wtorek, 17 czerwca 2014

"Czysty obłęd" - Mark Lamprell



Chyba mało kto tworzy literaturę dla i o klasie średniej. Taka właśnie naszła mnie refleksja po lekturze „Czystego obłędu”. Dokładniej chodzi mi o to, że autorzy albo piszą o skrajnej nędzy i nieudolnym wiązaniu końca z końcem, albo o bogaczach i high life. Gdy próbują pisać o klasie średniej, schodzą z bogaczy do nędzy, albo z nędzy do bogactwa. Rzadko kiedy można spotkać stan pośredni. Normalnych ludzi, w normalnym świecie, z normalnymi problemami finansowymi w rodzaju kredyt za dom, czesne za szkołę i nagłe obniżenie sytuacji finansowej, która i tak była na styk. 

„Czysty obłęd” to właśnie historia normalnej, nieprzerysowanej rodziny. Gdy się ją czyta, ma się wrażenie, że się to zna. Wystarczy jeden punkt, w którym coś się psuje, a za nim spadają niczym lawina kolejne. Zatem nasz bohater wpada pod samochód, a następnie pojawiają się inne problemy – córka pobiła się z koleżanką i wpływowa rodzina tej dziewczyny nasyła na nich obłąkanego policjanta, poza zaliczką za książkę więcej pieniędzy nie będzie, więc trzeba poszukać pracy, ale stare stanowisko zostało zajęte. Córka chce przenieść się do innej szkoły, ale ta druga dziewczyna robi to samo i jej rodzina mąci, by tylko utrudnić innym życie. U syna na biurku znajduje się piórnik z narkotykami. A potem przychodzi rachunek od prawnika. Do tego depresja i psychoterapia. Wszystko wskazuje na to, że wszechświat się uwziął. Trzeba sprzedać dom, żeby móc jakoś żyć.

Z mojego własnego życia znam ten potencjał katastrof, może dlatego ta książka była mi bliska. Co prawda jej układ (przez dłuższy czas nie mogłam się zorientować, czy opowiadana jest historia sprzed czy po wypadku) sprawiał mi na początku kłopoty, a sposób narracji (druga osoba liczby pojedynczej, czas teraźniejszy) mnie zaskoczył i chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do niego. „Czysty obłęd” naprawdę mi się spodobał. Poprzez swój realizm i duży ładunek miłości, jaka w nim była. I to nie słodkich romansów, a takiej normalnej, życiowej… 

Jedyne, czego mi tu brakuje, to znajomość „Greka Zorby”, który towarzyszył mi przez całą lekturę jako ulubiona książka Michaela – naszego bohatera. Może wprowadziłaby coś do mojej interpretacji i odbioru tej książki? Może. Ale i bez tego uważam ją za godną uwagi. Pozwoliła mi się wyrwać z tego fantastycznego i kolorowego marazmu konsumpcyjno-utopijnej literatury, bądź tragedii tego świata. Przecież i tak nasze prywatne katastrofy są gorsze i ważniejsze niż dzieci umierające gdzieś na końcu świata. I ta książka właśnie o tym poniekąd mówi. Gdy wali się nasz świat, dobrobyt reszty nie ma większego znaczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz