niedziela, 13 lutego 2011

"Plan Sary" - Paweł Jaszczuk

Trzeba być mną, żeby dojść do 98 strony i dopiero tam się zorientować (zupełnie bez powodu, bo na tej stronie w zasadzie nie ma stosownej informacji), że Lwów wcale nie jest stolicą Litwy (jak myślałam, odkąd dostałam tę książkę) i, co więcej, że ja w nim przecież byłam! A na Litwę mnie jeszcze nie wywiało. Cały problem może polegał na tym, że Lwów kojarzę wyłącznie z kasztanami, a nie morderstwami czy fontannami...

Mamy intrygujący kryminał. Intrygujący, bo... powodem dla morderstw były ćwiczenia przeprowadzone ze studentami prawa, w czasie których tytułowa Sara przedstawia - również tytułowy - plan morderstwa. Jakiś czas  później zostaje popełniona pierwsza zbrodnia zgodnie z wymyślonym przez dziewczynę scenariuszem. Nad Lwowem zawisa czarna chmura (dosłownie i w przenośni) - nad całą Europą wisi widmo wojny, a w samym mieście giną studenci Sterna - dziennikarza kryminalnego.

Tyle ogólnie o fabule. I chociaż cała akcja skupia się na zbrodniach, to w rzeczywistości czytałam tę książkę jako powieść, a nie kryminał. Zupełnie mnie nie poruszyły morderstwa, nie polubiłam nikogo. Zagadki co prawda całkiem do końca nie rozwiązałam (uwzięłam się na jedną z bohaterek nawet w momencie, gdy miałam 100% pewności, że ona morderczynią nie jest). Przyglądałam się postaciom i ich zachowaniom, które uważałam za głupie i zupełnie ich nie rozumiałam. Jedynie dzieci Sterna miały w sobie coś prawdziwego. Żadnego udawania. Żony Sterna ani jego samego nie byłam w stanie polubić. Panna Wilga miała w sobie coś przyjemnego, ale też zdarzały jej się jakieś dziwne wyskoki.

Za to atmosfera książki - cudo! Większość recenzentów narzekała na to, że tak naprawdę nie czuć tutaj Lwowa, a ja się tam świetnie czułam. Co prawda może nie miasto samo w sobie (bo opisy z moimi wspomnieniami się raczej nie pokrywały), ale Jaszczuk stworzył bardzo ciekawy, lekko mroczny klimat, w którym się zatopiłam i książka sprawiła mi wiele radości.

Okładka zaś tak bardzo przypomina mi jeden z krakowskich kościołów, że aż musiałam sprawdzić, czy to aby nie on. I okazało się, że się pomyliłam, ale wrażenie jest równie silne, jak wcześniej.

"Plan Sary" jest bardzo klimatyczną książką, którą mogę polecić bez wahania. Tylko bohaterowie niesympatyczni, ale może zwalmy to na widmo wojny...

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński.


A jednak poszłam za głosem rozsądku i nie czytam teraz Fitzka. Uznałam, że muszę przeczytać książkę, którą pożyczył mi jakiś czas temu kolega, na którą zresztą nie miałam czasu. I teraz się w niej zagłębię. Jutro Walentynki! Zapewne spędzę je samotnie - z fonetyką, gramatyką, językoznawstwem bądź literaturoznawstwem. Mimo to zawsze lubiłam to "święto".

Wy lubicie Walentynki? Już pomińmy całą tę komercję, skupmy się na samym stosunku do tego dnia. Bo czy to nie miłe, gdy ludzie przynajmniej ten jeden raz w roku się kochają? :D.

3 komentarze:

  1. Ja i narzeczony nie obchodzimy tego święta. Wystarczy nam, że jesteśmy dla siebie mili i rozpieszczamy się na co dzień:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się okładka książki, a jeśli chodzi o Walentynki, to również nie obchodzę tego święta, wolę okazywać miłość cały rok. Choć oczywiście każda okazja dobra do dania prezentu :) nie pogardzę czekoladkami czy nową książką :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam w planie od jakiegoś czasu i jeśli tylko nadarzy się okazja to przeczytam ;)
    Co do walentynek to niezbyt za nimi przepadam, ale z drugiej strony zawsze miło jest dostać jakąś kartkę, kwiatka czy czekoladki (na pomysł z książką jeszcze żaden z adoratorów nie wpadł - a szkoda ^^).

    OdpowiedzUsuń