niedziela, 14 września 2014

"Nomen omen" - Marta Kisiel

Co powinna zrobić młoda kobieta, która nie może już wytrzymać z rodziną? Odpowiedź jest prosta: wynieść się z domu. Odziedziczyć pracę po koleżance sprzed lat i wprowadzić się do domu nieznajomej staruszki. Nieważne, że na miejscu okazuje się, że owa staruszka ma wyraźne rozdwojenie osobowości. Wszędzie dobrze, byle nie w domu!

Mniej więcej w ten sposób zaczyna się "Nomen omen" Marty Kisiel. Czarna komedia prosto z Wrocławia, w porywach do Breslau, Mickiewicza i lekcji łaciny. W końcu nie ma straszniejszej rzeczy niż nauczycielka tego wymarłego języka. No, może poza odkryciem na swojej podłodze śpiącego ciała własnego brata, który później próbuje cię utopić w Odrze. A potem okazuje się, że staruszka z rozdwojeniem osobowości to tak naprawdę dwie staruszki... Do tego dochodzą blondynki z warkoczami, studenci filologii i diabelstwa rodem z bliżej nieokreślonego miejsca. Mówiąc krótko: już od pierwszej strony tej książki nie sposób się nudzić.

Marta Kisiel pisze gęsto. Jej język jest z lekka wymyślny, ale brakuje zbędnych opisów i trzyma w napięciu. Jego celem jest utrzymywanie stałego poziomu wewnętrznego chichotu, który wyrywa się na powierzchnię w odpowiednich momentach, atakując wszystkich dookoła dziwnym śmiechem. To nie jest poważna książka i nawet nie próbuje do miana takowej pretendować. Ona zwyczajnie ma bawić i zaskakiwać. Udaje jej się to. Głupie teksty i pomysły są wręcz genialne w swoim absurdzie. Niestety "Nomen omen" kiedyś się kończy. Konkretnie w momencie, w którym traktuje się bohaterów lepiej niż własną rodzinę i nie chciałoby się z nimi rozstawać. A już szczególnie po obejrzeniu wszystkich (nielicznych) ilustracji zdobiących tę pozycję.

Reasumując: świetna czarna komedia. Koniecznie trzeba po nią sięgnąć, by umrzeć ze śmiechu.

1 komentarz: