środa, 5 sierpnia 2015

Recenzje filmowe - Kiedy Paryż wrze (19)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15), Chce się żyć (16), Weekend (17), Automata (18)

Dziś:
Kiedy Paryż wrze – USA; 1964
reż. Richard Quine
wyst. Audrey Hepburn, William Holden, Tony Curtis, Frank Sinatra, Fred Astaire

Cudowne lata 60.

Na rozleniwione lato proponuję komedię! Zatem weźmy na warsztat film „Kiedy Paryż wrze”. Aby jednak nadążyć za jej wszystkimi zwrotami akcji, trzeba będzie trochę z letniego lenistwa zrezygnować. I muszę tu zaraz wspomnieć o mankamencie filmu: właśnie tych zwrotów akcji było za dużo, gdyż pod koniec spektaklu ich ilość zaczęła wręcz męczyć. Ale poza tym drobiazgiem odczułam satysfakcję, że czasu przy oglądaniu tej komedii sytuacyjnej lub komediowego romansu, albo „kina przecierającego szlaki do serc niewieścich” nie straciłam. Bo w końcu było frajdą oglądać na przykład Williama Holdena w dobrej formie i patrzeć jak jest znudzony, zdemoralizowany, ekscentryczny, i jak ze starego pożeracza kobiecych serc nagle staje się do łez samokrytyczny oraz zdobywa się na ekspiację godną wielkiej pochwały i zaczyna rokować nadzieję na poprawę swego łobuzerskiego i uwodzicielskiego charakteru.
Lekko obserwuje się pracę rąk, nóg i całego ciała głównych bohaterów, łącznie ze śmiałą prezentacją szerokiej gamy grymasów twarzy, których naturalność została celowo przerysowana, co jednak filmowi nie zaszkodziło, a jedynie nadało rysów farsy. Ach, no i oczywiście bohaterowie filmu są bardzo sprawni fizycznie, bo zdarzają im się sceny, które wymagają zręczności, zsynchronizowania czasowego i gibkości ciał, które muszą nadążyć za słowami i rytmem muzyki. Czyli taka mała farsa z aspiracjami do musicalu. William Holden i Audrey Hepburn, tworząc bohaterów scenariusza, mają na myśli… tak, dokładnie, mają na myśli siebie! Stąd tak żarliwie tłumaczą ich postawy, bo postawy te są niczym innym, jak ich własnymi postawami.
W bogatym apartamencie paryskim mieszka sobie scenarzysta, którego światowa sława „skazała” na życie playboya, lekkoducha i człowieka zmanierowanego przez zbyt dużą ilość pieniędzy. Scenarzysta jest rozbrajająco szczery, kiedy wyznaje, że trudno mu normalnie funkcjonować, gdy pracuje tylko przez pięć dni w roku, po to, by przez następnych 360 dni leniuchować, dobrze zjeść, dobrze wypić i dobrze się bawić. Oj, w takiej sytuacji nie jest łatwo takiemu „skazańcowi”. Teraz jednak Rick ma problem, bo właśnie za dwa dni upływa termin napisania kolejnego scenariusza filmu, a tu jakaś dziwna pustka w głowie i tylko widok Wieży Eiffla za oknem. Rick wpada zatem na pomysł zatrudnienia sekretarki, która ma mu pomóc w napisaniu tekstu. I tu właśnie zaczyna się inteligentna gra scenarzysty i wcale nie mniej przebiegła gra sekretarki Gaby. Oboje prześcigają się w fantazjowaniu, w dopisywaniu akapitów, ich wymazywaniu i pisaniu od nowa. Wspomnę jeszcze o efektach specjalnych; a w tym filmie elementu tego nie muszę zbyt długo objaśniać: efektami specjalnymi były cudownie marzycielskie, wielkie i przepiękne oczy Audrey.
Audrey w filmie jest obowiązkowo czarująca, eteryczna i jak zawsze w każdym filmie musi być zdobywana. To faktycznie może stać się z czasem nudne, ale taki już los tej aktorki. A Holden? O, ten amant nie zawsze był amantem, bo równie często na przykład zakładał mundur żołnierski. Zamysł stworzenia filmu w filmie? Oprócz tego, że dynamizuje obraz, to jest zamysłem starym jak świat i jak świat nieprzewidywalnym, lub jak świat przewidywalny. W filmie Richarda Quine`a puenta jest przewidywalna. Zanim dojdziemy jednak do niej, można sobie – to mówię szczerze – mniej więcej w środku filmu ziewnąć, a na końcu… A na końcu orzeźwić się, biegnąc wraz z bohaterami filmu i scenariusza zarazem między efektownie rozstawionymi fontannami tak, by leciutki deszczyk skrapiał niewinnie umykające postaci.
Ale jeśli mimo wszystko nie zaciekawi Was treść filmu i talenty artystów minionej epoki, to choć poczekajcie na chłodniutkie kropelki, których ostatnio w te upalne dni, wyczekujemy jak kania dżdżu.
  

                                                                                              Małgorzata Ciupińska


środa, 29 lipca 2015

Recenzje filmowe - Automata (18)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15), Chce się żyć (16), Weekend (17)

Dziś:
Automata – Hiszpania, Kanada, USA, Bułgaria; 2014
reż. Gabe Ibáñez
wyst. Antonio Banderas, Andy Nyman, Melanie Griffith, Robert Forster, Brigitte Hjort Sørensen

Maska homoidalna

Kiedy wraz z początkiem cyklu rozpoczynającego publikację recenzji filmowych informowałam, że raczej nie będę pisać o filmach SF, to dobrze się stało, że wprowadziłam do swej wypowiedzi słówko „raczej”, bo oto teraz o filmie z tego gatunku mogę śmiało napisać. Tak, obejrzałam film science fiction i jestem z tego zadowolona. Oczywiście nie tyle z samego filmowego przesłania, z którego zieje samozagładą, ale z uwagi na całą resztę. Obraz „Automata” był wart pochwały, a przygotowana na hipotetyczny zarzut, że przedstawiona tematyka jest oklepana, odpowiadam stwierdzeniem: od tysięcy lat ludzkość żyje - ależ to oklepany temat!
Muzyka oszczędna, ale podkreślająca pesymizm filmu, ponure, wyzute z estetyki otoczenie, smętne mieszkania, laboratoria, w których zderza się nieprzewidywalna przyszłość ze starą, pordzewiałą przeszłością. Krajobrazy? W tej kwestii film nawiązuje do „Mad Maxa” i „Łowcy androidów”, gdyż miasta są brudne, pełne niewyniesionych koszy na śmieci i biedaków koczujących w gettach. Problem nie nowatorski, gdyż uwidacznia motyw alienacji, czyli wymknięcia się spod ludzkiej kontroli zdobyczy cywilizacji, a od tego już tylko krok do obrócenia się przyszłości przeciwko jej twórcom. Świat przedobrzył? Raczej.
Ludzie nie tyle żyją, co egzystują, bo już się do tego przyzwyczaili, bo tak im wyszło. Najlepiej to uwidacznia Jacq Vaucan (Antonio Banderas), czyli agent ubezpieczeniowy, który prowadzi rutynowe dochodzenie w sprawie manipulowania przy jednym z robotów, co jest w tym świecie na wskroś zautomatyzowanym praktyką niepożądaną. Ingerencja i samoingerencja jest dowodem na złamanie jednego z dwóch obowiązujących protokołów ochronnych: jeden z nich obejmuje nakaz ochrony życia ludzkiego, drugi zakaz automodyfikacji robotów. Scenariusz filmu jest całkiem dobry, mają tu miejsce trafne konkluzje wysuwane nie tyle przez ludzi co… roboty oraz pełne zuchwałej pychy ludzkie stereotypy. Roboty, emocjonalnie wyważone, z imponującym spokojem, ale i determinacją podkreślają: „Jeśli my jesteśmy maszynami, to wy jesteście małpami”.
Niskobudżetowy obraz, którego producentem - obok zagrania roli Vaucana – jest również Banderas, pokazał, że Hiszpan postawił na całkiem dobrego konia. Złośliwi twierdzą, że rolę odtwarzaną przez Melanie Griffith dość szybko „uśmiercił”, nie dając jej się rozwinąć, bo pewnie przeżywał boleśnie niedawny rozwód z aktorką i pozwolił sobie na właśnie taką formę zemsty. Ja jestem jednak ponad to i dlatego w tym filmie oceniłam grę Antonia bardzo wysoko; grał niezwykle naturalnie, oszczędnie, desperacko i szczerze. Dla mnie - od pewnego czasu - aktor ten stał się drugim Harrisonem Fordem, który nigdy nie marnuje swego talentu na tandetę. Owszem, może w którymś momencie zabrakło filmowi impetu, ale początek był świetny i końcówka również, a to oznacza, że dwie trzecie filmu wyszło obronną ręką.
Skostniałe sumienia ludzkie w zderzeniu z uczuciowością robotów (tak, „uczuciowością”, nie ma tu żadnego słownego lapsusu) – to duża gratka na ekranie. Czy nam, ludziom, nie wstyd, że mimo tego, czym szpikujemy świat od tysiącleci, czyli buty i zakłamania, egoizmu i filozofii wymierzonej tylko do końca tygodnia, bo przecież po nas choćby i potop, maszyny, którym daliśmy początek, potrafiły wyzwolić się z naszego pseudo humanitarnego uścisku?
Dlatego pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy, wolną rękę w kwestii oceny robotów, tego, jak postępowały i do czego dążyły. A jest nad czym się zastanawiać, nad troskliwością, jaką otoczyły rannego Vaucana transportowanego przez pustynię; nad czułością i delikatnością, z jaką mechaniczna ręka robotki (bo to była „dziewczyna”) dotykała policzka ludzkiego niemowlaka; nad szlachetną postawą robotów w zderzeniu z ludzkim cynizmem. Tylko Vaucan ich rozumie, ale on jest podobno „zdrajcą”. Tylko on żegna się z robotami, bo one ostatecznie odchodzą. Fascynacja człowiekiem była tylko chwilowa i szybko przeminęła. W jednej z ostatnich scen filmu robotka zdejmuje z twarzy homoidalną maskę, która czyniła z niej dziewczynę o wyglądzie miłej lalki z niebieską czupryną syntetycznych włosów i rzuca ją w piach na znak symbolicznego zerwania wszelkich kontaktów z rodzajem ludzkim. Robotka ma teraz twarz uzbrojoną tylko w foremne otwory, kabelki, śrubki i przewody. Straciła atrakcyjność zewnętrzną na korzyść atrakcyjności wewnętrznej. Takiego dokonała wyboru. Wierzę, że świadomego.
Mam wrażenie, że reżyser zadaje nam jedno zasadnicze pytanie: czyżbyśmy jako ludzkość wynieśli tak zawstydzająco mało z własnych doświadczeń?

                                                                                              Małgorzata Ciupińska

środa, 15 lipca 2015

Recenzje filmowe - Weekend (17)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15), Chce się żyć (16)

Dziś:
Weekend – Polska; 2011
reż. Cezary Pazura
wyst. Paweł Małaszyński, Michał Lewandowski, Jan Frycz, Antoni Królikowski, Małgorzata Socha, Olaf Lubaszenko

O co tyle hałasu!

Nie rozumiem! Psy i koty wieszają na Cezarym, a Cezary Pazura zrobił zupełnie fajny film. Wyrażenie „fajny” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo film był pastiszową komedią, zrobioną z następującego miszmaszu: Matrixa, Desperado, Pulp Fiction, Kill Billa. Dlatego ta komedia nie miała być bardzo dobra (mogła, ale nie była), nie miała być dobra (momentami była), natomiast miała być po prostu fajna (i była). Moim skromnym zdaniem, a nie silę się przy tym na oryginalność, jak co niektórzy - z łaski pracodawcy - krytycy, którzy wręcz muszą krytykować, bo nie mogliby sobie potem spojrzeć w oczy, uznaję pracę Pazury (faktycznie trochę trudno mi tutaj użyć słowa „dzieło” Pazury) za całkiem udaną. I nie będę krytykować reżysera tylko dlatego, że już najwyższy czas, by go skrytykować, bo zaczęło się robić nudno. Ma facet talent komediowy, to niech nim szafuje. Ktoś zazdrości? No, dobrze, to tyle, jeśli chodzi o moją reakcję na negatywne opinie o filmie pana Cezarego. Uff, chyba wykonałam kawał dobrej roboty.
A teraz do dzieła. Oczywiście „Weekend” nie błyszczy blaskiem diamentu. Ale po co miałby błyszczeć? Miał bawić, przecinek śmieszyć, przecinek lekko prześmiewać, a także przejaskrawiać znane z innych obrazów filmowych sceny, teksty, zachowania, intrygi i to robił, parodiując może nie zawsze nad wyraz celnie, ale przeważnie tak. I tyle. Owszem, mnie też raziła niezwykła częstotliwość występowania tu brzydkich słów, niesmacznych i erotomańskich dowcipów, ale wiedząc, że pastisz polega na eksponowaniu w dwójnasób tego, o czym ma opowiadać, pogodziłam się łatwo z tym faktem.
Nie mogę się też zgodzić z opinią szanownych panów krytyków, którzy twierdzą, że film nie ma fabuły, a jeśli ją już ma (zdecydujcie się, panowie: ma fabułę czy jej nie ma) to nielogiczną. „Weekend” ma fabułę, ma także zwroty akcji, ma też dowcip całkiem stylowy i dystyngowany, np. „Nigdy pana tutaj nie widziałem. Och, to pewnie dlatego, że jestem tu po raz pierwszy”. Czyż to nie urocza wymiana zdań? I taka inteligentna. A jak doskonały jest na ekranie Jan Frycz, który dwoi się i troi, by zrobić prawdziwego glinę z ciamajdy Królikowskiego Antosia. Cymes. Małaszyński nie śmieszy? Bo on akurat ma nie śmieszyć - to taki polski Banderas lub Reeves, który w tym miszmaszu musi zachować sparodiowaną powagę, a to trudna sztuka. Uważam, że mu się ta sztuka udała. A jakiż był w części melodramatycznej filmu romantycznie niezdarny! Rarytasik.  
Muzyka dobra, choć najbardziej dopasowana była swą czarnoskórą balladowością w momencie, gdy przekraczaliśmy próg lokalu dla gejów. A naczelny gej tego filmu, czyli Tomasz Tyndyk, to jakby był w tej skórze od urodzenia, choć przecież później okazało się… Wiem, wiem, że te trzy kropki stawiam nie dla szanownych panów krytyków, bo oni zbrukaliby się, sięgając do tego filmu, ale dla innych, nie naznaczonych obywateli może tak. A Łódź, a Wrocław? Jak te miasta się starały, by wyścigi samochodowe i rozwalanki były wiarygodne! Owszem, były tylko na pół gwizdka, no bo w końcu to nie była hollywoodzka tylko polska „misja niemożliwa”. Nepotyzm u Pazury, bo Cezary zatrudnił Radosława? No, to chyba normalne, szczególnie w czasach, gdy generalnie ciężko o pracę. Wiem coś na ten temat, bo sama nie mam rodzeństwa i… pracy też. Pazura zatrudnił również kabareciarzy z kabaretu „Ani mru, mru”. Ci akurat mogli dać z siebie więcej, ale w końcu film to nie skecz i pewnie kabareciarze to wyczuli. A zakończenie filmu? Walizka z narkotykami, wręcz jak gorący ziemniak, przeskakiwała z rąk jednej mafii do drugiej. To wszystko mało?
Jeśli, panowie krytycy, nie polubiliście tego filmu, bo nie zrozumieliście prościutkiej intrygi, to może ja jeszcze raz wszystko od początku wytłumaczę?
     

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska

piątek, 10 lipca 2015

"Akademia Dobra i Zła" - Soman Chainani

Przez całe dzieciństwo nie zdarzyło mi się postrzegać baśni jako brutalnych. Może dlatego że wychowałam się na disneyowskich adaptacjach, które zawsze wszystko łagodzą? Nie znałam wtedy oryginalnych braci Grimm, a Charles Perault też uraczył mnie historiami niezbyt mrocznymi. Owszem, w baśniach jest i dobro i zło, ale wydawało mi się ono zawsze takie jednoznaczne. "Akademia Dobra i Zła" pokazała mi, że patrzę na baśnie z nieodpowiedniej perspektywy. Bo opowiadają one tylko o Dobru i z punktu widzenia Dobra. A o tym, co czuje Zło, nie mówi nikt.

Agata i Sofia to przyjaciółki. Tak przynajmniej obie twierdzą, choć już na początku widzimy wycofaną dziewczynkę i drugą - bardzo w sobie zadufaną i próżną. Zbliża się jednak dzień, w którym Dyrektor Akademii ma porwać dwójkę dzieci do swojej szkoły, by mogły powstać baśnie z nimi w rolach głównych. Sofia uważa oczywiście, że jej przeznaczeniem jest bycie księżniczką i trafi do szkoły Dobra, a mroczna Agata doskonale nadaje się do Zła. I gdy rodzice wszystkich dzieci robią, co mogą, by udaremnić porwanie ich pociech, Sofia dąży do tego, by ułatwić Dyrektorowi zadanie, a sfrustrowana zachowaniem przyjaciółki Agata stara się ją przed tym uratować. Ostatecznie obie zostają zabrane - Agata zostaje porzucona w Akademii Dobra, a Sofia w Akademii Zła. Zaraz, czy coś im się nie pomieszało?

Na początek powiem, że książka mi się podobała, była bardzo wciągająca i z naprawdę interesującej perspektywy pokazała baśnie i ich bohaterów. Niemniej autor miał najwyraźniej poważne problemy z odróżnianiem Dobra od Zła i pokazał (wydaje się, że trochę wbrew własnej woli), że świat tak naprawdę nie jest czarno-biały. Może i Sofia była tak bardzo zapatrzona w siebie, że była ostatecznie Zła - z tym się zgodzę - ale w Agacie nie zobaczyłam aż tyle bezwarunkowego Dobra. Ona była zwyczajnie zapatrzona w swoją przyjaciółkę, ale poza tym była całkowicie normalną, ni to dobrą ni złą dziewczynką. Zresztą w szkole Dobra każdy był w zasadzie taki jak Sofia, więc doskonale się tam nadawała. W każdym razie ten dobry-zły wątek (czyli niemal główny w powieści) leży. Bo wynika z niego, że podziały są przypadkowe i prawdziwe Zło jest tylko jedno (ale o tym poczytajcie sobie w książce).

Styl pisania jest dość baśniowy. Lekko naiwny, prosty. Jedynym, co odróżnia go od klasycznej baśni, jest wejście w głowę i przemyślenia bohaterek, ale poza tym autor (tłumaczka?) dobrze się spisał. Momentami było językowo trochę niezgrabnie, marszczyłam brwi, zastanawiając się, o co tu chodzi i czy nie można ująć tego lepiej, ale ogólnie nie było tak znowu źle.

Nie wiem, czy to dobra, czy zła książka. Pomysł na fabułę był momentami wręcz wybitny, ale znajdowało się tam tyle potknięć, nieścisłości i próby wybrnięcia na siłę z pewnych sytuacji, że cieszyłam się z końca. Nie na długo, bo okazało się, że wyszła kolejna część. A ja już myślałam, że to będzie na tyle, jednak czeka mnie "Świat bez książąt". Przeczytam, bo jestem ciekawska - tylko dlatego.

środa, 8 lipca 2015

Recenzje filmowe - Chce się żyć (16)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15)

Dziś:
Chce się żyć – Polska; 2013
reż. Maciej Pieprzyca
wyst. Dawid Ogrodnik, Dorota Kolak, Arkadiusz Jakubik, Anna Nehrebecka

Chce się żyć. Czasami

Ktoś słusznie zauważył, że gdyby Maciej Pieprzyca („Drzazgi”) zrobił swój film w USA, to Dawid Ogrodnik za rolę pierwszoplanową dostałby Oscara. Dokładnie tak, jak za rolę pierwszoplanową otrzymał 25 lat temu Daniel Day-Lewis za „Moją lewą stopę” Jima Sheridana. Ogrodnik zagrał brawurowo, oddając myśli, serce, emocje i działanie swej postaci filmowej, czyli chłopakowi z rozległym porażeniem mózgowym, który podjął walkę ze światem po to, by przekonać otoczenie, że tylko ciało ma chore, natomiast intelektualnie jest sprawnym, dużo wiedzącym, dowcipnym młodzieńcem. Bo Mateusz potrafi myśleć, analizować, ma poczucie humoru i za radą ojca (Arkadiusz Jakubik jest rozczulający, co nie znaczy zniewieściały, w roli taty Mateusza) chce, i w końcu pokazuje, że umie walczyć o swoje. Na początku filmu ojciec chłopca przekonuje go, że jak mężczyzna jest zły, to powinien uderzyć w stół na znak dezaprobaty. Moment ten zostaje na koniec spektaklu sparafrazowany już przez dorosłego Mateusza, kiedy to na znak protestu chłopak niesprawną ręką również uderza w stół, przy którym debatują i decydują o jego losie tak zwani „znawcy tematu”. Uderza w stół i… osiąga cel.  
Ale ten moment to za mało. To za mało, by filmowi, poniekąd świetnemu, niepretensjonalnemu, nie ckliwemu, choć z kilkoma mało przemyślanymi scenami, nadać tytuł „Chce się żyć”. Właśnie tytuł filmowej inscenizacji jest chyba najsłabszą stroną obrazu Pieprzycy. Nie wiem, czy na pewno chce się żyć (a przynajmniej nie tak ochoczo i optymistycznie, jak życzy sobie tego reżyser), jeśli życie ludzi chorych, niepełnosprawnych, egzystujących w paradoksie polegającym na źle postawionej diagnozie lekarskiej, a później w związku z tym w źle dopasowanych schematach, ostatecznie jest skazane na niepowodzenie (w najlepszym razie na dyskomfort społeczny, kulturowy, medyczny). Ja wiem, że w życiu nic nie jest pewne, ale za to wszystko jest możliwe, więc mógł się zdarzyć i cud też. W przypadku Mateusza cudem było spotkanie na swej drodze pani doktor (Anna Nehrebecka), która zauważyła „to coś” w Mateuszu, co pozwoliło nawiązać z nim kontakt i wydostać go z niebytu. Ale - o pseudohumanitarne społeczeństwo! - czy coś się na tę okoliczność zmieniło w waszym zbiorowym myśleniu i w sposobie wyznaczania społecznych ról osobom niepełnosprawnym?
Film jest podzielony na etiudy rozdzielające etapy rozwoju fizycznego głównego bohatera, a ich początki są pięknie zaznaczane delikatną muzyką Bartosza Chajdeckiego, który swe kompozytorskie mistrzostwo pokazał już wcześniej m.in. w „Bogach” i w „Czasie honoru”. Ale to chyba nic dziwnego, skoro w młodości kompozytor inspirował się głównie muzyką Zbigniewa Preisnera. Reasumując, film ten należy zobaczyć z powodów, o których była mowa wyżej, mimo wysnutej, a wątpliwej tezy, że chce się żyć na przekór wszystkiemu oraz na przekór fatalnej dykcji Marka Kality (a przecież w pantomimie też można się realizować). Obraz jest więc raczej optymistyczny, choć wiadomo, że cuda nie zdarzają się często i jeszcze wielu Mateuszy przepadnie w społeczno-kulturowo-medycznym chaosie, zanim jakiemuś jednemu uda się przekonać, że ma nam sporo do powiedzenia.  
  Film otrzymał wiele nagród, m.in. w 2014 r Orły za: najlepszą główną rolę męską (Dawid Ogrodnik), najlepszą drugoplanową rolę męską (Arkadiusz Jakubik), najlepszą drugoplanową rolę kobiecą (Anna Nehrebecka), najlepszy scenariusz (Maciej Pieprzyca).
  

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska

piątek, 3 lipca 2015

"Sekretne życie pszczół" - Sue Monk Kidd

Pamiętam, gdy "Sekretne życie pszczół" zostało wydane w Polsce, a na prawie każdym blogu znajdowała się jego recenzja. Kojarzę, że były pozytywne, ale wtedy nie wzbudziły mojego entuzjazmu, a ja książki nie przeczytałam. Aż do teraz, gdy próbowałam podjąć decyzję, za co zabiorę się jako następne i ten tytuł zabrzmiał mi znajomo, więc przeczytałam.

"Sekretne życie pszczół" rozgrywa się w czasie, gdy murzyni dostają prawa obywatelskie w Stanach Zjednoczonych. Z tego powodu przypomina mi trochę "Służące" - znajduje się tam parę podobnych elementów, choć generalnie nie chodzi o wolność rasową, ale wolność ogólną. Mamy Rosaleen, dla której wolność rasowa jest ważna, ale też główną bohaterkę - białą dziewczynkę - Lily, która pragnie się uwolnić od braku miłości ze strony ojca, a także od wyrzutów sumienia w związku ze śmiercią swojej matki. Gdy Rosaleen zostaje aresztowana, Lily ucieka z domu, porywa Rosaleen i obie ruszają w podróż do miejsca, którego nazwę Lily znalazła w rzeczach swojej matki. W ten oto sposób trafia do domu August i jej sióstr.

Z tej książki dowiadujemy się, czym tak naprawdę są miłość i akceptacja. Romantyzmu tu raczej niewiele, ale jest i to tak realnie przedstawiony, że cała ta baśń (bo ostatecznie "Sekretne życie pszczół" jest dla mnie baśnią) nabiera mojego wymiaru.

Mnie osobiście najbardziej poruszyła kwestia relacji ojciec-córka oraz tej bajkowej wolności ponad podziałami i bez uprzedzeń. "Sekretne życie pszczół" jest bardzo dobrze napisane i tworzy przyjazną atmosferę. Nie czuć tu dystansu między autorem, bohaterem i czytelnikiem. Nie, to ciepła książka-przyjaciel, która - gdy się kończy - pozostawia czytelnika osamotnionego. Muszę przyznać, że to mój ulubiony typ. 

środa, 24 czerwca 2015

Recenzje filmowe - W obcej/cudzej skórze (15)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14)

Dziś:
W obcej/cudzej skórze – USA, Wielka Brytania; 2012
reż. Bart Layton
wyst. Adam O`Brian, Debbie Jennings

W tym szaleństwie jest metoda

Dawno nie widziałam tak dobrze skonstruowanego filmu. Właśnie „skonstruowanego”, bo to konstrukcja w tym obrazie, czyli takie, a nie inne następstwa scen i pomysł przeplatania zdjęć dokumentalnych z fabularnymi, a także opowiadanie historii przez kilka osób, z których każda na pewno czuła się jedynym narratorem posiadającym monopol na prawdę, na podejrzenia i wysuwanie własnych wniosków, nie oglądając się na niczyje kontrargumenty, są mocną stroną filmu. W przypadku tego utworu akurat nic więcej nie potrzeba. Aktorom i nie aktorom (bo to wszak po części dokument) udało się utrzymać widzów w napięciu przez cały film (a nie był on krótki), choć środki wyrazu, rekwizyty, dramaturgia kryła się tylko w ich twarzach. Występując przed kamerą, nawet nie zmieniali pozycji, tak jak nie zmieniali swego punktu widzenia kształtowanego pod wpływem zmieniających się faktów. I właśnie ta konstrukcja zbudowała w utworze filmowe iskrzenie. Tylu, ilu było narratorów w filmie, tyle było prawd, a każda mogła być tą właściwą, choć ani bohaterowie filmu, ani widzowie nigdy do tej faktycznej nie dotrą.
Pewnego dnia w teksańskim miasteczku zaginął 13-letni chłopiec, Nicholas. Rodzina rozpoczęła poszukiwania, ale te kończyły się niepowodzeniem. Nikt nic nie wiedział o zaginionym chłopcu, nikt go nie widział, nikt o nim nic nie słyszał. Rodzina jest tak bardzo zaangażowana w poszukiwanie chłopca, tak dalece spragniona powrotu Nicka, że gdy ten nagle i całkiem nieoczekiwanie odnajduje się po trzech latach w… Hiszpanii, przyjmuje go do domu, bez chwili wahania. Wątpliwości nie rodzą się nawet wtedy, gdy okazuje się, iż ani fizycznie, ani psychicznie odnaleziony nastolatek nie może pasować do faktycznego Nicka. W najbliższych nie budzi to jednak żadnych podejrzeń. Wątpliwości, czy jest to autentyczny Nicholas Barclay, dopadają natomiast policjantów, kuratorów, agentkę FBI, prywatnego detektywa. Być może cała sprawa nigdy nie zostałaby tak wnikliwie drążona, gdyby fałszywy Nick nie wymyślił bajeczki o porwaniu przez grupę ludzi, którzy później, po porwaniu, znęcali się nad nim; wątek znęcania – w mniemaniu Nicka - miał wytłumaczyć na przykład braki w jego pamięci i ewentualne „rozbieżności” w zachowaniu. Więc skoro na arenę wkraczają groźni przestępcy, to musi wkroczyć do akcji FBI, no a skoro agencji federalni, to sprawa nie może być zbadana jedynie pobieżnie.
Relacje zdawane przez matkę i siostrę Nicka to jedna strona medalu, to, co opowiada odnaleziony Nick, który nie jest właściwym Nickiem, to druga strona. Wcale nie zdradzam tajemnicy filmu, gdyż oszust podszywający się pod Nicka od początku wyjawia widzom, co robił, jak się zmieniał, jak udawał, jak się uczył nowej roli, by zostać uznany za autentycznego syna i brata. Na końcu jedynie poznajemy powody, dla których fałszywy Nick to robił. Fenomen konstrukcji filmu polega na tym, że reżyser dokonuje całkiem niespodziewanego zwrotu akcji i rozkłada ciężar winy nie tylko na fałszywego Nicka, ale i na… rodzinę zaginionego chłopca. Zdziwieni? I słusznie, bo to niebywałe zaskoczenie, tym większe, że nigdy – nie tylko w filmie, ale i w rzeczywistości – zagadka nie zostanie rozwiązana. Czyżby było tak, jak sugerował fałszywy Nick: „Miałem wrażenie, że trafiłem do miejsca, gdzie jeszcze bezczelniej kłamią niż ja.”.
Gdyby reżyser obrazu zrobił z tej historii film fabularny, powstałby niczym nie wyróżniający się, choć zapewne bardzo dobry, spektakl, ale właśnie to, że obraz powstał jako thriller dokumentalny, zapunktowało niepomiernie i nadało obrazowi ciekawe wnętrze. Zwróćmy uwagę na intrygujący i mylący zarazem, a zastosowany przez twórcę, zabieg: gdy jedna osoba relacjonuje sprawę i kończy na przykład swą kwestię pytaniem, to jego następca odpowiada na owo pytanie, ale w sposób sobie właściwy i zgodny z logiką swoich wywodów. Mimo to film ani na centymetr nie staje się nielogiczny, widz nie ma poczucia „rwania” akcji i napięcie może bezproblemowo sięgać zenitu, w głównej mierze dzięki obliczu fałszywego Nicka, który ma w sobie coś z demona, ujawniającego nam swe pokrętne zamiary, ale w taki sposób, jakby opisywał smak lodów bakaliowych. To fascynowało i przerażało zarazem.
Reżyser otrzymał za swoje dzieło nagrodę za najlepszy debiut reżyserski, a sam film był nominowany do nagrody głównej na festiwalu w Sundance w 2012 roku. Przyznaję, że obejrzałam go przez czysty przypadek, bo jakoś filmy dokumentalne nie wciągają mnie (nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło. Może ze strachu przed realnym okrucieństwem, które jest zawsze gorsze od okrucieństwa wymyślonego, bo jest realne?), ale jak już zaczęłam, to nie było siły, abym nie obejrzała go do końca. A było warto, bo mówiąc za Hamletem: „W tym szaleństwie musiała być jakaś metoda”.
                                                                                                                                                                                                                            Małgorzata Ciupińska

piątek, 19 czerwca 2015

"Alkaliczny styl życia" - Beata Sokołowska

Od mniej więcej dwóch lat panuje "moda na zdrowie". Wszyscy prześcigają się w byciu fit, w radach na temat zdrowego odżywiania, kolejnych super food oraz nowych diet. Te tematy bardzo mnie interesują od momentu, gdy ze względów zdrowotnych zrezygnowałam z mięsa, a następnie wprowadziłam inne zmiany w mój tryb życia. Dużo czytam o dietach i zwykle tylko kręcę głową z ewidentnym brakiem uznania dla ich wynalazców. "Alkaliczny styl życia" przemówił do mnie, ponieważ już wcześniej zauważyłam u siebie różnicę w zakwaszeniu i zasadowości organizmu. Ta książka miała mi porządnie przybliżyć temat i muszę przyznać, że to zrobiła (choć bez lekkiej krytyki się nie obejdzie).

Beata Sokołowska, autorka bloga o takim samym tytule jak książka, stara się przedstawić zalety zredukowania produktów kwasotwórczych w życiu, opowiada historie, które potwierdzają działanie tego stylu życia oraz tłumaczy, w jaki sposób się za to wszystko zabrać. Ludzki organizm ma z natury odczyn zasadowy, a złe odżywianie, brak ruchu (a także - o dziwo - jego nadmiar) i stres zmieniają odczyn pH, co sprawia, że w naszym organizmie powstają stany zapalne, chorujemy, wpadamy w depresję, jesteśmy ciągle zmęczeni i ociężali. Autorka woła o równowagę - i robi to na tyle skutecznie, że już wiele osób skorzystało na jej radach publikowanych na blogu. "Alkaliczny styl życia" to wiedza, którą Sokołowska zebrała z różnych publikacji i własnego doświadczenia, w pigułce. Choć momentami ta pigułka jest dość rozlazła - dla mnie jest tam zbyt dużo życia prywatnego w części właściwej książki. O ile na początku jest to zrozumiałe, końcowe listy od czytelników z ich doświadczeniami są świetnym rozwiązaniem (choć zastanowiłabym się, czy na pewno wszystkie z nich powinny znaleźć się w tej książce), to pomiędzy było mi tego za dużo.

W treści dowiadujemy się, jak zacząć (najlepiej od detoksu, a raczej od przygotowania do niego), a następnie, jak z tym żyć. Autorka raczy nas tabelami z "dobrymi" i "złymi" produktami, przepisami na lekkie, a także na pożywne dania. Sama książka napisana jest dla osób, które z naukowym żargonem raczej nic nie umiałyby zrobić - Beata Sokołowska pisze dla człowieka. Zwykłego człowieka, który chce poczuć się lepiej we własnym ciele i nie bawi się w lekarza-dietetyka. Nie karmi czytelnika truizmami, jest po prostu klarowna w swoich wypowiedziach. To się ceni. Na samym końcu znajdujemy też małą broszurę ze wspomnianymi wcześniej tabelami - spore ułatwienie dla tych, którzy zamierzają wybrać się na zakupy, a nie chcą nosić ze sobą całej książki (bo kto chce?).

To dobra, przekonująca książka, która nie każe stawiać nagle całego życia na głowie, ale zastanowić się nad tym, co jest dobre, zdrowe i naturalne. Jeśli chcecie schudnąć lub poczuć się zdrowsi, zajrzyjcie na bloga autorki, a następnie do "Alkalicznego stylu życia". Ta pozycja wydaje mi się najsensowniejszym rozwiązaniem dla osób szukających sposobów na spadek wagi i poprawę stanu zdrowia.

środa, 17 czerwca 2015

Recenzje filmowe - Choć goni nas czas (14)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13)

Dziś:
Choć goni nas czas – USA, 2007
reż. Rob Reiner
wyst. Jack Nicholson, Morgan Freeman

Dobrze zrobiony biznesplan

Niestety główni bohaterowi tej filmowej opowieści muszą umrzeć. To mają zagwarantowane w scenariuszu. Z tym się pogodzili, a i widzowie muszą się z tym pogodzić też. Osobiście nieco raził mnie patos z ostatnich minut filmu, ale w końcu jeden minus całości nie zaszkodzi. Pokazani bohaterowie nie są tak starzy, by umrzeć ze starości; umrą z innego powodu - po prostu stanęli rakowi na drodze. To się zdarza i bogaczowi (Jack Nicholson) i mechanikowi samochodowemu (Morgan Freeman). Świadomość chorób śmiertelnych jednych powala z nóg, a innym dodaje skrzydeł. Ci, którzy oglądali film, już wiedzą, w czym rzecz, a ci, którzy go dopiero zobaczą, przekonają się, że w stwierdzeniu o skrzydłach wcale nie ma żadnej przesady, zarówno w aspekcie faktycznym, jak i metaforycznym.
Film opowiada o tym, jakie bliskość śmierci potrafi wyzwolić pokłady inwencji, kreatywności, fantazji, ale i sprowokować zachowania, które mogą zmienić relacje międzyludzkie, przez całe życie źle układające się, a teraz nagle prostujące. Oczywiście malkontenci i ci, którzy nie mają szczęścia do posiadania pieniędzy w ilości większej niż mówią o tym przeciętne standardy, na pewno krzykną: „No tak, jeśli się jest bardzo majętnym, to można sobie pozwolić na realizowanie fanaberii.”. Zgadza się, tak mogą powiedzieć. Właściwie to większość ludzi tak powie, ale gdyby wszyscy byli biedni, to ten scenariusz nie byłby taki zabawny, pouczający i miły dla oka. Tak to już jest z biedą i bogactwem. Dla nieusatysfakcjonowanych tą odpowiedzią przytoczę dwie sentencje (nie z filmu), które może pozwolą przełknąć tę niesprawiedliwość dziejową: Stefan Kisielewski powiedział: Biednym nic z tego nie przyjdzie, że bogaci też zbiednieją. Epikur zaś konkluduje: Bogactwo nie jest ulgą w kłopotach, jest tyko zmianą kłopotów.   
Ale wróćmy do filmu. Czas faktycznie tu goni. Gdyby nie oddech śmierci na plecach ani Edward Cole (Nicholson), ani Carter Chambers (Freeman) nigdy tylu rzeczy w tak krótkim czasie nie zrobiliby. A po co je robili? Żaden szczególny powód temu nie przyświecał. Oni te rzeczy i tak mieli zrobić, tylko gdyby nie wiedzieli, że tak szybko przyjdzie im rozstać się z tym światem, to zapewne odsuwaliby je ciągle w bliżej nieokreśloną przyszłość. Zwłaszcza te mniej miłe i mniej proste, ale chyba za to bardziej potrzebne. Edward i Carter stworzyli więc sobie listę spraw do załatwienia, czyli chodzili po tym świecie, mniej więcej tak jak my krążymy między półkami w supermarkecie i skreślali z listy to, co udało im się „kupić”, czyli zrealizować. A na liście tej były, oj! były rzeczy niezwykłe, szalone, śmieszne, wzniosłe, piękne i z niczym nie porównywalne. Było zatem afrykańskie safari, zmierzenie się z potęgą gór, wyzwanie dla seksu i pogodzenie z rodziną.
Rob Reiner zrobił film, który ogląda się z przyjemnością, ciekawością, bez zażenowania, bez poczucia, że przekracza się granice dobrego smaku. Nawet odpowiedź cynicznego magnata Cola, całe „zdrowe” życie zadufanego w sobie, też tej granicy nie przekracza. Co to była za odpowiedź? Na pytanie lekarza, jak tam sprawuje się jego cewnik, Edward odpowiada z nonszalancją, że zupełnie nie wie, jak do tej pory radził sobie bez niego. Od momentu, kiedy Cole dowiaduje się, że śmierć nadejdzie niebawem, cynizm i pogardę dla innych gubi szybko - w miarę skreślania rzeczy z listy, których realizacja jakby go oczyszczała z grzechów doczesności.
Reiner nie walczy ze śmiercią, on jej tylko nie demonizuje. Podpowiada ociągającym się z czynieniem dobrych uczynków, by je szybciej realizowali i „po drodze” nie próbowali oszukać śmierci, mówiąc: „No, szkoda, niestety nie zdążyłem tego zrobić”. Jeśli żyjesz według przyzwoitych zasad, to zawsze zdążysz być przyzwoitym – tak to ujął reżyser. Aktorzy w tym filmie – gwarantują to nam ich nazwiska – grają z lekkością i łatwością. Może dlatego tak się dzieje, że żaden z nich nie wychodzi z typu ról, jakie im przez lata przypisywano. Nicholson miał zawsze – począwszy nawet od „Lotu nad kukułczym gniazdem” – ciągotki do cynizmu i destruktywnej arogancji, a Freeman to wręcz uosobienie spokoju, melancholii i wspaniałomyślności. Przecież właśnie taki był w filmie „Bruce Wszechmogący”.
Nie jest łatwo, ani przyjemnie umierać. Nie sadzę, by ktoś zdrowo myślący, chciał o tym przekonywać innych. Ale fakt, zawsze to lepiej jest umierać, gdy ma się przy sobie świetnego kumpla, którego obecność gwarantować będzie znakomity humor i zabawę, no i możliwość spełniania kaprysów i marzeń. Ale by tak było, trzeba zrobić najpierw rzetelny rachunek sumienia, w jego oparciu stworzyć niezawodny biznesplan i tak uzbrojonym, ruszyć na spotkanie ze śmiercią.
   
                                                                                                          Małgorzata Ciupińska

poniedziałek, 15 czerwca 2015

"Skarb heretyków" - Tom Knox

Do książek Toma Knoxa mam lekki sentyment. Choć przeczytałam zaledwie dwie jego powieści, ich schemat bardzo mi odpowiada - a także możliwość rozwiązania "tajemnic" tego świata. Po części uzasadnionych historycznie, po części mocno zwariowanych, ale przedstawionych w takiej formie, że chce się wierzyć.

A skoro mowa o wierze, warto wspomnieć, że "Skarb heretyków" - jak sam tytuł wskazuje - znowu zajmuje się tematem religii. W dodatku akcja rozgrywa się w kraju z jedną z najciekawszych historii na świecie - Egipcie. Po części też w Anglii, w której nagle zaczyna się panoszyć satanizm, niemniej to wątek trochę bardziej poboczny. Główny rozgrywa się gdzieś w, na i pod piaskami Sahary, gdzie odnaleziony został Skarb z Sokar - brakujące elementy Chrześcijaństwa i Judaizmu, które całkowicie mają zmienić postrzeganie religii. Co jednak ma angielski satanizm wspólnego ze starożytnymi egipskimi dokumentami?

Tom Knox po raz kolejny tworzy historyczno-magiczną intrygę, która trzyma w napięciu od pierwszych stron aż do ostatniej. Wprawdzie rozwiązanie jest podobne do tego w "Biblii Umarłych", co pachnie trochę wtórnością (jak i cały schemat książek autora - to moja trzecia i zbudowane są w taki sam sposób), ale ostatecznie jest... niejednoznaczne. Najlepsze w powieściach Knoxa jest to, że one naprawdę są w stanie przekonać czytelnika o realności i prawdziwości przedstawionych teorii. To coś jak Dan Brown (ktoś go w ogóle jeszcze pamięta?), tylko lepsze. W sumie lekka rozrywka na wysokim poziomie, która dodatkowo zmusza do refleksji.

I wszystko dobrze, póki nie wywoła rewolucji swoimi teoriami... Ale Toma Knoxa Kościół chyba jeszcze nie wyklął.

Inne książki autora na moim blogu:


środa, 10 czerwca 2015

Recenzje filmowe - Wiek Adaline (13)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie(4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12)

Dziś:
Wiek Adaline – USA, 2015
reż. Lee Toland Krieger
wyst. Blake Lively, Michiel Huisman, Harrison Ford, Ellen Burstyn

Sto lat samotności

Tydzień temu było o polskiej bajce, dziś jest o bajce amerykańskiej. Filmowa baśń udała się młodemu kalifornijskiemu reżyserowi, Kriegerowi, bo jeśli przyjmiemy założenie, że zaaplikowanej nam przez niego melodramatycznej gawędzie nie bronią, ani nie szkodzą pseudonaukowe wynurzenia zza offu, to wyjdziemy z filmu zadowoleni, pełni uznania dla sprawności warsztatowej tych, którzy nad tym dziełem pracowali. Wysoka nota dla scenariusza i kostiumologa; obraz szczególnie dla tego ostatniego był wyzwaniem, gdyż na potrzeby fabuły należało przeanalizować kilka epok, ale tak, by je jedynie zaznaczyć, a nie nimi widzów znużyć długością prezentacji.
Chapeau bas dla reżysera, którego inteligentna i intuicyjna zdolność przewidywania pozwoliła pochylić się nad problemem starzenia się oraz konieczności przemijania czasu, co u młodych ludzi jest zjawiskiem wyjątkowym, a na pewno drugorzędnym. Proces zacierania młodości na korzyść starzenia się reżyser pokazał bardzo oryginalnie, poprzez stworzenie niejako dwóch filarów podtrzymujących scenariusz, filarów przenikających się, potem żyjących odrębnym życiem, bez możliwości porozumienia, bo wszak dzieli je niewyjaśniona tajemnica, ale egzystujących obok siebie, szanujących się, nie niszczących nawzajem, by w końcu po próbie czasu, przeniknąć się ponownie i zlać w jedno. Takie właśnie bowiem było życie Adaline: najpierw szło ono ręka w rękę z życiem innych, potem - na skutek dziwnego zjawiska - odskoczyło od normalności, zrobiło dużo zamieszania w życiu bohaterki, po czym znów podporządkowało się ogólnie przyjętym zasadom.
Ta przedziwna historia to bujanie w morzu fantazji? Czy ja wiem? A mało to znamy faktów, które kiedyś mocno stąpały po ziemi i zadawały kłam podobno niemożliwym do zaistnienia zdarzeniom, by po dwudziestu, pięćdziesięciu, może stu latach nagle zostać rozbite w pył przez tę niby fikcję, która oto miała czelność się zmaterializować? Reasumując: dwa wypadki samochodowe, z których jeden odbiera głównej bohaterce możliwość starzenia się i drugi, który tę sytuację odwraca, są osią filmu i kluczem do zagadki. Reszta jest bardzo piękna, subtelna, chce się oglądając film, płakać, uśmiechać, chce się film oglądać i oglądać…
Adaline, która jest tuż po trzydziestce, zdarza się wypadek, który powoduje u niej zanik procesu starzenia się. Reżyser spektaklu jest mężczyzną, ale sadzę, że życiowych następstw tego medycznego curiosum kobieta piękniej, subtelniej, mądrzej i efektowniej – może poza Dorotą Kędzierzawską – nie zrobiłaby. Bohaterka spektaklu, kiedy uświadamia sobie, jakie zmiany zaszły w jej mózgu i czym one będą skutkować, po stoicku godzi się z losem i wybierze najsensowniejsze z możliwych w tej sytuacji rozwiązanie, czyli zrozumie, że jedynym wyjściem z zapętlonych zdarzeń, będą zwykłe ucieczki z dotychczasowych miejsc. Bo to oczywiste, że w każdym nowym miejscu dojdzie do momentu, gdy zaczną padać niewygodne pytania w stylu: „Och, jak ty świetnie wyglądasz, zupełnie jakby u ciebie czas się zatrzymał”. Dlatego bohaterka filmu zmienia miejsca pobytu, wcześniej patrząc, jak jej równolatkom przybywa zmarszczek, chorób, jak jej ukochany stary pies odchodzi, przytulany do jej ciągle młodego ciała. Obserwuje wreszcie, jak jej własna córka zaczyna bardziej przypominać jej matkę, a nawet babcię.
A miłość? Oczywiście, że jest miłość. W melodramacie nie może być inaczej. Więc jest miłość, ale ta tradycyjna, ta, która się starzeje. Miłość, jeśli się nie starzeje, jest nic nie warta. Przekonuje się o tym Adaline, ale jeszcze wcześniej zawsze przed nią ucieka. Tylko ona wie, ile ją to kosztuje, ile kosztuje utrzymanie sekretu w tajemnicy przed światem. Jedyną alternatywą ucieczki byłoby życie jako przykład wybryku natury oglądanego w panoptikum, wybryku, który krótszej daty jak wieczność nie uznaje. Ale oto nadchodzi punkt zwrotny, czyli… Harrison Ford. Kim jest? Miłością sprzed lat, która teraz dokonała wolty w jej życiu.
Blake Lively zagrała rozważnie i romantycznie, żeby sparafrazować tytuł pewnego znanego filmu. A Ford? Ford miał i ma nadal to szczęście, że - jak zawsze - mógł w filmie grać i równocześnie być sobą. To nieczęsto się zdarza aktorom. Obserwuję jego filmową karierę już dość długo i w każdym obrazie - choć zawsze będzie dla mnie najbardziej heroicznym i uwodzicielskim we „Franticu” Polańskiego - jest taki, że człowiek goni za nim oczami, gdziekolwiek by był i cokolwiek robił. Bo zawsze przy nim jest ciepło, bezpiecznie i przyjemnie. A Adaline? To nie zmysłowa seksbomba, nie ucieleśnienie klasycznego piękna, nie femme fatale, to też nie dziewczyna z sąsiedztwa. To jaka ona jest? Dzielna.   
   

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska


środa, 3 czerwca 2015

Recenzje filmowe - Gabriel (12)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11)

Dziś:
Gabriel – Polska, 2014 
reż. Mikołaj Haremski
wyst. Jan Rotowski, Natan Czyżewski, Zbigniew Zamachowski,
          Paweł Królikowski, Sławomir Orzechowski

Średnie strefy stanów średnich

Nie ostrzę pióra. W końcu oglądam film „jedynie” przygodowy. Dla dzieci i młodzieży. Oglądam bajkę, w której dzieją się rzeczy dziwne, czasem zabawne, choć przeważnie kosztem logiki. Wymagający widzowie, szukający spójności w scenariuszu, realności ponad wszystko, gry ponad przeciętność, głębi psychologicznej i efektów specjalnych rodem z kuźni samego George`a Lucasa, zróbcie sobie przerwę, idźcie do kuchni i zaparzcie kawę lub herbatę i zostańcie tam przez najbliższe półtorej godziny.
Tomek, dwunastolatek, po tragicznych przejściach, jakich doznała jego rodzina, został opuszczony przez ojca i mieszka jedynie z dziadkami. Jak długo można tak żyć? Jak długo można dorastać bez rodzica, podczas gdy uczucia domagają się jego bliskości? Okazuje się, że do dwunastego roku życia. Bohater więc decyduje się na odszukanie ojca i poznanie przyczyn, dla których ten ostatni nie chciał być razem z nim. Oczywiście, jak to w filmie przygodowym z domieszką humoru bywa, na drodze swych poszukiwań Tomek zastaje trochę sensacji, wplątuje się w aferę kryminalną nieudolnie prowadzoną przez dwóch opryszków, ociera o pierwsze oznaki dziewczęcej sympatii.
Ryzyko tego filmu polega na tym, że zupełnie nie wiemy, czy młodzież wychowana na krwawych komputerowych jatkach, kupi te świętokrzyskie klimaty, całkiem niegroźne krzyżtoporskie ruiny, kluczenie między mrocznymi (bez przesady jednak) zakamarkami, czy przyjmie całość za dobrą monetę i z daleko posuniętą wyrozumiałością powie: „No, dobrze, przecież czasem też trzeba obejrzeć jakąś ckliwą bajkę, bo może potem da się ją jednak przerobić np. na „Rambo 138 i pół?”. Ironizuję nieco, ale tylko troszkę, bo Tomkiem, jego problemem i determinacją przejmuję się, a w przypadku Gabrysia czuję, że ten tajemniczy Ktoś zafunduje na koniec całkiem sensowną puentę.
Dziewczynka, jak to dziewczynka - dzierlatka, natomiast przestępcy są pożałowania godni (bo tacy mają właśnie być w reżyserskim zamyśle), śmieszni, pechowi, a szczególnie ten, któremu brak intelektu podpowiada stale głupie i nonsensowne pomysły do realizacji. Gra aktorów w tym spektaklu nie ma rumieńców, a przecież tylko Gabryś ich nie powinien mieć z racji swego… ale o tym szaaaa - ten smaczek będzie na koniec filmu. Tomka usprawiedliwiam; jest w trakcie poszukiwań, jest bardzo przejęty, dlatego może nie być po mistrzowsku żywiołowy i po mistrzowsku efektowny, ale zawodowi aktorzy też nie porywają, jakby mówili sobie, że grają „tylko” na potrzeby bajki, więc wyżyny aktorskie zostawiają na inną okazję. Po prawdzie to i sam scenariusz nie wymaga od nich „szekspirowskiego” podejścia. Nie ostrzę więc pióra, bo w końcu coś mnie jednak w tym filmie rozśmieszyło, całkiem przyjemnie oglądało mi się sielskie pejzaże, Tomasz Sapryk zniewalał mnie swoją gapowatością i niekończącym się optymizmem, a mały Gabryś zyskał u mnie punkty, bo do końca utrzymał swą tajemnicę.
Rozumiem, że takie filmy też muszą być: ciepłe, nieskomplikowane w odbiorze, choć przedstawiające jednostkowy problem bardzo wielkiej wagi. Ja zrobiłam sobie herbatę, ale wróciłam z kuchni do pokoju. Było miło, choć entuzjazm, z jakim na pewno reżyser kręcił ten film, nie był zaraźliwy.
                                                                                                                                                                                                                                               Małgorzata Ciupińska

środa, 20 maja 2015

Recenzje filmowe - Wątpliwość (11)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie(4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10)

Dziś: Wątpliwość – John Patrick Shanley/2008/USA

Drzwi szeroko zamknięte?

Ten film po prostu nie mógł być zły. Role główne kreowali w nim Meryl Streep i Philip Seymour Hoffman (niestety nieżyjący już od ponad roku), więc film nie mógł być zły. Film nie mógł być zły i z innego powodu. Jakiego? Zasiał… wątpliwość. Mój profesor od matematyki zawsze powtarzał, że najgorsze ze wszystkiego to nie mieć wątpliwości. To prawda, ale ta maksyma będzie jednak działać tylko do momentu wejścia do kin filmu „Wątpliwość”. Potem już nie. Zatem dobre są te dzieła, które problem rozwiązują, ale też te, które z pozornie poprawnych relacji wyłuskują właśnie wątpliwości, rzucają na szale prawd niedomówienia, nie precyzują ich, nie szukają odpowiedzi i unikają ukazywania jednowymiarowych bohaterów.
Akcja filmu dzieje się w Nowym Jorku w latach 60. minionego stulecia. Nie jest to bez znaczenia, bo jeszcze wtedy problem pedofilii nie był aż tak nagłaśniany, ani tak dokładnie rozpoznawalny. W szkole, którą twardą ręką zawiaduje siostra zakonna (Streep odtwarza tę rolę tak, jakby całe życie była siostrą zakonną, z wszystkimi wadami i zaletami tego stanu), uczy się czarnoskóry chłopiec. Jedyny w tej szkole. Jednym z nauczycieli jest ksiądz, który oprócz nauki religii, uczy młodych chłopców gry w koszykówkę, a w wolnych chwilach udziela rad wszelakich. Na przykład podpowiada, jak ładnie i skutecznie zaprosić dziewczynę do tańca. Że niby ksiądz nie może tego wiedzieć? Bzdura.
Któryś z krytyków filmowych napisał, że siostra przełożona jest starą, złośliwą babą, a ksiądz poczciwym, dobrodusznym katechetą. To nieprawda, która akurat w tym przypadku nie budzi wątpliwości. Siostra przełożona może i jest stara, ale jest też doświadczona przez życie, czuje się odpowiedzialna za dobro szkoły i swoich podopiecznych, a ten stan rzeczy nie może ulegać chwilowym kaprysom lub nadmiernej wyrozumiałości, na którą zwykły śmiertelnik może sobie pozwolić, ale dyrektor szkoły już nie. Wadą siostry przełożonej jest to, że… wątpi. A wątpliwości daleko posunięte potrafią zburzyć ład, a nawet mogą otrzeć się o społeczną herezję.
A Ksiądz? Och, ten urokliwy Hoffman. Kiedy już się zorientował w poczynaniach siostry przełożonej, zadbał o to, by nie być łatwym łupem, by dyrektorka nigdy nie zaznała pewności. Dlatego rozpoczął z nią grę. Pojedynek słowny tych dwojga to majstersztyk scenarzysty, reżysera i oczywiście samych aktorów. Oglądanie ich w tej bitwie to przyjemność godna smakowania najwspanialszych delicji. Ojciec Flynn jeśli ostatecznie okazał się niewinny to i tak zostawił (ku zmartwieniu siostry) malutkie poletko wątpliwości: czy aby na pewno niewinny? A jeśli okazał się winny, to też zostawił poletko wątpliwości: czy aby na pewno winny? Nie wiem. Hoffman zresztą potrafił trzymać widza w niepewności co do intencji bohaterów przez siebie odtwarzanych prawie zawsze. Tak było w „Mistrzu”, to samo odnotowujemy w „Capote”. W filmie „Wątpliwość” też nic nie jest oczywiste.
Fantastycznie emocjonalne napięcie, niepokój, zwątpienia i próby uporządkowania faktów i zamiarów obrazują wirujące, a często filmowane… liście. Bo liście raz leżą tu, w porywie wiatru nagle odlatują, potem wirują, wreszcie spadają niespodziewanie to na chodnik, to wpadają do klasy lub wdzierają się na szkolne podwórze. To one nam, widzom, uzmysławiają, jak łatwo jest wzniecić burze, jak łatwo zasiać zamęt, pogubić się w jakimś odwiecznym porządku. Bo wątpliwość, choć czasami twórcza, potrafi także cofnąć myślenie do ciemnogrodu, do czarownic palonych na stosie. Od wątpliwości tylko maleńki krok do podejrzliwości, a potem już tylko do zła.
Reasumując: siostra przełożona i ksiądz Flynn mogą i mają - za sugestią reżysera - budzić nasze wątpliwości, czyli zupełnie inaczej niż matka chłopca, o którego toczył się cały ten bój. To ona wypowiedziała znamienne zdanie: „Nie wiem, po czyjej stronie jest siostra, ale ja jestem po stronie tych, którzy chcą dobra mojego syna. Będzie siostra wśród nich?” Nie objaśniam tych słów, bo chcę zaprosić Was do obejrzenia filmu. Ale ja też jestem po stronie matki. Dlatego jestem po stronie księdza, który otworzył drzwi, by wpuścić w te prawie więzienne mury szkolne nieco liberalizmu. Uważam, że tych drzwi wcale nie otworzył za szeroko.

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska

poniedziałek, 18 maja 2015

"Odłamek" - Sebastian Fitzek

Od bardzo dawna nie czytałam thrillerów Fitzka i bardzo się za nimi stęskniłam. Na szczęście na półce czekał na mnie "Odłamek". Miły powrót do psychodelicznego świata autora.

Marc Lucas wpada w depresję po śmierci ciężarnej żony. Czuje się winny jej śmierci i gdy pewnego dnia w gazecie natrafia na ogłoszenie kliniki psychiatrycznej specjalizującej się w zapominaniu traumatycznych przeżyć, zgłasza się do eksperymentu. Jednak w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że nie chce tego robić i ucieka tylko po to, by się zorientować, że nie ma dokąd. Jego żona pojawia się nagle żywa w jego mieszkaniu, do zamka którego nie pasuje klucz. Jego karta kredytowa jest nieważna, w pracy jest obcy, a klinika nagle znika z powierzchni ziemi. Przy okazji trafia on na inną pacjentkę kliniki, której nie ma. No i co ma z tym wszystkim wspólnego jego brat?

"Odłamek" jest chyba najdelikatniejszą, najmniej zwichrowaną powieścią Fitzka. Jeszcze żadna z jego książek nie została przeze mnie odebrana w taki sympatyczny wręcz sposób, bez zadawania sobie pytań, jak on z tego wybrnie. Odebrałam ją jako najmniej skomplikowaną, choć wciąż rewelacyjną. Psychologicznie trochę głębszą na takiej normalnej, ludzkiej płaszczyźnie. Bo to najbardziej ludzka ze wszystkich jego książek, przez co mniej wyrazista.

Tym razem Fitzek nie powalił mnie na kolana, nie zaczęłam się zastanawiać, czy szukać dla niego dobrego psychiatry, ani też nie zaczęłam szukać psychiatry dla siebie.
To szósta przeczytana przeze mnie książka Sebastiana Fiztka. Recenzje pozostałych pięciu znajdują się na blogu.