środa, 18 kwietnia 2012

30 dni z książkami. Dzień 4.

Dzień 4 - książka, która przypomina mi o domu.

Tutaj powinnam zacząć od tego, że ja nie posiadam jakiegoś konkretnego ujęcia domu. Są miejsca, do których lubię wracać i kojarzą mi się z pewnymi momentami w życiu, jeśli jednak miałabym podać miejsce, które uważam za dom (w sensie sentymentu, uczuć rodzinnych i jakiejś przynależności), nie potrafiłabym go podać. Dla mnie dom to nawet nie ludzie. Dom, to pojęcie abstrakcyjne, którego zwykle używam wysiadając na dworcu w Warszawie lub Krakowie. Dom to tylko pewne skojarzenia. Moim domem jest Kraków jako całość i nie potrafię go porzucić. I chyba na tym moje domy się kończą...

Istnieje jednak książka, która to pojęcie wynosi na jeszcze bardziej absurdalny poziom. Ona sprawia, że mój dom to lasy, wieś w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc (dosłownie), rośliny, pola. I wszelakie ustrojstwa, jakie można między tym znaleźć. Przychodzą mi na myśl pewne domopodobne uczucia, które tak naprawdę nie zaistniały, jednak ta mała wieś na Podlasiu jest miejscem, gdzie zawsze jestem sama ze sobą i nie narusza tego nic, ponieważ nikt nie potrafi przebić się przez moją skorupę, gdy ja wędruję po polach, jeżdżę dziesięć kilometrów na rowerze do miasteczka, bo skończyła mi się czekolada. Doprowadzam siebie do rozstroju. Jednak wracając do książki, powinnam się podzielić jej tytułem. "Czary i czarty polskie oraz Wypisy czarnoksięskie i Czarna msza" Juliana Tuwima. To książka o naszej polskiej magii i przesądach. Cudo, które sprawia, że o północy mam ochotę iść do lasu, upolować tam jakąś ropuchę czy latawca i użyć do tego, do czego książka zaleca (latawców używać nie zaleca wcale). Czuję w niej powiew nieskażonego cywilizacją powietrza, słońce na skórze i zapach trawy oraz truskawek prosto z pola. Także szum zboża, pola kukurydzy i aromat świeżych grzybów. Szczekanie psów i zrywanie roślin. Także te mniej przyjemne wiejskie zapachy. Słyszę rusycyzmy, niektóre zwroty ze staropolskiego i inne frustrujące słowa. Ale gdy jestem sama, otacza mnie właśnie ta sama magia co w tej książce. I nic mnie nie obchodzi. Mogę położyć się na środku pola, w sianie, usiąść na rozpadającej się huśtawce lub balkonie bez balustrady i patrzeć w przestrzeń. Wtedy jestem tylko ja i natura.

Czy to jest dom? Nie wiem. Po tygodniu mam ochotę uciekać stamtąd gdzie pieprz rośnie i nie przechodzi mi to wcześniej niż po ośmiu miesiącach. Wtedy nachodzą mnie myśli, że może by wrócić... ale odwleka się to zawsze w czasie. I nie żałuję, że się tam nie ruszam. Dlatego uważam, że to nie dom. To po prostu projekcja wspomnień i spokoju oraz czasu, gdy oprócz mnie nie ma nikogo i nikt inny się nie liczy. Jestem sama dla siebie. Wtedy też jest większa szansa, że magia sama do mnie przyjdzie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz