak i do przyjemnego czytadła. Jest specyficzna. Dla ludzi specyficznych, którzy się nie zniechęcają.

Mogę polecić bez wyrzutów sumienia.

Chciałabym jeszcze dodać, że bardzo podoba mi się oprawa graficzna. Gdy tylko otworzyłam paczkę, wyobracałam książkę na wszystkie strony i się jej przyglądałam. Przyciąga mnie coś do niej. Pewna nietypowość. A to pasuje do treści.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński.



Pamiętacie mój zachwyt nad "Obłędem serca"? Już niedługo, w przyszłym tygodniu, będę miała drugą część. Obecnie czytam ebooka. Serce mi podskakuje w piersi i jestem zachwycona. Tak tęskniłam za Gretchen! A po jej przeczytaniu będę pewnie pisać do wydawnictwa, kiedy wydadzą kolejne części. No, ale najpierw przeczytam ^^.

wtorek, 26 października 2010

"Rubio" - William Wharton

Nigdy nie mogłam się uważać za miłośniczkę Whartona, gdyż jego styl mnie nuży, sprawia, iż oczy mi się przymykają, a ja powoli przysypiam... Ale to jest jego urok. Wszystko, co on pisze, ma taką cechę. Wymaga doszukiwania się szczęścia w prostych czynnościach, ale przepełnia smutkiem. To jest Wharton. I nie da się temu faktowi zaprzeczyć.

Rubio jest jednym z typów klasycznej historii miłosnej. Młoda dziewczyna i starszy mężczyzna, którzy się w sobie zakochują, jednak społeczeństwo nie patrzy na to pozytywnie, więc muszą się ukrywać ze swoimi uczuciami, początkowo bawiąc się w kotka i myszkę. Oczywiście jest to historia wydarta Whartonowi z gardła - jest mężczyzna, który nie do końca radzi sobie w małżeństwie, Amerykanin, który wyjeżdża do Europy, by ułożyć sobie życie na nowo, tworząc je od podstaw. Główna męska postać w tych trzech książkach Whartona, które czytałam, niemal zawsze jest taka sama, ale to jest dobre. Im więcej się czyta, tym łatwiej zrozumieć tę postać. Dla mnie Rubio to Jacques ze "Spóźnionych kochanków". A przecież w tym momencie mamy sytuację nader odwrotną - tam była stara kobieta i młodszy mężczyzna. Jednak można powiedzieć, że wszystko pozostaje takie samo, nie ruszając się z miejsca.

Dlaczego więc należałoby przeczytać "Rubio", jeśli zna się "Spóźnionych kochanków"? Odpowiedź na to pytanie wydaje się naturalna, chociaż trudna. Ta książka z pewnością napisana jest o wiele piękniej, zachwyca, nie każe zastanawiać się nad zdrowiem psychicznym bohatera w tak silny sposób jak w "Kochankach". Tutaj historia jest delikatniejsza. Piękniejsza. I smutniejsza. Nie widać, do jakiego końca prowadzi. Autor wręcz bawi się czytelnikiem na ostatnich stronach. Próbuje go wytrącić z równowagi. I pokazuje piękną miłość. Nie idealną, ale na swój sposób spełnioną. Nie potrafię pozbyć się wrażenia, że to sam Wharton pokutuje w swoich powieściach za własne grzechy.

William Wharton i Nocholas Sparks tworzą klasykę współczesnych historii miłosnych. Ich powieści i sposoby pisania bardzo się od siebie różnią, tak samo jak przedstawione uczucia. Jednak autor "Rubio" stoi o stopień wyżej, tworząc opowieści trudne, każące pomyśleć, czym jest dla nas miłość i ile byśmy dla niej zrobili. Nie udaje, że jest ona ponadczasowa. I ma rację. Bo każda jest inna, a ideał może być tylko jeden.

Gorąco polecam. I nie radzę zniechęcać się słowami w mojej recenzji, które mówią o smutku. Przecież w życiu też on jest. A tutaj nie dominuje. Poza tym Hiszpania nagle zaczęła wzbudzać we mnie jakieś ciepłe uczucia, chociaż z zasady nie lubię za bardzo czytać książek, których akcja rozgrywa się w tym kraju.



I po kolokwium! Chyba zdezerterowałam z reszty zajęć, a teraz powinnam przygotowywać się do prezentacji, jednak uznałam, że "zasłużyłam", by poczytać sobie książkę ;). Chciałam coś jeszcze napisać, ale zapomniałam, co to było.

Cieszę się, że tu jesteście, czytacie moje recenzje i tworzycie duszę mojego bloga, o! To właśnie chciałam powiedzieć. Dziękuję Wam.

niedziela, 24 października 2010

Weekend na opak.

Źle oceniłam ten weekend. Byłam święcie przekonana, że gdy wrócę do domu, by siedzieć w nim dwa dni bez wychodzenia (co nie do końca okazało się prawdą), zanudzę się na śmierć, znowu się będę czymś denerwować i ślęczeć nad dwoma tekstami z serii kryminałów dla germanistów (czyli krótkie kryminały, z których trzeba wywnioskować, kto zabił, co z pozoru jest proste, ale jednak trzeba zrozumieć tekst i przeanalizować go na wszystkie strony, a i tak okaże się, że nie trafiłam ;)) i słownictwem, bo we wtorek jest kolokwium. A tu taka niespodzianka!

Po wczorajszych zakupach okazało się, że na całą dobę dom będzie tylko dla mnie. Cisza. Spokój. Tylko ja, komputer i niemiecki. Ale to miało swoje zalety. Przez ostatni czas nie miałam okazji zrobić w kuchni nic. A wczoraj stworzyłam kurczaka po hawajsku a la moi, który był "nie słony". Miałam robić różne cuda z dynią, jednak w sklepie jej nie mieli, więc zadowoliłam się różnymi innymi rzeczami.

Już mam ambitny plan na dzisiaj. Na śniadanie była halawa, na pierwsze danie zupa pomidorowa z czarnymi oliwkami (och, nie miałam pojęcia, że to połączenie może być tak smaczne!), na drugie będzie kurczak ze szpinakiem, ale nie wymyśliłam jeszcze dokładnie, co z nim zrobię, na kolację smażony oscypek z żurawiną. Upiekłabym ciasto, ale mikser nie działa.

No i nareszcie, jedząc śniadanie, mogłam oglądać ZDF! Bardzo mi tego brakowało. Jednak teraz chyba powinnam się wreszcie wziąć za naukę... Kto do mnie przyjedzie, by mi pomóc? Nie umiem się sama uczyć, no, nie umiem... Poczytałabym jakąś książkę, ale nie mogę.

Pozdrawia Was przejedzona, rozleniwiona, zadowolona z życia
Alina ;).

czwartek, 21 października 2010

"Przypadki Tomasza Płachty. Życie i śmierć socjopaty" - Daniel Koziarski

Wyjeżdżając za granicę, ludzie często myślą, że tam spotka ich lepsze życie i że nigdy nie wrócą do kraju, a jeśli jednak wrócą to jako królowie. Nieprawdziwość emigracyjnego mitu na własnej skórze poznał Tomasz - główny bohater książki Daniela Koziarskiego.

Dla mnie ta książka jest głównie satyrą na polskie społeczeństwo. Patrzymy na nie z punktu widzenia socjopaty, który uważa, iż wszyscy się na niego uwzięli, przez co postanawia się im odpłacać drobnymi złośliwościami. Jednak główną osią, wokół której obraca się akcja, są jego problemy z najbliższą rodziną, śmierć przyjaciela i klątwa. Dzięki temu widzimy, że nawet inteligentny człowiek może być przesądny i to tak bardzo, by chcieć rozkopać grób jednej z najważniejszych osób w swoim życiu...

Ciężko jest zaklasyfikować dokładnie, do jakiego gatunku należą "Przypadki...". Miesza się w tej książce wiele wątków, tak samo, jak w codziennym życiu. I chociaż to spojrzenie na naszą polską rzeczywistość jest przerysowane, a zakończenie (a może trochę przed zakończeniem...) absurdalne w związku z nagromadzeniem postaci w jednym miejscu, które przeważnie nie jest typowym miejscem spotkać, to książka pokazuje pewną (smutną) prawdę. Ale jednocześnie denerwuje tym, że od niej odbiega.

Zawiodłam się. Spodziewałam się czegoś innego. Mimo wszystko podobało mi się. Jednak gdyby spełniło moje oczekiwania, byłoby ciekawiej. Tomasz jest osobą szarą, wyróżniającą się jedynie specyficznym, cynicznym zachowaniem. On chce zrobić coś dobrego, ale mu nie wychodzi, ponieważ ludzie go nie rozumieją. Nawet jego (odwzajemniona) nienawiść do brata, chociaż non stop wspominana, nie istnieje, bo szuka wszelakich możliwych sposobów, by go uratować. A i tak wychodzi na to, że to on jest tym złym.

Ciężko mi go pochwalać, czy potępiać. Po prostu człowiek. Nieudacznik. Chcący uratować swoich przyjaciół, nawet gdy oni tego nie chcą. A nawet pragną wpędzić go do grobu...

Za pożyczenie książki serdecznie dziękuję Skarletce :).

niedziela, 17 października 2010

"Das Nibelungenlied" - Franz Fühmann

W polskim tłumaczeniu tytuł brzmi "Pieśń o Nibelungach" lub też "Niedola Nibelungów". Wikipedia ma co nieco do powiedzenia na temat samych Nibelungów, co też przytoczę:

Pod nazwą Nibelungowie (także Niflungowie) rozumie się w tekście ród karłów, których skarb zagarnął Zygfryd, a później także Burgundów, gdyż stali się posiadaczami tego złota.
Etymologię słowa Nibelungowie wiąże się ze słowem Nebel (staromien. Nebul) oznaczającego "mgłę". Zatem Nibelungowie to "mieszkańcy krainy mgieł", co należy łączyć z Niflheimem - czyli nazwą krainy zmarłych w mitologii skandynawskiej.

Jednak sama opowieść dotyczy nie tyle Nibelungów, co Zygfryda, który zabił smoka, wykąpał się w jego krwi, przez co nie dało się go zranić, a później wyruszył w świat (mówiąc bardzo ogólnie). Wtedy trafił na dwór króla Guntera, gdzie podawał się za jego lennika, chociaż w rzeczywistości był mu równy pozycją, czy nawet ważniejszy (niestety tej kwestii nie zrozumiałam - była zbyt nudna). Tam zakochał się w Krimhildzie, siostrze Guntera i postanowił ją zdobyć.

Zygfryd ożenił się z Krimhildą, Gunter z Brunhildą. Z początku ich wzajemne stosunki były dość przyjazne (chociaż Zygfryd i Brunhilda za sobą nie przepadali), jednak później... och, komedia. Gunter nie mógł posiąść Brunhildy, więc zrobił to Zygfryd. Co w dalszej części historii się odwróciło przeciw niemu, ponieważ Krimhilda i Brunhilda się pokłóciły.

Kolejnym ważnym elementem jest to, że żona Zygfryda wyznała Hagenowi z Troi, gdzie można zranić Zygfryda (zrobiła to w trosce o męża). Bo listek przykleił się do jego ciała, gdy ten się kąpał w smoczej krwi (to oczywiste nawiązanie do historii Achillesa). Zygfryd został zabity. Krmihilda w rozpaczy. Po trzynastu latach zaprosiła brata wraz z jego rycerzami. A tam była masakra. Krwista, urocza, romantyczna.

To taka średniowieczna "Moda na sukces". Bardzo mi się podobało, chociaż wolałabym znać lepiej niemiecki, by to przeczytać. W oryginale jest to w postaci poematu, jednak my mieliśmy przeczytać streszczenie, które było napisane prozą i miało... 211 stron. Zobaczymy, co będzie następną lekturą i czy również mnie tak ubawi.

Z pewnością kiedyś jeszcze do tego wrócę, gdy mój niemiecki wzniesie się na wyższy poziom umiejętności.

I niewykluczone, że coś poplątałam w fabule. Ale nawet jeśli, to i tak jest to komedia :D.

piątek, 15 października 2010

"Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu" - Pearl S. Buck

Czasem się zdarza, że te najbardziej niepozorne książeczki są prawdziwymi literackimi perełkami. Gdy zdecydowałam się na zakup (a pewnie bym tego nie zrobiła, gdyby nie promocja w Matrasie) i przeczytałam pierwsze zdanie, już wiedziałam, że to jest to. Właśnie taki styl, za jakim tęskniłam od kilku miesięcy, jednak nie chciałam znowu czytać którejś z książek już mi znanych. W tym momencie czasu mam za mało na powtórki. Więc w moje życie wtargnęła Pearl Buck.

Jest to opowieść o Chinach z pierwszej połowy dwudziestego wieku. Dowiadujemy się, że krępowanie stóp wciąż było zabiegiem całkiem naturalnym dla społeczeństwa, chociaż niektóre (oświecone - zamerykanizowane) jednostki je potępiały jako przestarzałe. Poznajemy również obyczaje związane z szanowaniem starszych ludzi i kwestię małżeństwa oraz niektóre zabobony.

Pierwsza część książki jest całkiem sielankowa. Pomijając początkowe problemy bohaterki (a zarazem narratorki) z przystosowaniem się do bardziej nowoczesnego - zachodniego - stylu życia, związanego z pasjami jej męża, później wszystko jest niemal idealnie, co (mi osobiście) wydaje się być w tamtym miejscu i czasie niezbyt łatwe do zrobienia, ale jednak nie niemożliwe. Przykładna chińska kobieta musi się nauczyć zrywać z obowiązującymi konwencjami, jednocześnie ich przestrzegając, przynajmniej w kontaktach z rodzicami i teściami. Widzimy tutaj bunt dorosłych, którzy chcą mieć możliwość bycia sobą, dzięki poznaniu amerykańskiej swobody. Nie sprawia to jednak, że działają oni zupełnie wbrew obyczajom - są pewne zasady, które wiedzą, że muszą być przestrzegane. Przedstawione tam Chiny są malownicze i trochę mniej obce, niż może się to wydawać (może z powodu zestawienia ich z Zachodem i nieśmiałego wyjaśniania przez narratorkę pewnych rzeczy?).

Druga część niestety podobała mi się trochę mniej. Wszystko wydawało się szybkie, urywane i naiwne. Jakby Kwei-lan podążyła za duchem czasu (co jest dwuznaczne, gdyż sama zauważa, że dla Chińczyków czas nie istnieje, dlatego nie mają oni powodów do pośpiechu) i amerykańskich wpływów. Bo nagle do domu wraca jej brat wraz z żoną, która jest... Amerykanką. Kwei-lan musi się opowiedzieć po którejś ze stron - miłości lub rodziny i obyczajów.

Książeczka warta polecenia. Czyta się ją szybko i przyjemnie. Miło jest na chwilę zniknąć w Chinach z całą ich egzotyką i zwyczajami - nierozumianymi przez Zachód. I przy okazji się dowiedzieć, że mieszkańcy Wschodu myślą bardzo podobnie o nas.

Polecam.

Ach, te cudzoziemki! (...) Niektóre z urody przypominają Białą Gwiazdę! Szczere oczy, swobodne ciała... (...) Te piękne nagie ramiona... Mogę powiedzieć, że nie ma w nich ani krzty fałszywej wstydliwości i powściągliwości tak charakterystycznych dla naszych kobiet. Są wolne jak wiatr i słońce; śmiechem i tańcem wyrywają mężczyźnie serce, które przemyka przez ich palce niczym promienie słoneczne, by stłuc się o ziemię i zmarnować. (str. 97)

Autorka spędziła pierwsze osiemnaście lat swojego życia w Chinach, więc sądzę, że wie, o czym pisze. Za swoje mistrzowskie opisywanie życia w tym kraju dostała Nobla. Szczerze nie wiem, czy Nobla jej pisanie jest warte, ale z pewnością lepiej, że ona go dostała niż taki... nie mam pomysłu kto ;).


A tak organizacyjnie - do końca weekendu powinnam skończyć "Das Nibelungenlied" i napisać recenzję, a później zacznę książkę, którą pożyczyła mi Skarletka i postaram się ją skończyć w przyszłym tygodniu. Poza tym przyszła mi dzisiaj cudowna książka, której raczej nie chcę widzieć, ale cieszę się, że ją mam :D.