piątek, 27 grudnia 2013

"188 dni i nocy" - Janusz L. Wiśniewski, Małgorzata Domagalik

Szalenie wielmożny pan Feminista i Znawca Kobiet zaczął korespondować z panią Feministką. Ba!, nawet chodził dla niej do biblioteki częściej, niż dla jakiejkolwiek innej kobiety (w mojej głowie pojawia się pytanie: Co na to żona szalenie wielmożnego pana Feministy i Znawcy Kobiet?). No i pisali do siebie. Przez dwa lata. 188 spędzonych wspólnie dni i nocy.

Książka ta jest szalenie ciekawa, ale momentami (zdecydowaną większość czasu...) powiedziałabym, że jest wszystkim, ale nie korespondencją. Jedno pisało o jednym, drugie o drugim i tematy tylko czasami się ze sobą zderzały w celu dyskusji, która nie trwała dłużej, niż dwa maile. Było dużo mowy o kobietach i mężczyznach, o seksie i o miłości. Były postaci historyczne, były miejsca i były książki. Była ta atmosfera butelki wina w środku nocy. Koniecznie czerwonego. Mimo to brakowało mi spójności, rozmowy. Obserwowanie gadatliwości Wiśniewskiego i ostrożności Domagalik sprawiło, że skupiałam się bardziej na formie, niż treści. Wiśniewski mówił o wszystkim, Domagalik usilnie próbowała zachować prywatność. W tym wszystkim jednak "188 dni i nocy" wydało mi się zbyt intymne.

Wyrosłam już z magii Wiśniewskiego. Z jego naukowo-filozoficznych wypracowań. Albo przestałam być kobietą, albo się nią stałam. "188 dni i nocy" jest bardzo ciekawą książką, porywa i zabiera w krainę chemii miłości, ale to robią wszystkie teksty Wiśniewskiego. Domagalik jest tu (o ironio) mało. Szalenie wielmożny ją przytłacza swoją wielkością. Co za szkoda.

Mimo ogólnego zachwytu pozostał niesmak. Panem szalenie wielmożnym.

czwartek, 5 grudnia 2013

"Der gestiefelte Kater" - Ludwig Tieck

Bajkę o kocie w butach zna chyba każdy. Może ktoś z Was widział ją nawet w formie przedstawienia teatralnego? Dla odbioru tej książki - dramatu, komedii - byłoby to korzystne. Choć na dobrą sprawę wystarczy odrobina wyobraźni lub świadomości tego, jak funkcjonuje teatr.

Tieck przedstawia znaną bajkę w dość oryginalnej postaci - nie daje wypowiedzieć się jej samej, lecz wtrąca głosy "publiczności", która jest wybitnie sceptyczna ("Jak założyć kotu buty?") i nieustannie wtrąca się w sztukę, komentując ją. Muszę przyznać, że to rewelacyjne - choć zarazem sztuczne, wyreżyserowane - zerwanie z "czwartą ścianą". Mimo że ta dekonstrukcja teatru jest głównym wątkiem (poza - będącym w rzeczywistości nieistotnym - wątkiem fabularnym), to można znaleźć tam też inne smaczki (sceny z kochankami) i przy okazji walkę romantyzmu z oświeceniem.

O lekturach zwykle nie piszę, ale "Kot w butach" Tiecka jest tekstem tak genialnym (autor miał bodajże 24 lata, gdy go napisał i to wciąż jego najbardziej rozpoznawalne dzieło!) i ponadczasowym, że zasługuje na uwagę szerszej publiczności. Został przetłumaczony na polski, choć nie mam pojęcia, czy jest w tej formie zjadliwy. Warto sprawdzić.

Bardzo chętnie zobaczyłabym tę sztukę na scenie (choć romantycy swoich dramatów w tym celu nie pisali), niestety zarówno wtedy jak i dziś szalony teatr Tiecka nie gości zbyt często na afiszach.

wtorek, 26 listopada 2013

"Dotyk, Płomień, Wyznanie Crossa" - Sylvia Day

Pokonałam trzy tomy Greya i uznałam, że te głupiutkie powieści erotyczne w jakiś sposób mi się podobają. Usłyszałam też wtedy, że Cross jest trochę mądrzejszy, choć zasadniczo to to samo. A że potrzebowałam relaksu i czytanie Greya po raz drugi mi się nie uśmiechało, zanurzyłam się w ramionach Crossa.

Cross ma wybitnie głupie imię (Gideon), do którego na szczęście szybko się przyzwyczaiłam. Bohaterka jest trochę bardziej ogarnięta od greyowskiej Anastasii, ale gdy już pójdą ze sobą do łóżka w obu książkach - prawie z niego nie wychodzą. Tyle z ogólnego rysu fabularnego. Oczywiście warto wspomnieć, że Cross (jak i Grey) jest nieznośnie wręcz bogaty i ma manię kontroli.

Mimo to ta seria (jeszcze nie skończona - przed nami dwa tomy) przedstawia sobą coś więcej. Eva i Gideon są mocno zranieni i z trudem radzą sobie z przeszłością. Ta zawsze w końcu przychodzi. Ten wątek jest o wiele lepszy i głębszy niż w Greyu. Zresztą język też, choć cudów bym nie oczekiwała. Ale poza imionami bohaterów stawiam Crossa o stopień wyżej niż Greya. Może dlatego, że jest tu stosunkowo mało rozpadania się na kawałki. I przyzwoita ilość jakiś emocji poza pożądaniem.

Fabuła jest łudząco podobna do greyowskiej. To tak gwoli ostrzeżenia.

Bardzo zabawna seria. Relaksująca. A mój komputer mi świadkiem, że czasem potrzebuję czegoś, co mnie tylko i wyłącznie zrelaksuje. Uczty intelektualne zostawmy na inny okres czasu.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Kindle 3G + Wifi, czyli dlaczego czytniki nie gryzą.

 Moja przygoda z Kindle zaczęła się dość prosto. Zobaczyłam, że to istnieje i nagle postanowiłam, że chcę. Chwilę później uznałam, że nie jest mi to do niczego potrzebne - wszak ebooki czytam rzadko i na komputerze też się da. Potem znowu była krótka chwila, gdy chciałam, ale znowu mi przeszło. Ostateczną decyzję o zakupie podjęłam bardzo spontanicznie i tak bardzo się nakręciłam, że w końcu to zrobiłam. W lutym zakupiłam mojego Kindelka.

Nigdy wrogiem ebooków nie byłam, choć zarzekałam się, że książek prawdziwych mi nie zastąpią. Strony w Kindle nie pachną (próbowałam), głaskanie kartek nie jest tak przyjemne jak w książce papierowej (ale za to zaprzyjaźniłam się z gładzeniem przycisków przesuwających strony), a i tomy nie wyglądają tak ładnie na półce (na której miejsca i tak już nie ma). A jednak ma to jakiś swój urok. No i poza tym papierową wersję też można mieć i wszyscy są szczęśliwi.

Kindle nie męczy oczu, zajmuje mało miejsca w torebce, a w zatłoczonej komunikacji miejskiej, gdzie jedyną możliwością czytania jest trzymanie się jakiejś rury i manewrowanie jedną ręką, jest zbawieniem. Lekki, może zmieścić w sobie kilka tysięcy książek, przy okazji można słuchać muzyki, a gdy najdzie nas ochota na napisanie posta na blogu - można wejść do Internetu. Wygląda ładnie, nie trzeba go często ładować i po jakimś czasie okazuje się, że i bez książki można żyć i nie jest to wcale takie straszne. Zakup Kindelka był jedną z moich najlepszych decyzji w tym roku.

Nie napiszę nic odkrywczego, o tym już było sporo i nie ma się co powtarzać. Dla mnie ekran ma doskonały rozmiar, moja wersja z klawiaturą sprawia, że się go świetnie trzyma (bez klawiatury jest trochę mniej wygodny, bo palce przysłaniają odrobinę ekran - przynajmniej ja tak mam), można zmieniać dowolnie rozmiar czcionki i układ ekranu. No i się nie zamyka sam z siebie, co co bardziej złośliwym książkom się od czasu do czasu zdarza. I jest zdecydowanie lekki, mówiłam już o tym?

Wygoda wygodą, ale wciąż wolę książki papierowe. Przykładem może być "Akademia Wampirów", którą mogłam czytać jako ebooka, ale wolałam chodzić do biblioteki i polować na kolejne tomy. Choć prędzej dałabym się pokroić, niż zrezygnowałabym z Kindelka, to z drugiej strony mając do wyboru moją biblioteczkę a czytnik, zdecydowanie wybrałabym to pierwsze.

Jest jednak jeszcze jedna zaleta Kindelka - o wiele łatwiej ukradkiem czyta się na zajęciach, nie mając przed sobą normalnej książki. W ten oto sposób przetrwałam semestr, nie umierając z nudów, lecz czytając.

Niektórzy uważają, że Kindle to tylko gadżet. Ja się z tym nie zgadzam. Jest dla mnie inną formą książki, a nie czymś, co ma mi pomóc się lansować. Gdy go kupowałam, bardziej interesowały mnie funkcje niż moda na czytniki - dlatego nie wybrałam wersji kolorowej (a gdybym traktowała go jako gadżet, zdecydowanie skusiłabym się na tę), tylko skupiłam się na tym, czego potrzebowałam - możliwości czytania książek i darmowego dostępu do Internetu, co zapewnia mi mój model. Myślę, że nawet najbardziej zatwardziały przeciwnik ebooków zmieniłby zdanie po miesiącu regularnego używania Kindle'a.

Czy Wy też używacie czytników? Jakich? Co o nich sądzicie? A jeśli nie, to dlaczego?

poniedziałek, 4 listopada 2013

"Sezon burz" - Andrzej Sapkowski (czyli, mówiąc w skrócie, wiedźmin powraca!)



Kiedyś podobno Sapkowski zapowiedział, że o wiedźminie niczego więcej nie napisze. Chyba mu się odwidziało i pozostaje za to podziękować wszystkim bogom, którzy mieli z tym coś wspólnego. W momencie, gdy się dowiedziałam, że już, zaraz wychodzi kolejna książka, z deka przepłacając, od razu ją kupiłam. A nie zdarza mi się to zbyt często. Ba!, nie zdarza się nigdy.

Wydarzenia „Sezonu burz” mają miejsce na kilka miesięcy przed odczarowaniem strzygi w tomie opowiadań „Ostatnie życzenie”. Osoby, które powołują się na słowa autora mówiące o tym, że wiedźmina już nie będzie, z całą pewnością mają powody, by się zdziwić: Tak, w tym tomie mowa jest o wiedźminie, i to nie żadnym innym, ale jedynym w swoim rodzaju Geralcie z Rivii. Mamy Jaskra, mamy Yennefer. Czyli mamy cały rdzeń historii. Z okładki możemy się dowiedzieć, że miecze wiedźmina zostaną wystawione na aukcję. Dlaczego? Jak do tego doszło? Cała książka opowiada o niefortunnym splocie wydarzeń. Niemało jest też romansów, zazdrości i bijatyk. Brzmi wiedźminowo, prawda?

A jednak nie do końca. „Sezon burz” odbiega trochę językowo od wydanych już wcześniej historii, jest jakby bardziej leniwy. Stanowi raczej wstęp, uzupełnienie i… przyszłość cyklu, sam w sobie jest niestety zbyt niepewny, brakuje mu tej wspaniałej wyrazistości. Zastanawia mnie tylko, czy epilog ma świadczyć o tym, że powstaną kolejne tomy, czy to tylko pstryczek w nos dla fanów i Sapkowski chce pokazać, że może, ale nie chce, a my zaś mamy się zadręczać domysłami, bądź oczekiwaniem na kolejną zapowiedź wydawniczą.

Czy warto? Uważam, że tak. „Sezon burz” rozszerza trochę perspektywę wiedźmińskiego świata, zresztą dla tych, którzy tyle lat czekali na choćby mglistą informację, że może się pojawić kontynuacja (ale czy coś, co ma miejsce przed czasem akcji cyklu można nazwać kontynuacją?), sam fakt, że jest tam Geralt, jest wystarczającą rekomendacją. Może i ta książka minimalnie różni się od poprzednich, ale wciąż jest fascynująca.

wtorek, 29 października 2013

"Karaluchy" - Jo Nesbo (audiobook)



Jak zrecenzować coś, co stało się moim przyjacielem? Coś, z czym spędziłam długie tygodnie codziennych spotkań. Poznawałam jego słabości, silne strony i zawsze za tym tęskniłam? I nie, to nie jest powód, dla którego nie lubię audiobooków. Do tego zaraz dojdziemy. Powodem jest to, że zaledwie jedenaście godzin może zamienić się w dwa miesiące, a potem następuje pustka w codziennej rutynie. Bo książka się skończyła i trzeba znaleźć dla niej zastępstwo. Ale jak? Przecież ja nie lubię audiobooków!

Nigdy nie potrafię się skupić na jednej czynności. Monotonny głos lektora mnie zabija. Gdy słucham książek, zwyczajnie się wyłączam. I tyle. Nie wiem z tego nic. Na szczęście ktoś wpadł na genialny pomysł superprodukcji, gdzie każda postać ma swój głos, w tle są jakieś szumy, a ja, idąc sobie ku jakiemuś celowi, mogę słuchać, zatapiać się we własnych myślach i w dodatku próbować nie wpaść pod samochód. Czyli robić kilka rzeczy na raz! I to działa, mogę słuchać! Tak! Bo przecież oni mówią do mnie. Jest ich wielu. A gdy uderzą się głową w szafkę kuchenną, to ja wiem, że to prawda, bo słyszę to uderzenie i jęk. Uznałam to za przejaw geniuszu.

Jo Nesbo nie znałam przed „Karaluchami”, zatem to było nasze pierwsze spotkanie (przy normalnym audiobooku okazałoby się pewnie ostatnim). Harry Hole zostaje wysłany do Bangkoku, by wyjaśnić śmierć ambasadora Norwegii. A wysłany tam został głównie dlatego, by sprawy nie rozwiązać. Policjant-alkoholik, który za nic ma zasady, nie przejmuje się tym jednak i postanawia znaleźć zabójcę. W książce poznajemy kilka mniej lub bardziej rozwiniętych historii, kulturę Tajlandii oraz dowiadujemy się co nieco na pewne newralgiczne tematy. Fabuła bardzo mi się podobała, język także, choć po słuchaniu i to na spore raty ciężko mi to ocenić. Ale skoro wracałam do tego każdego dnia, musiało być dobrze.

Nagranie mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. O ile wiedziałam, że książka czytana jest przez różnych aktorów, nie spodziewałam się dodatkowych odgłosów w rodzaju ruchu ulicznego, stuku widelca o talerz itd. Mimo to je otrzymałam. Było parę, powiedzmy, teatralnych nieścisłości, które wyrywały z rytmu słuchania, ale były bardzo nieliczne. Generalnie Borys Szyc jako Harry był świetny, pozostali również. Im dalej w las, tym było lepiej, błędy eliminowały się same. Mimo to czasem parsknęłam śmiechem, słysząc jakąś bzdurę, która nijak mi do treści nie pasowała. Jako podsumowanie mogę powiedzieć, że po krótkim czasie zatraciłam wrażenie, że słucham książki. Słuchałam po prostu historii, która była opowiadana – nie czytana. Nie było to płaskie i bez wyrazu, wręcz przeciwnie. Po „Karaluchach” naszła mnie ochota na kolejną superprodukcję.

Ale teraz uznałam, że mojego porannego audiobooka zastępują materiały do francuskiego. Skoro książka funkcjonowała, to czemu nie fiszki?

„Karaluchy” jako historia bardzo mi się spodobały. Z pewnością przeczytam pierwszy tom przygód Harry’ego Hole. Tylko szkoda, że nie będzie tam mojego cudownego Jensa Brekke, w którym absolutnie się zadurzyłam.

I doszło do tego, że tak się ze wszystkimi zaprzyjaźniłam, że nie potrafię nawet sklecić recenzji! I dobrze. Ten audiobook to mój przyjaciel i ma prawie same zalety.

poniedziałek, 21 października 2013

"Kąpiąc lwa" - Jonathan Carroll



Nie znałam Carrolla. Czasem jego nazwisko przemykało mi przed oczami, ale nigdy nie trafił w moje ręce. A potem, z ręką pokrytą jakimiś dziwnymi drogami, objawił się, by powiedzieć: Przeczytaj mnie. To o śnie, to o Chaosie i Porządku. To jest o czymś. I było. Przeczytałam, bo tak należało. W końcu sam mi powiedział, że powinnam to zrobić.

Spodobało mi się, że Carroll zaburza mój obraz. Może nie tyle rzeczywistości, co lektury. Opowiada o kimś, ja w głowie tworzę jakiś wizerunek danej osoby, po czym on kilkanaście stron dalej decyduje się na opisanie jej i cała moja układanka się rozpada. Potem poznaję życia kilkorga ludzi – zwyczajne, do momentu snu. Wszyscy dzielą ten sam sen, a następnie świat się rozsypuje i trzeba go poskładać do kupy. Od absurdu, poprzez akceptację i aż nadmierne zrozumienie. Carroll się nimi bawi.

Pytam sama siebie, czemu potrzebowałam tak dużo czasu, by w końcu się z nim zapoznać. Nie spodziewałam się takiego świata, takiego języka i takiej kreacji wszystkiego. „Kąpiąc lwa” mnie zachwyciło. Smakowałam tę książkę, szukając w niej odniesienia do życia. Sama nie wiem, czy je znalazłam. Może brakowało mi skupienia, a może nie było niczego do znalezienia, a może tylko sobie uroiłam, że coś jest tam ukryte. Z drugiej jednak strony Carroll ma w tej książce rację.

Niestety mam również takie wrażenie, że Carroll bawi się nie tylko bohaterami, ale też mną. Na końcu poczułam się, jakby rozsypał na stole mąkę i powiedział, że jest tutaj pszenna i żytnia, które powinnam od siebie oddzielić, a gdy ja żmudnie się nad tym napracowałam, przyszedł znowu i stwierdził, że to tak naprawdę nowy gatunek mąki, więc po co ja się w tym w ogóle grzebię?

Bycie lalką jest jednak przyjemne. Tak przyjemne, że chcę więcej. Baw się mną, panie Carroll, baw.

poniedziałek, 14 października 2013

"52 reasons to hate my father" - Jessica Brody ("52 powody, dla których nienawidzę mojego ojca")



Rozpuszczona córeczka bogatego tatusia rozwala po pijanemu samochód, wjeżdżając w sklep. Trzy dni przed swoimi osiemnastymi urodzinami, kiedy to ma otrzymać czek na dwadzieścia pięć milionów dolarów. Po całym tym wydarzeniu tatuś, który pojawia się w domu rzadko i na krótko, postanawia krnąbrne dziewczę ukarać i mówi, że nie dostanie tych pieniędzy, jeśli przez rok nie podejmie się pięćdziesięciu dwóch prac normalnych ludzi (czyli, krótko mówiąc, plebsu). Lexington nie przepracowała ani jednego dnia w życiu, więc uważa to za kaprys ojca, który minie. Kaprys nie mija. W dodatku nadzorować ma ją denerwujący, młody mężczyzna.

W świecie pieniędzy, luksusu, skandali oraz publicznego wizerunku spotykamy Kopciuszka. Dziewczynę, która uczy się, jak ciężko pracują zwyczajni ludzie, a także jak żyją. Lexington pracuje jako grabarz, sprzedawca fast foodów, myje samochody, układa towary w centrum handlowym. Do tego stara się radzić sobie z życiem rodzinnym oraz poznać lepiej matkę, która od wielu lat nie żyje. Dla osoby, która przez całe życie nie musiała o nic walczyć, jest to bardzo ciężka przeprawa.

Z pozoru książka jest błaha. O rozpuszczonych amerykańskich nastolatkach można wiele przeczytać i choć Lexington z początku wydaje się niereformowalna i pusta, z czasem okazuje się, że jest inaczej. Mimo to nie przechodzi całkowitej przemiany osobowości, co uważam za plus, bo nadaje tej książce trochę więcej realności. I powody, dla których nienawidzi swojego ojca (zresztą głównie tytuł mnie skusił do przeczytania tej lektury, bo okładka – zarówno polska jak i oryginalna – jest okropna), stają się czymś innym.

Nie jest to najambitniejsza książka świata – ba!, ona praktycznie wcale nie jest ambitna. Jest lekką lekturą, która ma za zadanie uzmysłowić, że jedni żyją lepiej, inni gorzej, ale generalnie wszyscy są ludźmi. Czyta się ją lekko i przyjemnie. Oryginał jest napisany bardzo prosto, choć nie bez polotu. Pozytywnie i z humorem. Brakuje mi tylko jednej rzeczy – więcej na temat prac bohaterki. I może pewnego trochę zbyt cukierkowego aspektu pod koniec książki. Generalnie jestem nią bardzo pozytywnie zaskoczona. Choć miałam wobec niej spore oczekiwania, nie spodziewałam się, że zdoła uniknąć pewnych wad. Niektórych jej się nie udało, inne zaś zgrabnie ominęła.

No i jest dość przewidywalna, ale to akurat normalne w literaturze młodzieżowej, więc nie warto nawet o tym wspominać.

piątek, 11 października 2013

"Revenge wears Prada" - Lauren Weisberger ("Zemsta ubiera się u Prady")



Gdy na rynku pojawiła się powieść „Diabeł ubiera się u Prady”, podniosły się głosy, że Miranda Priestly to skóra żywcem zdjęta z Anny Wintour – naczelnej amerykańskiego Vogue’a. Nie bez powodu – autorka, tak samo jak bohaterka, była w swoim czasie asystentką diabelskiej pani redaktor. Po wydaniu książki Anna Wintour zaprzeczyła, jakoby znała Lauren Weisberger i zakazała wspominania o niej w biurze. I teraz nadeszła zemsta. Moim zdaniem Weisberger nie poradziła sobie ze zignorowaniem jej osoby przez Annę Wintour i postanowiła napisać kolejną część bestselleru. Tylko, pytam, po co?

Dziesięć lat później Andy wychodzi za mąż za pewnego bogacza, sama założyła z Emily (tak, z tą samą Emily, pierwszą asystentką Mirandy) ekskluzywny magazyn ślubny. Jest w ciąży i zdaje się, że jej życie się układa. Dopóki gdzieś nie spotyka Mirandy i zaczyna panikować. A potem Elias Clark chce wykupić ich magazyn. Mówiąc ściśle – Miranda Priestly chce wykupić ich magazyn.

O ile w „Diable” Andy dawała się lubić i wzbudzała nawet sympatię czytelnika, to w „Zemście” uparcie działa wbrew zdrowemu rozsądkowi, wciąż jest tak samo niedojrzała, a osioł jest bardziej zgodny. Sama nie wie, czego chce. Początkowo książka jest ciekawa, ale im dalej, tym gorzej się ją czyta – bo od razu wiadomo, do czego ona zmierza. I wcale nie jest to pocieszające zakończenie, bo mocno wtórne. A naprawianie błędów z przeszłości jest czasem zwyczajnie głupie. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, więc po diabła próbować? Ale już dawno było dla mnie jasne, że Andy nie posiada czegoś takiego jak rozum. Potrafi się tylko użalać nad sobą i żyje traumami sprzed dziesięciu lat, zamiast zabrać się za siebie.

Czytając „Zemstę” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to autentyczna próba zemsty autorki na Annie Wintour i tylko w tym celu została napisana ta książka – by się przypomnieć. Moim zdaniem to próba nieudana. Czym owa zemsta w książce jest – nie wiem. Bo Andy nie chce sprzedać magazynu? A może zemstą jest to, że Miranda chce go kupić? Czy po prostu to, że weszła do ich życia na nowo? Nie wiem, ale którakolwiek z tych opcji miałaby być prawdziwa, jest wyjątkowo naciągana i niewarta wspomnienia. Po tej lekturze dochodzę do wniosku, że Weisberger jest dokładnie taka jak jej bohaterka – niedojrzała i szukająca wiatru w polu. U autorki widać urazę – ranę, którą ciągle na nowo rozdrapuje, by zwrócić na siebie uwagę. U bohaterki zaś robienie z siebie ofiary. Może i nią była, ale to ona na końcu kazała się Mirandzie pierdolić (czyżby pobożne życzenie samej autorki?), więc poważnie się zastanawiam, jak bardzo to wszystko jest w kontynuacji naciągane.

Na bohatera nie powinno się patrzeć jak na autora, ale czasem on sam się o to prosi. Tak jest w tym wypadku. „Diabła” bardzo lubię, ale „Zemsta” jest tak słabą książką, że wręcz niewartą czytania. Nie wiem, czy to terapeuta Weisberger kazał jej napisać tę książkę jako element terapii, czy ona sama wpadła na ten pomysł, ale dla świata byłoby lepiej, gdyby zachowała ją dla siebie, a nie prezentowała poczciwym czytelnikom. Jeśli zamierza znęcać się nad Mirandą i pokazywać, jak to Andy się rozwinęła – poległa. Mirandy w książce jest tyle, co kot napłakał, a Andy jest dokładnie taka sama jak dziesięć lat temu.