środa, 5 sierpnia 2015

Recenzje filmowe - Kiedy Paryż wrze (19)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15), Chce się żyć (16), Weekend (17), Automata (18)

Dziś:
Kiedy Paryż wrze – USA; 1964
reż. Richard Quine
wyst. Audrey Hepburn, William Holden, Tony Curtis, Frank Sinatra, Fred Astaire

Cudowne lata 60.

Na rozleniwione lato proponuję komedię! Zatem weźmy na warsztat film „Kiedy Paryż wrze”. Aby jednak nadążyć za jej wszystkimi zwrotami akcji, trzeba będzie trochę z letniego lenistwa zrezygnować. I muszę tu zaraz wspomnieć o mankamencie filmu: właśnie tych zwrotów akcji było za dużo, gdyż pod koniec spektaklu ich ilość zaczęła wręcz męczyć. Ale poza tym drobiazgiem odczułam satysfakcję, że czasu przy oglądaniu tej komedii sytuacyjnej lub komediowego romansu, albo „kina przecierającego szlaki do serc niewieścich” nie straciłam. Bo w końcu było frajdą oglądać na przykład Williama Holdena w dobrej formie i patrzeć jak jest znudzony, zdemoralizowany, ekscentryczny, i jak ze starego pożeracza kobiecych serc nagle staje się do łez samokrytyczny oraz zdobywa się na ekspiację godną wielkiej pochwały i zaczyna rokować nadzieję na poprawę swego łobuzerskiego i uwodzicielskiego charakteru.
Lekko obserwuje się pracę rąk, nóg i całego ciała głównych bohaterów, łącznie ze śmiałą prezentacją szerokiej gamy grymasów twarzy, których naturalność została celowo przerysowana, co jednak filmowi nie zaszkodziło, a jedynie nadało rysów farsy. Ach, no i oczywiście bohaterowie filmu są bardzo sprawni fizycznie, bo zdarzają im się sceny, które wymagają zręczności, zsynchronizowania czasowego i gibkości ciał, które muszą nadążyć za słowami i rytmem muzyki. Czyli taka mała farsa z aspiracjami do musicalu. William Holden i Audrey Hepburn, tworząc bohaterów scenariusza, mają na myśli… tak, dokładnie, mają na myśli siebie! Stąd tak żarliwie tłumaczą ich postawy, bo postawy te są niczym innym, jak ich własnymi postawami.
W bogatym apartamencie paryskim mieszka sobie scenarzysta, którego światowa sława „skazała” na życie playboya, lekkoducha i człowieka zmanierowanego przez zbyt dużą ilość pieniędzy. Scenarzysta jest rozbrajająco szczery, kiedy wyznaje, że trudno mu normalnie funkcjonować, gdy pracuje tylko przez pięć dni w roku, po to, by przez następnych 360 dni leniuchować, dobrze zjeść, dobrze wypić i dobrze się bawić. Oj, w takiej sytuacji nie jest łatwo takiemu „skazańcowi”. Teraz jednak Rick ma problem, bo właśnie za dwa dni upływa termin napisania kolejnego scenariusza filmu, a tu jakaś dziwna pustka w głowie i tylko widok Wieży Eiffla za oknem. Rick wpada zatem na pomysł zatrudnienia sekretarki, która ma mu pomóc w napisaniu tekstu. I tu właśnie zaczyna się inteligentna gra scenarzysty i wcale nie mniej przebiegła gra sekretarki Gaby. Oboje prześcigają się w fantazjowaniu, w dopisywaniu akapitów, ich wymazywaniu i pisaniu od nowa. Wspomnę jeszcze o efektach specjalnych; a w tym filmie elementu tego nie muszę zbyt długo objaśniać: efektami specjalnymi były cudownie marzycielskie, wielkie i przepiękne oczy Audrey.
Audrey w filmie jest obowiązkowo czarująca, eteryczna i jak zawsze w każdym filmie musi być zdobywana. To faktycznie może stać się z czasem nudne, ale taki już los tej aktorki. A Holden? O, ten amant nie zawsze był amantem, bo równie często na przykład zakładał mundur żołnierski. Zamysł stworzenia filmu w filmie? Oprócz tego, że dynamizuje obraz, to jest zamysłem starym jak świat i jak świat nieprzewidywalnym, lub jak świat przewidywalny. W filmie Richarda Quine`a puenta jest przewidywalna. Zanim dojdziemy jednak do niej, można sobie – to mówię szczerze – mniej więcej w środku filmu ziewnąć, a na końcu… A na końcu orzeźwić się, biegnąc wraz z bohaterami filmu i scenariusza zarazem między efektownie rozstawionymi fontannami tak, by leciutki deszczyk skrapiał niewinnie umykające postaci.
Ale jeśli mimo wszystko nie zaciekawi Was treść filmu i talenty artystów minionej epoki, to choć poczekajcie na chłodniutkie kropelki, których ostatnio w te upalne dni, wyczekujemy jak kania dżdżu.
  

                                                                                              Małgorzata Ciupińska


środa, 29 lipca 2015

Recenzje filmowe - Automata (18)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15), Chce się żyć (16), Weekend (17)

Dziś:
Automata – Hiszpania, Kanada, USA, Bułgaria; 2014
reż. Gabe Ibáñez
wyst. Antonio Banderas, Andy Nyman, Melanie Griffith, Robert Forster, Brigitte Hjort Sørensen

Maska homoidalna

Kiedy wraz z początkiem cyklu rozpoczynającego publikację recenzji filmowych informowałam, że raczej nie będę pisać o filmach SF, to dobrze się stało, że wprowadziłam do swej wypowiedzi słówko „raczej”, bo oto teraz o filmie z tego gatunku mogę śmiało napisać. Tak, obejrzałam film science fiction i jestem z tego zadowolona. Oczywiście nie tyle z samego filmowego przesłania, z którego zieje samozagładą, ale z uwagi na całą resztę. Obraz „Automata” był wart pochwały, a przygotowana na hipotetyczny zarzut, że przedstawiona tematyka jest oklepana, odpowiadam stwierdzeniem: od tysięcy lat ludzkość żyje - ależ to oklepany temat!
Muzyka oszczędna, ale podkreślająca pesymizm filmu, ponure, wyzute z estetyki otoczenie, smętne mieszkania, laboratoria, w których zderza się nieprzewidywalna przyszłość ze starą, pordzewiałą przeszłością. Krajobrazy? W tej kwestii film nawiązuje do „Mad Maxa” i „Łowcy androidów”, gdyż miasta są brudne, pełne niewyniesionych koszy na śmieci i biedaków koczujących w gettach. Problem nie nowatorski, gdyż uwidacznia motyw alienacji, czyli wymknięcia się spod ludzkiej kontroli zdobyczy cywilizacji, a od tego już tylko krok do obrócenia się przyszłości przeciwko jej twórcom. Świat przedobrzył? Raczej.
Ludzie nie tyle żyją, co egzystują, bo już się do tego przyzwyczaili, bo tak im wyszło. Najlepiej to uwidacznia Jacq Vaucan (Antonio Banderas), czyli agent ubezpieczeniowy, który prowadzi rutynowe dochodzenie w sprawie manipulowania przy jednym z robotów, co jest w tym świecie na wskroś zautomatyzowanym praktyką niepożądaną. Ingerencja i samoingerencja jest dowodem na złamanie jednego z dwóch obowiązujących protokołów ochronnych: jeden z nich obejmuje nakaz ochrony życia ludzkiego, drugi zakaz automodyfikacji robotów. Scenariusz filmu jest całkiem dobry, mają tu miejsce trafne konkluzje wysuwane nie tyle przez ludzi co… roboty oraz pełne zuchwałej pychy ludzkie stereotypy. Roboty, emocjonalnie wyważone, z imponującym spokojem, ale i determinacją podkreślają: „Jeśli my jesteśmy maszynami, to wy jesteście małpami”.
Niskobudżetowy obraz, którego producentem - obok zagrania roli Vaucana – jest również Banderas, pokazał, że Hiszpan postawił na całkiem dobrego konia. Złośliwi twierdzą, że rolę odtwarzaną przez Melanie Griffith dość szybko „uśmiercił”, nie dając jej się rozwinąć, bo pewnie przeżywał boleśnie niedawny rozwód z aktorką i pozwolił sobie na właśnie taką formę zemsty. Ja jestem jednak ponad to i dlatego w tym filmie oceniłam grę Antonia bardzo wysoko; grał niezwykle naturalnie, oszczędnie, desperacko i szczerze. Dla mnie - od pewnego czasu - aktor ten stał się drugim Harrisonem Fordem, który nigdy nie marnuje swego talentu na tandetę. Owszem, może w którymś momencie zabrakło filmowi impetu, ale początek był świetny i końcówka również, a to oznacza, że dwie trzecie filmu wyszło obronną ręką.
Skostniałe sumienia ludzkie w zderzeniu z uczuciowością robotów (tak, „uczuciowością”, nie ma tu żadnego słownego lapsusu) – to duża gratka na ekranie. Czy nam, ludziom, nie wstyd, że mimo tego, czym szpikujemy świat od tysiącleci, czyli buty i zakłamania, egoizmu i filozofii wymierzonej tylko do końca tygodnia, bo przecież po nas choćby i potop, maszyny, którym daliśmy początek, potrafiły wyzwolić się z naszego pseudo humanitarnego uścisku?
Dlatego pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy, wolną rękę w kwestii oceny robotów, tego, jak postępowały i do czego dążyły. A jest nad czym się zastanawiać, nad troskliwością, jaką otoczyły rannego Vaucana transportowanego przez pustynię; nad czułością i delikatnością, z jaką mechaniczna ręka robotki (bo to była „dziewczyna”) dotykała policzka ludzkiego niemowlaka; nad szlachetną postawą robotów w zderzeniu z ludzkim cynizmem. Tylko Vaucan ich rozumie, ale on jest podobno „zdrajcą”. Tylko on żegna się z robotami, bo one ostatecznie odchodzą. Fascynacja człowiekiem była tylko chwilowa i szybko przeminęła. W jednej z ostatnich scen filmu robotka zdejmuje z twarzy homoidalną maskę, która czyniła z niej dziewczynę o wyglądzie miłej lalki z niebieską czupryną syntetycznych włosów i rzuca ją w piach na znak symbolicznego zerwania wszelkich kontaktów z rodzajem ludzkim. Robotka ma teraz twarz uzbrojoną tylko w foremne otwory, kabelki, śrubki i przewody. Straciła atrakcyjność zewnętrzną na korzyść atrakcyjności wewnętrznej. Takiego dokonała wyboru. Wierzę, że świadomego.
Mam wrażenie, że reżyser zadaje nam jedno zasadnicze pytanie: czyżbyśmy jako ludzkość wynieśli tak zawstydzająco mało z własnych doświadczeń?

                                                                                              Małgorzata Ciupińska

środa, 15 lipca 2015

Recenzje filmowe - Weekend (17)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15), Chce się żyć (16)

Dziś:
Weekend – Polska; 2011
reż. Cezary Pazura
wyst. Paweł Małaszyński, Michał Lewandowski, Jan Frycz, Antoni Królikowski, Małgorzata Socha, Olaf Lubaszenko

O co tyle hałasu!

Nie rozumiem! Psy i koty wieszają na Cezarym, a Cezary Pazura zrobił zupełnie fajny film. Wyrażenie „fajny” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo film był pastiszową komedią, zrobioną z następującego miszmaszu: Matrixa, Desperado, Pulp Fiction, Kill Billa. Dlatego ta komedia nie miała być bardzo dobra (mogła, ale nie była), nie miała być dobra (momentami była), natomiast miała być po prostu fajna (i była). Moim skromnym zdaniem, a nie silę się przy tym na oryginalność, jak co niektórzy - z łaski pracodawcy - krytycy, którzy wręcz muszą krytykować, bo nie mogliby sobie potem spojrzeć w oczy, uznaję pracę Pazury (faktycznie trochę trudno mi tutaj użyć słowa „dzieło” Pazury) za całkiem udaną. I nie będę krytykować reżysera tylko dlatego, że już najwyższy czas, by go skrytykować, bo zaczęło się robić nudno. Ma facet talent komediowy, to niech nim szafuje. Ktoś zazdrości? No, dobrze, to tyle, jeśli chodzi o moją reakcję na negatywne opinie o filmie pana Cezarego. Uff, chyba wykonałam kawał dobrej roboty.
A teraz do dzieła. Oczywiście „Weekend” nie błyszczy blaskiem diamentu. Ale po co miałby błyszczeć? Miał bawić, przecinek śmieszyć, przecinek lekko prześmiewać, a także przejaskrawiać znane z innych obrazów filmowych sceny, teksty, zachowania, intrygi i to robił, parodiując może nie zawsze nad wyraz celnie, ale przeważnie tak. I tyle. Owszem, mnie też raziła niezwykła częstotliwość występowania tu brzydkich słów, niesmacznych i erotomańskich dowcipów, ale wiedząc, że pastisz polega na eksponowaniu w dwójnasób tego, o czym ma opowiadać, pogodziłam się łatwo z tym faktem.
Nie mogę się też zgodzić z opinią szanownych panów krytyków, którzy twierdzą, że film nie ma fabuły, a jeśli ją już ma (zdecydujcie się, panowie: ma fabułę czy jej nie ma) to nielogiczną. „Weekend” ma fabułę, ma także zwroty akcji, ma też dowcip całkiem stylowy i dystyngowany, np. „Nigdy pana tutaj nie widziałem. Och, to pewnie dlatego, że jestem tu po raz pierwszy”. Czyż to nie urocza wymiana zdań? I taka inteligentna. A jak doskonały jest na ekranie Jan Frycz, który dwoi się i troi, by zrobić prawdziwego glinę z ciamajdy Królikowskiego Antosia. Cymes. Małaszyński nie śmieszy? Bo on akurat ma nie śmieszyć - to taki polski Banderas lub Reeves, który w tym miszmaszu musi zachować sparodiowaną powagę, a to trudna sztuka. Uważam, że mu się ta sztuka udała. A jakiż był w części melodramatycznej filmu romantycznie niezdarny! Rarytasik.  
Muzyka dobra, choć najbardziej dopasowana była swą czarnoskórą balladowością w momencie, gdy przekraczaliśmy próg lokalu dla gejów. A naczelny gej tego filmu, czyli Tomasz Tyndyk, to jakby był w tej skórze od urodzenia, choć przecież później okazało się… Wiem, wiem, że te trzy kropki stawiam nie dla szanownych panów krytyków, bo oni zbrukaliby się, sięgając do tego filmu, ale dla innych, nie naznaczonych obywateli może tak. A Łódź, a Wrocław? Jak te miasta się starały, by wyścigi samochodowe i rozwalanki były wiarygodne! Owszem, były tylko na pół gwizdka, no bo w końcu to nie była hollywoodzka tylko polska „misja niemożliwa”. Nepotyzm u Pazury, bo Cezary zatrudnił Radosława? No, to chyba normalne, szczególnie w czasach, gdy generalnie ciężko o pracę. Wiem coś na ten temat, bo sama nie mam rodzeństwa i… pracy też. Pazura zatrudnił również kabareciarzy z kabaretu „Ani mru, mru”. Ci akurat mogli dać z siebie więcej, ale w końcu film to nie skecz i pewnie kabareciarze to wyczuli. A zakończenie filmu? Walizka z narkotykami, wręcz jak gorący ziemniak, przeskakiwała z rąk jednej mafii do drugiej. To wszystko mało?
Jeśli, panowie krytycy, nie polubiliście tego filmu, bo nie zrozumieliście prościutkiej intrygi, to może ja jeszcze raz wszystko od początku wytłumaczę?
     

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska

piątek, 10 lipca 2015

"Akademia Dobra i Zła" - Soman Chainani

Przez całe dzieciństwo nie zdarzyło mi się postrzegać baśni jako brutalnych. Może dlatego że wychowałam się na disneyowskich adaptacjach, które zawsze wszystko łagodzą? Nie znałam wtedy oryginalnych braci Grimm, a Charles Perault też uraczył mnie historiami niezbyt mrocznymi. Owszem, w baśniach jest i dobro i zło, ale wydawało mi się ono zawsze takie jednoznaczne. "Akademia Dobra i Zła" pokazała mi, że patrzę na baśnie z nieodpowiedniej perspektywy. Bo opowiadają one tylko o Dobru i z punktu widzenia Dobra. A o tym, co czuje Zło, nie mówi nikt.

Agata i Sofia to przyjaciółki. Tak przynajmniej obie twierdzą, choć już na początku widzimy wycofaną dziewczynkę i drugą - bardzo w sobie zadufaną i próżną. Zbliża się jednak dzień, w którym Dyrektor Akademii ma porwać dwójkę dzieci do swojej szkoły, by mogły powstać baśnie z nimi w rolach głównych. Sofia uważa oczywiście, że jej przeznaczeniem jest bycie księżniczką i trafi do szkoły Dobra, a mroczna Agata doskonale nadaje się do Zła. I gdy rodzice wszystkich dzieci robią, co mogą, by udaremnić porwanie ich pociech, Sofia dąży do tego, by ułatwić Dyrektorowi zadanie, a sfrustrowana zachowaniem przyjaciółki Agata stara się ją przed tym uratować. Ostatecznie obie zostają zabrane - Agata zostaje porzucona w Akademii Dobra, a Sofia w Akademii Zła. Zaraz, czy coś im się nie pomieszało?

Na początek powiem, że książka mi się podobała, była bardzo wciągająca i z naprawdę interesującej perspektywy pokazała baśnie i ich bohaterów. Niemniej autor miał najwyraźniej poważne problemy z odróżnianiem Dobra od Zła i pokazał (wydaje się, że trochę wbrew własnej woli), że świat tak naprawdę nie jest czarno-biały. Może i Sofia była tak bardzo zapatrzona w siebie, że była ostatecznie Zła - z tym się zgodzę - ale w Agacie nie zobaczyłam aż tyle bezwarunkowego Dobra. Ona była zwyczajnie zapatrzona w swoją przyjaciółkę, ale poza tym była całkowicie normalną, ni to dobrą ni złą dziewczynką. Zresztą w szkole Dobra każdy był w zasadzie taki jak Sofia, więc doskonale się tam nadawała. W każdym razie ten dobry-zły wątek (czyli niemal główny w powieści) leży. Bo wynika z niego, że podziały są przypadkowe i prawdziwe Zło jest tylko jedno (ale o tym poczytajcie sobie w książce).

Styl pisania jest dość baśniowy. Lekko naiwny, prosty. Jedynym, co odróżnia go od klasycznej baśni, jest wejście w głowę i przemyślenia bohaterek, ale poza tym autor (tłumaczka?) dobrze się spisał. Momentami było językowo trochę niezgrabnie, marszczyłam brwi, zastanawiając się, o co tu chodzi i czy nie można ująć tego lepiej, ale ogólnie nie było tak znowu źle.

Nie wiem, czy to dobra, czy zła książka. Pomysł na fabułę był momentami wręcz wybitny, ale znajdowało się tam tyle potknięć, nieścisłości i próby wybrnięcia na siłę z pewnych sytuacji, że cieszyłam się z końca. Nie na długo, bo okazało się, że wyszła kolejna część. A ja już myślałam, że to będzie na tyle, jednak czeka mnie "Świat bez książąt". Przeczytam, bo jestem ciekawska - tylko dlatego.

środa, 8 lipca 2015

Recenzje filmowe - Chce się żyć (16)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15)

Dziś:
Chce się żyć – Polska; 2013
reż. Maciej Pieprzyca
wyst. Dawid Ogrodnik, Dorota Kolak, Arkadiusz Jakubik, Anna Nehrebecka

Chce się żyć. Czasami

Ktoś słusznie zauważył, że gdyby Maciej Pieprzyca („Drzazgi”) zrobił swój film w USA, to Dawid Ogrodnik za rolę pierwszoplanową dostałby Oscara. Dokładnie tak, jak za rolę pierwszoplanową otrzymał 25 lat temu Daniel Day-Lewis za „Moją lewą stopę” Jima Sheridana. Ogrodnik zagrał brawurowo, oddając myśli, serce, emocje i działanie swej postaci filmowej, czyli chłopakowi z rozległym porażeniem mózgowym, który podjął walkę ze światem po to, by przekonać otoczenie, że tylko ciało ma chore, natomiast intelektualnie jest sprawnym, dużo wiedzącym, dowcipnym młodzieńcem. Bo Mateusz potrafi myśleć, analizować, ma poczucie humoru i za radą ojca (Arkadiusz Jakubik jest rozczulający, co nie znaczy zniewieściały, w roli taty Mateusza) chce, i w końcu pokazuje, że umie walczyć o swoje. Na początku filmu ojciec chłopca przekonuje go, że jak mężczyzna jest zły, to powinien uderzyć w stół na znak dezaprobaty. Moment ten zostaje na koniec spektaklu sparafrazowany już przez dorosłego Mateusza, kiedy to na znak protestu chłopak niesprawną ręką również uderza w stół, przy którym debatują i decydują o jego losie tak zwani „znawcy tematu”. Uderza w stół i… osiąga cel.  
Ale ten moment to za mało. To za mało, by filmowi, poniekąd świetnemu, niepretensjonalnemu, nie ckliwemu, choć z kilkoma mało przemyślanymi scenami, nadać tytuł „Chce się żyć”. Właśnie tytuł filmowej inscenizacji jest chyba najsłabszą stroną obrazu Pieprzycy. Nie wiem, czy na pewno chce się żyć (a przynajmniej nie tak ochoczo i optymistycznie, jak życzy sobie tego reżyser), jeśli życie ludzi chorych, niepełnosprawnych, egzystujących w paradoksie polegającym na źle postawionej diagnozie lekarskiej, a później w związku z tym w źle dopasowanych schematach, ostatecznie jest skazane na niepowodzenie (w najlepszym razie na dyskomfort społeczny, kulturowy, medyczny). Ja wiem, że w życiu nic nie jest pewne, ale za to wszystko jest możliwe, więc mógł się zdarzyć i cud też. W przypadku Mateusza cudem było spotkanie na swej drodze pani doktor (Anna Nehrebecka), która zauważyła „to coś” w Mateuszu, co pozwoliło nawiązać z nim kontakt i wydostać go z niebytu. Ale - o pseudohumanitarne społeczeństwo! - czy coś się na tę okoliczność zmieniło w waszym zbiorowym myśleniu i w sposobie wyznaczania społecznych ról osobom niepełnosprawnym?
Film jest podzielony na etiudy rozdzielające etapy rozwoju fizycznego głównego bohatera, a ich początki są pięknie zaznaczane delikatną muzyką Bartosza Chajdeckiego, który swe kompozytorskie mistrzostwo pokazał już wcześniej m.in. w „Bogach” i w „Czasie honoru”. Ale to chyba nic dziwnego, skoro w młodości kompozytor inspirował się głównie muzyką Zbigniewa Preisnera. Reasumując, film ten należy zobaczyć z powodów, o których była mowa wyżej, mimo wysnutej, a wątpliwej tezy, że chce się żyć na przekór wszystkiemu oraz na przekór fatalnej dykcji Marka Kality (a przecież w pantomimie też można się realizować). Obraz jest więc raczej optymistyczny, choć wiadomo, że cuda nie zdarzają się często i jeszcze wielu Mateuszy przepadnie w społeczno-kulturowo-medycznym chaosie, zanim jakiemuś jednemu uda się przekonać, że ma nam sporo do powiedzenia.  
  Film otrzymał wiele nagród, m.in. w 2014 r Orły za: najlepszą główną rolę męską (Dawid Ogrodnik), najlepszą drugoplanową rolę męską (Arkadiusz Jakubik), najlepszą drugoplanową rolę kobiecą (Anna Nehrebecka), najlepszy scenariusz (Maciej Pieprzyca).
  

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska