wtorek, 21 września 2010

Tipping the Velvet - Geoffrey Sax (2002)


Gdy tylko Kolmanka mi powiedziała, że posiada film na podstawie książki "Muskając aksamit", wiedziałam, że go obejrzę. Jak widać nie zajęło mi to dużo czasu.

Osobiście uwielbiam produkcje kostiumowe BBC. Przeważnie są one bardzo zgodne z treścią książki. Dlatego spodziewałam się, że "Tipping the Velvet" również takie będzie. Oczywiście książka, która zawiera w sobie tyle szczegółów, nie może być zekranizowana idealnie. Jednak w tym wypadku scenarzysta chyba uznał, że jak wprowadzi trochę zmian, nic się nie stanie. Bo nie stało. Świat wciąż się kręci.

Z trzech części najbardziej podobała mi się pierwsza, ponieważ była najbardziej zgodna z treścią książki, zostało wyciętych parę wątków, które nie miały większego znaczenia dla fabuły (np. gdy Nancy wysyła list do swojej siostry Alice, w którym mówi jej, że ona i Kitty są kochankami, a Alice odpisuje, że to obrzydliwe i ona nie chce słuchać takich wyznań).

Najwięcej zmian jest w części trzeciej (o drugiej wspominać nie będę, bo zarówno w książce jak i filmie podobały mi się najmniej, a poza tym główny sens został zachowany) i one bywają naprawdę drażniące. Chociaż nie sądzę, by komuś, kto nie czytał książki, one przeszkadzały. Zakończenie zostało zrobione... Szkoda nawet mówić. Całkowicie zmienione. Nie jestem fanką spojlerowania, więc nie wyjaśnię na czym owe zmiany polegały.

Zbyt szybka akcja, pomijanie wątków, a nawet ich zmienianie... Definitywnie można by zrobić z tego coś lepszego. Nie spodobało mi się też jedna rzecz, ale nawet nie wiem, jak ją nazwać. To było coś takiego, co sprawiało, że czasami miałam wrażenie, jakby cały film był jedną wielką groteską, a główna bohaterka nabijała się z widza.


Ogólnie film jest dobry. Jak każda produkcja BBC. Jednak jeśli popatrzyć na niego jako na ekranizację powieści, można mieć poważne wątpliwości.

5 komentarzy:

  1. Patrz, ja mam ten film a jeszcze nie widziałam...uprzedziłaś mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moze kiedys, ale teraz nie mam z abardzo ochoty na taka produkcje:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Choć o książce słyszałam, filmu jeszcze nie widziałam ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. Ani nie czytałam, ani nie widziałam. Co do różnic między książkami a ich ekranizacjami, mam do tego wstręt. Ostatnio w telewizji leciał "Książę Kaspian" i naszykowałam się na wyłapywanie niezbyt znaczących odstępstw, a skończyło się na tym, że przerwałam oglądanie jeszcze przed połową - zepsuli mi Narnię;(.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kolmanko - ja chyba miałam większą motywację :D. Swoje zawsze odkłada się na późniejsze "później" :).

    Esencjo - ja lubię porównywać ekranizacje (nawet myślałam o zrobieniu wyzwania z ekranizacjami, ciągle gdzieś tli mi się w głowie, ale na razie się ku temu nie przybliżam) z książkami. "Księcia Kaspiana" nie oglądałam, ale kiedyś to zrobię, najpierw muszę powtórzyć sobie książkę. Zresztą zawsze się zastanawiam, co motywowało scenarzystą... ;).

    OdpowiedzUsuń