czwartek, 23 września 2010

"Tysiąc drzewek pomarańczowych" - Kathryn Harrison


Czasem wydaje mi się, że historię najlepiej poznaję poprzez powieści, których akcja umieszczona jest w przeszłości i dotyczą osób, które istniały w tamtych czasach. Kathryn Harrison udowodniła mi, że to nie zawsze jest dobry sposób.

"Tysiąc drzewek pomarańczowych" opowiada o wydarzeniach, które działy się w okresie panowania Króla Słońce, Ludwika XIV. Sama autorka przyznaje, że potraktowała wydarzenia historyczne (a w zasadzie okruchy tych wydarzeń, które przetrwały do czasów obecnych) dość swobodnie i nagięła fakty. Właśnie to sprawia, że opowieści nie można wierzyć pod żadnym pozorem, tylko ją poczuć.


Książka ta jest niczym baśń, gdzie występuje magia. Jednak ta jest czysta, powstała z miłości i cierpienia. Naznaczona piętnem inkwizycji, ścigana przez nią.


Marie Louise (pozostanę przy francuskim odpowiedniku imion królowej, mimo iż po przybyciu do Hiszpanii zostały one zmienione na wersję hiszpańską - Maria Luisa) i Francisca urodziły się dokładnie tego samego dnia. Czy te dwie dziewczyny, które chciały być szczęśliwe, wiedziały, jak potoczą się ich losy? Czy mogły się tego chociażby spodziewać?


Tak naprawdę niewiele je łączyło. Francisca była córką hodowcy jedwabników - Marie Louise nosiła jedwabne suknie; obie kochały swoje matki najbardziej na świecie; urodziły się tego samego dnia; matka tej pierwszej była mamką męża królowej; obie przeszły przez życie, będąc nieszczęśliwe. I umarły mniej więcej w tym samym czasie. Cóż więc skłoniło autorkę, by napisać historię, która dotyczyła ich obu? Zastanawiałam się nad tym przez całą lekturę. I właśnie wtedy popatrzyłam na tylną część okładki - przecież to takie oczywiste. Tak subtelne. Łączyło je właśnie to, że nie łączyło ich prawie nic. A i tak obie żyły w cierpieniu.


W przypadku tej powieści nie można mówić o chronologii. Narratorem jest Francisca. Opowiada o wydarzeniach tak, jakby sobie o nich w danych momentach przypominała. Łączy mgliste związki ze sobą, nie przejmując się tym, co kiedy się zdarzyło. Czasem wydaje się, jakbyśmy uczestniczyli w jej śnie. Poznajemy duchy, które wyglądają nieśmiało zza kart powieści tylko po to, by nam pokazać, że tam są, że czuwają nad pogmatwanymi uczuciami bohaterki. O niczym nie możemy wiedzieć na pewno. Ale jednak rośnie w nas przekonanie, że to ma sens.


Bo ta historia jest baśnią. Brutalną. Francisca zostaje pozbawiona swojej miłości. Marie Louise nigdy jej nie doświadcza. W obydwu rozbłyskuje iskra szaleństwa. Ale jedynie Francisca pozwala jej zamienić się w ogień. Marie Louise ją tłumi, topi w laudanum, by nie czuć, a może właśnie dlatego, by czuć.


Po raz kolejny możemy się przekonać, że życie w pałacu jest cięższe niż życie w ubogiej chacie. I po raz kolejny możemy się upewnić, że miłość nie zawsze zwycięża wszystko. Kathryn Harrison przedstawia to w niesamowity sposób. Od którego ciężko się oderwać.


Bo w chwilach bólu co nam pozostaje? Powrót do ogrodu, gdzie można tańczyć wśród drzewek pomarańczowych. Jedyna chwila, która jest naprawdę szczęśliwa i dla której czasem warto żyć.


Czy muszę mówić, że polecam? To chyba aż nazbyt oczywiste.



6 komentarzy:

  1. Kupiłam kilka tygodni temu za parę złotych. Ale na przeczytanie czeka naprawdę wiele książek i nie wiem, kiedy przyjdzie na nią pora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdzieś już czytałam o tej książce, ale teraz za cholerę sobie nie przypomnę:) Wydaje mi się strasznie przytłaczająca i pesymistyczna ta książka, ale zapisze na wszelki wypadek, skoro tak zachwalasz:p

    OdpowiedzUsuń
  3. Czeka na liście, i to raczej w jej końcu (tak wyszło, niestety), więc za kilka miesięcy może mi się uda ją przeczytać - a naprawdę bym chciała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten tytuł nie brzmi obco, a wręcz zachęcająco. Jednak jakoś książki oparte o historię mnie nie zbyt pociągają. Może dlatego, że pisałam maturę z tego przedmiotu i ślęczałam nad nim przez trzy lata ^^

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ultramaryno - każda książka musi swoje odczekać, nie widzę powodu, by ta musiała bezwarunkowo zostać przeczytana poza kolejnością ;).

    Saro - wręcz przeciwnie. Nie jest przytłaczająca ani pesymistyczna. Co prawda ostatnie 20-30 stron jest smutne, ale raczej w dobrym znaczeniu tego słowa.

    Esencjo - :).

    Ario - ja miałam rozszerzoną historię i byłam na granicy zagrożenia z niej ;). A jednak książki oparte na historii lubię. Może dlatego, że sama mogę je wybrać? ;).

    OdpowiedzUsuń
  6. Hm. Książka może ciekawa. Ale sposób przedstawienia wydarzeń (poplątanie, jakby je sobie przypominała) ani trochę mnie nie zachęca. A szkoda.

    OdpowiedzUsuń