niedziela, 31 lipca 2011

"Dotknij wiatru, dotknij wody" - Amos Oz

Oz nie jest Noblistą (jeszcze). Oz nie jest Polakiem (mimo to pisze o wojennej Polsce... do czasu aż przestaje o niej pisać). Oz jest jednym z mistrzów literatury (jak głosi tytuł serii, w której została wydana ta książka - zgadzam się z tym). Oz stworzył coś, z czym musiałam walczyć (i to nie pod względem znudzenia i innych takich, ale rozgryzania treści). Oz mnie zaskakuje. Oza nie potrafię zrecenzować.

Żeby potraktować tę książkę prawidłowo, powinnam przepisać opis z okładki i dopisać do niego: Zgadzam się z tym. Bo tak naprawdę tyle zrozumiałam z tej książki. Wiem, że powinnam przeczytać ją jeszcze raz, rozważyć wszystko i poskładać w jakąś komplementarną całość. Bo ta książka naprawdę ma coś w sobie magicznego - nie wątpię, że przyczynia się do tego język autora - taki, jaki lubię, chłonę (choć to wciąż nie Capote czy Nabokov). Na okładce jest napisane - "jest poezją i muzyką. Opowieścią o miłości i samotności". Jednak ta muzyka ukrywa się w precyzyjnym matematycznym zapisie, poezja jest jedynie treścią książki stworzoną specjalnie dla tej linii melodycznej. Miłość jest pełna wyrzeczeń, zrozumienia, ale też potrzeby powrotu i spełnienia. Zaś samotność to jest dominująca część podskórna tej książki. Można ją dostrzec w każdym bohaterze, między słowami, które wypowiada, bądź są o nim samym.

Czy tutaj chodzi o nieśmiertelność? Poniekąd. Ja się doszukałam raczej tego bezkresnego uczucia, a nie nieśmiertelności pod względem materialnym czy w pamięci innych ludzi. W końcu całą książkę można rozpatrywać w kategoriach snu, który kończy się w pewnym momencie, a czytelnik się z niego budzi i nie do końca wie, o czym był, ale w głębi serca czuje, że go na swój sposób poruszył. I tak właśnie odebrałam tę książkę.

Tytuł jest bardzo adekwatny. Zrozumienie tej książki było dla mnie niczym faktyczne dotknięcie wiatru, wody. Próbowałam ich dotknąć, jak sugeruje tytuł, jednak to było tylko pozorne. Nie da się zanurzyć w nieskończoność i coś tak ulotnego. Nie jestem matematykiem i raczej już nigdy nim nie będę. Ledwie musnęłam powierzchnię wody, ale ona się pode mną ugięła. Wiatr smagał mnie w twarz, ale nie pozwolił się dotknąć. Będę jeszcze próbować, choć nie w najbliższym czasie. Mam wrażenie, że jestem za głupia na takie książki.

O klasyce literatury ciężko mówić. Nie może się nie spodobać? Ależ owszem, może. Tyle, że mi się podobało. Nieważne, że nie rozumiem. Kiedyś zrozumiem. Raczej nie polecam każdemu, kto kocha czytać, to bezcelowe. Polecam tym, którzy lubią traktować literaturę jako wyzwanie. Którzy nie zniechęcają się, gdy nie zrozumieją do końca.

Za książkę serdecznie dziękuję Domowi Wydawniczemu

Jak Wy traktujecie "wielkich pisarzy"? Walczycie o nich, czy jawnie Wam się nie podobają? Czy brak zrozumienia sprawia, że może się Wam coś nie podobać? Czy wtedy przenosicie ocenę na inną płaszczyznę, np. styl?
Będę bardzo wdzięczna za rozwianie moich wątpliwości :).

czwartek, 28 lipca 2011

"Zapomniałam, że Cię kocham" - Gabrielle Zevin

Czy można zapomnieć o tym, że się kogoś kocha? Oczywiście, w nawale wydarzeń, bądź po amnezji. I z tym drugim przypadkiem musiała się zmierzyć bohaterka nowej powieści Gabrielle Zevin, autorki "Gdzie Indziej". Głupi przewrotny los, upadek ze schodów i uderzenie w głowę. Tylko tyle potrzeba, żeby wymazać człowiekowi cztery ostatnie lata z życia - dosłownie. Bez pamięci o jakimkolwiek, choćby najdrobniejszym wydarzeniu - o tych istotnych nie wspominając. Naomi musi się uczyć siebie i otoczenia na nowo, dlatego książka jest podzielona na trzy części - "byłam", "jestem", "będę". Bo czy nie jest ciężko przyswoić sobie na nowo cztery lata życia za jednym zamachem? Zdecydowanie tak.

Gabrielle Zevin stoczyła mistrzowską walkę z kolejnym trudnym tematem - po śmieci przyszła kolej na amnezję. Muszę przyznać, że uważam ją za jedną z najważniejszych pisarek dla nastolatków z przedziału wiekowego 13-16, ponieważ pomaga się ona rozprawić z typowymi rozterkami - miłość, tęsknota, rodzina - jak i tymi mniej typowymi, acz trudnymi i spotykanymi, choć nie w literaturze młodzieżowej, a przynajmniej nie w takim wydaniu. Autorka łączy wątki poważne w kategoriach życiowych z tymi, które są najistotniejsze dla czytelników u progu dorosłości, czyli np. związki damsko-męskie (chociaż tutaj spotykamy się nie tylko z takimi, może to krok ku następnej książce o nastoletnich związkach homoseksualnych? Z pewnością byłaby to pozycja dość istotna na rynku). Robi to tak niesamowicie wciągająco, że choć książka przyszła mi dopiero wczoraj, zaczęłam ją późnym wieczorem, dokończyłam ją rano (niestety wymuszone wczesne wstanie uniemożliwiło mi przeczytanie całości za jednym zamachem).

Tym razem temat jest lżejszy, dlatego Zevin mogła popisać się poczuciem humoru, tworząc przezabawną i sympatyczną postać Willa, przyjaciela Naomi. Zdecydowanie moja ulubiona postać w całej książce. Ale nie to było w tej historii najpiękniejsze - byłam zachwycona faktem, iż Naomi... nie lubiła starej Naomi. Nic nie wyrazi moich uczuć, ponieważ to trzeba przeczytać. Autorka zwaliła mnie tym z nóg, ponieważ niesie to za sobą również inne konsekwencje.

Oprócz całkowitego zachwytu fabułą, wartościami i Willem, muszę też zaznaczyć, że "Zapomniałam, że Cię kocham" jest napisane lepiej, niż "Gdzie Indziej". Język jest bardziej płynny i nie natrafiłam na żadne drażniące elementy. Jest lekko, prosto, ale naprawdę dobrze. Lekkość zresztą charakteryzuje powieści Zevin, może dlatego są bestsellerami i mam nadzieję, że sprawiają, iż młodzież jest bardziej skłonna do refleksji. A robią to raczej na pewno.

Zdecydowanie polecam książki tej autorki. Podrzucajcie je swoim nastoletnim córkom, siostrom, kuzynkom, bratanicom i komu tylko przyjdzie wam do głowy, bo to lektury zdecydowanie wartościowe. I ja je uwielbiam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa

środa, 27 lipca 2011

"Na psa urok" - Kevin Hearne

Mam wrażenie, że świat urban fantasy czekał na "Kroniki Żelaznego Druida". A z całą pewnością byłam to ja - trochę znudzona nadmiarem wampirów i chęcią spotkania się z czymś nowym, innym, świeżym. Czyli mówiąc w skrócie - z małą ilością wampirów. Może jestem trochę złośliwa, bo uwielbiam te umarlaki, ale nie zmienia to faktu, że mnie męczą, gdy grono pisarzy eksploatuje je na dziesiątą stronę. I tutaj moje pokłony dla Kevina Hearne'a za to, że nie dość, że umieścił w książce tylko jednego wampira, to w dodatku uwziął się na zupełnie inne stworzenie, a mianowicie... człowieka.

Może nie powinnam bohatera nazywać człowiekiem, bo w końcu to druid - stoi gdzieś na granicy człowieczeństwa i magii. Jednak ten konkretny Atticus ma w sobie znacznie więcej rozsądku niż większość druidów, dlatego zdołał przeżyć ponad dwa tysiące lat. I narobić sobie wrogów, chociaż z natury unika konfrontacji. A człowiekiem przecież jest. Druidem się przecież nie rodzi.

Niezwykle spodobało mi się, że autor umieścił w książce wszelakiego rodzaju demony, wiedźmy, wampiry, druidów, bogów i tego wampira. Zrobił to świetnie - bo po co światu jedno stworzenie, które włada śmiercią? Może być ich kilka, dzięki czemu gdy uzgodnisz z jednym, że cię nie zabije, drugie może to zrobić. Magiczny świat jest równie poplątany co nasz, a może nawet bardziej. Bo kto by nie chciał za prawnika wilkołaka? Ja zdecydowanie bym chciała, szczególnie tak dobrego w swoim fachu jak Hal. I chociaż podobną mieszankę bogów spotkałam w "Amerykańskich bogach" Gaimana, to właśnie u Kevina Hearne'a spodobała mi się ona chyba bardziej, niż powinna. Tutaj nawet Maryja chadza czasem pustyniami Arizony.

Zaś Atticus jest świetny. Chyba jedyny starożytny bohater w literaturze, który rozumie, jak istotna jest pop kultura dla dalszego trwania i nie zwracania na siebie zbyt dużej uwagi. Wtapia się on w czasy, w których żyje, dlatego na przemian rzuca cytatami z Szekspira, bądź "Kill Billa". Niezłą rozrywką jest wyszukiwanie wszystkich tych tekstów, co sprawia, że poczułam do bohatera jeszcze większą sympatię. Jest naprawdę wybitny. Popełnia drobne błędy, ale radzi sobie ze wszystkim, mimo że tak naprawdę wszyscy chcą go zabić i nie wiadomo, kto jest z nim, a kto przeciwko niemu.

Jednak za najgenialniejszą postać w książce uważam Oberona - jego psa. Jest naprawdę zabawy i dobrze stworzony. Zaś miłym dodatkiem do wszystkiego są polskie wiedźmy. Tak, polskie. Muszę przyznać, że autor postarał się o barwność - zdecydowanie nie nazwałabym tej książki nijaką. Jest dość zabawna, chociaż czasem są momenty, przy których spadłabym z krzesła, gdybym nie leżała w łóżku i wtedy jest wybitnie śmieszna. Jeden z takich był pod koniec i zdecydowanie mi się to podobało.

Dla miłośników magii - nawet tych znużonych jej nadmiarem w literaturze - na pewno będzie to pozycja ciekawa, nietuzinkowa. Bardzo się cieszę, że ostatnio mam szczęście trafiać na takie książki. W Atticusie jestem zadurzona, chociaż - co mnie osobiście bardzo dziwi - jedynie pod względem kreacji, ale nie romantycznym, mimo że mam taką słabostkę, jaką jest kochanie się w bohaterach literackich. Zdecydowanie polecam tę książkę! Nawet w tak ponurej, pozaokiennej, deszczowej scenerii daje życiu sporo radości.

Dodatkowo muszę powiedzieć, że uwielbiam tak żartobliwie stworzone opisy autorów. Kevin Hearne stoi w tym przypadku na szczycie obok Gail Carriger. Jeśli nie śmieję się przy książkach, to z całą pewnością ubawią mnie właśnie te krótkie notki na okładce.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Domowi Wydawniczemu

niedziela, 24 lipca 2011

"Lustro czasu" - Anna Piega

Tak się składa, że rzadko sięgam po literaturę polską - jeśli już to robię, zazwyczaj jest to fantastyka, książki podróżnicze, bądź inne, ale mające niewiele wspólnego z literaturą kobiecą. Jednak tym razem zdecydowałam, że tę książkę w jakiś pokrętny, niepewny sposób bardzo chcę przeczytać.

To zabawne, ale ta książka wciągnęła mnie faktycznie od pierwszej strony. Najpierw smakowałam styl autorki, a później jego zmianę, gdy wyszłam poza obręb listu. I w ten sposób poznałam Darię Sulima wraz z warszawskim światem muzyki. Ale nie pobyłam długo w Warszawie. Wkrótce wraz z Darią przeniosłyśmy się do mojego kochanego Krakowa, po którym oprowadzała mnie z wdziękiem, a ja mogłam jej pokazać język i powiedzieć: Ja to znam, a twój dom? Ha, jego też znam, mieszkałam na Focha przez trzy lata, moja droga... Tak, to było piękne.

Jednak w książce nie chodzi o wycieczki po Krakowie. Sytuacja jest bardziej skomplikowana. Dotyczy kłótni sprzed sześciu lat między Darią a jej ojcem, która zaowocowała zerwaniem kontaktów. Jedynym łącznikiem Darii z domem jest jej matka. Dziewczyna walczy o swoje marzenia, o muzykę, a matka walczy o pojednanie. I przypadkiem okazuje się, że jest coś, przeciwko czemu dwie skłócone, choć kochające się osoby będą musiały zawrzeć szeregi.

Nie spotkałam się wcześniej z Anną Piegą ani jej twórczością. Muszę powiedzieć, że zaczarowała mnie swoją opowieścią - klimatyczną, nie przesłodzoną. Taką, jak lubię. Jest troszkę pokręcona (choć z tym pokręceniem Fitzkowi do pięt nie dorasta, ale póki co nie znalazłam nikogo, kto faktycznie by dorastał), mieszają się słowa i postacie, aż w pewnym momencie się okazuje, że trzeba nad nimi zapanować. Mi się udało, mimo mojego nałogowego pomijania nazwisk bohaterów, którzy nie pojawili się co najmniej pięć razy w danej książce. Tajemnice, smutek... bardzo spodobały mi się te opisy. Wszystko było niezwykle dokładnie opisane pod względem emocjonalnym. Bardzo łatwo wyobrazić sobie miejsca i postacie (chociaż nie powiem, okładka mnie zmyliła i zrobiłam w swojej głowie z Darii brunetkę, ale i tak uważam okładkę za cudowną). Uwielbiam kreację bohaterów, dystans i zmiany. Książka zdecydowanie mi się podobała i miałam poważne problemy z oderwaniem się od niej ("Jeszcze jedna strona... cholera, okay, jeszcze pięć!"), gdy już musiałam. Jedyną rzeczą, która czasami i się nie podobała, był język. W niektórych momentach autorka zbaczała z "obranego" stylu i zaczynała pisać trochę inaczej. Wtedy się wybijałam z rytmu. Na szczęście nie spotykało mnie to często.

Gorąco polecam tę książkę. Naprawdę mnie urzekła. Jest taka kompletna, nie płaska. Dobra i polska.

Dziękuję wydawnictwu

piątek, 22 lipca 2011

"Dziedziczka Cieni" - Anne Bishop

Recenzja tomu pierwszego.

Po nie do końca entuzjastycznym podejściu do "Córki Krwawych", postanowiłam przeczytać "Dziedziczkę Cieni" - drugi tom Trylogii Czarnych Kamieni. Tym razem zrobiłam to z pełną świadomością, co mnie czeka. I może to wystarczyło, by zmienić moje odczucia? Nie wiem. Raczej nie. Po prostu uważam, że drugi tom jest o wiele lepszy od pierwszego.

Gdy przegryzłam się przez świat wykreowany przez Anne Bishop i pojęłam sposób, w jaki on działa, wszystko stało się lepsze. Chociaż zdaje mi się, że to raczej zależy od tego, w jakim stopniu mnie wkurza główna bohaterka. Jeanelle wywoływała we mnie chęć mordu w "Córce", ale po wielu tragicznych wydarzeniach, jakie się zdarzyły pod koniec pierwszego tomu, autorka przyspieszyła akcję o dwa lata, gdy Jeanelle dorosła, spoważniała i przestała działać mi na nerwy. Nawet ją... polubiłam. Nie wierzę, że to napisałam, ale to prawda.

Saetan nie wzbudzał we mnie zachwytu, ale teraz go uwielbiam. Przestał być takim sflaczałym, rozciapcianym, zakochanym w córeczce swojej duszy tatusiem, ale wreszcie stał się konkretnym ojcem. Szkoda tylko, że nie dla wszystkich swoich dzieci... Daemona było tak mało, że wręcz ubolewałam. Chociaż muszę przyznać, że na ostatniej stronie zaczęłam coś na niego pokrzykiwać, co sprawia, że książka jest lepsza - wczułam się. Surreal przestałam darzyć tak silną sympatią, bo było jej mniej i zrównoważył to brak niechęci do Jeanelle. Przestałam jej nawet kibicować. Zauroczyłam się Lucivarem. Ale on jest jak tresowany piesek, co sprawia, że mam do niego podobny stosunek, jak do wszystkich mężczyzn w pierwszym tomie, chociaż on ma swój urok osobisty. Dzięki temu mam do niego cieplejsze uczucia.

Zaś fabuła się rozkręca. Oczywiście idzie równie powoli jak wcześniej, ale tutaj nie jest nudno. Łatwiej połapać się w Kamieniach i hierarchii, stosunkach między ludźmi, polityce. Jest ciekawie, mroczno. Wreszcie poczułam tę książkę. Szkoda mi tylko, że nie mam pod ręką trzeciego tomu, ponieważ po zakończeniu sięgnęłabym po niego od razu bez wahania. Może i ta dziewucha na okładce mi się nie podoba, ale ogólny zamysł jest ciekawy. Nakopałabym grafikowi, ale to nie moja rola, ja tego nie kupiłam. Patrzeć nie muszę. Treść mnie w pełni zadowala, nie cieszy mnie, że się skończyło W TAKIM MOMENCIE.

Tak, zdecydowanie bardziej mi się podoba. Wciąż nie rozumiem całkowitego zakochania w Trylogii, ale nie rozumiem też całkowitej niechęci. Ważne, że autorka potrafi się rozwijać, ma swoją koncepcję. A to, że bohaterowie potrafią wkurzać, zdarza się w wielu książkach. Ta mnie akurat usatysfakcjonowała i czekam na Daemona. Mało mi go tu było i to zdecydowana wada tego tomu. W zasadzie jedyna zdecydowana wada. Jedyna jakakolwiek.



Ponadto pragnę dodać, że jestem cholernie wściekła, bo ktoś ukradł mi tytuł bloga! On jest MÓJ! Tylko Alina ma prawo całować się na wietrze z powietrzem, bo to ona wpadła na ten pomysł! Nie wierzę we wczoraj, bo wczoraj to też było moje, a tego złodzieja... wrr! Groźby są karalne, więc grozić nie będę. Ładnie poproszę, by zostawił moje całowanie w spokoju.
O, tu: http://believe-in-yesterday.bloog.pl/ Jestem bardzo zła.

czwartek, 21 lipca 2011

"Atrofia" - Lauren DeStefano

Kiedyś pisało się o znanej nam rzeczywistości. Później przyszła moda na magię. Po magii nadeszły wampiry, wilkołaki i inne stwory. Od paru miesięcy można dostrzec w literaturze coraz więcej książek z nowego nurtu - bądź co bądź jeszcze świeżego, nie wyeksploatowanego do granic możliwości - patrzenie w przyszłość, rozważanie tego, co stanie się z ludzkością, szukanie ideału - proszę Państwa oto utopie i ich negacje, walki z ideałem - antyutopie.

Muszę przyznać, że z tego wszystkiego, co w literackiej modzie się w ostatnich pięciu latach znalazło, ta ostatnia kategoria przypadła mi do gustu najbardziej. Może dlatego, że autorzy nie zdążyli mnie jeszcze zmęczyć? A może dlatego, że to znacznie szersze pole dla wyobraźni, bo nie ograniczone przez pewne typowe cechy dla danego stworzenia, jak krew dla wampira, czy przemiana w futrzaka w przypadku wilkołaka. Tutaj mamy tylko człowieka i wizję tego, co stać się może. Czy to idealne społeczeństwo, czy też niedoskonałe. Zniszczony świat, ale jakiś kolorowy kącik, do którego trafiają wybrane - oczywiście idealne - osoby.

Świat całkiem podobny do opisanego przeze mnie w tym jednym zdaniu znalazł się właśnie w "Atrofii". Po III Wojnie Światowej z naszej planety pozostało raczej niewiele - zaledwie Stany Zjednoczone, które miały najlepiej rozwiniętą technikę (z tym jednym niechętnie się nie zgadzałam, ponieważ uważam, że ku temu większe szanse ma Japonia, chociaż jako kraj wyspiarski... troszkę łatwiej ich unicestwić, jednak argument technologiczny pozostawia we mnie trochę wątpliwości) i zdołały przetrwać. Nie ma Europy, Azji, Afryki... I mało kto o nich wie. Społeczeństwo chciało być doskonałe, jednak nie wyszło - kobiety dożywają dwudziestego roku życia, mężczyźni dwudziestego piątego. Każdy wie, co go czeka, a naukowcy nie potrafią stworzyć działającego lekarstwa na wirusa zabijającego ludzi. Niewiele jest osób z pierwszego pokolenia, które żyją tyle co my, czyli kilkadziesiąt - nawet do stu - lat. I chociaż nowy świat jest mały, jest ciężko. Bardzo ciężko.

Jednak ta książka nie opowiada tyle o świecie, co o trójce dziewcząt - porwanych i wydanych za jednego mężczyznę. Są one niczym lalki - uwięzione w złotej klatce. Są różne - jedna nienawidzi i chce umrzeć, druga chce uciec, ale stara się zrobić to w sposób mądry, rozważny. Trzecia zaś jest całkowicie zachwycona swoim nowym życiem, oddana mężowi i teściowi, odgrywa dokładnie tę rolę, jaka jest jej przypisana.

Lauren DeStefano porwała mnie do tego świata. Świetnie przedstawiła kontrasty między tu i tam, dziś i wtedy, ja i ona, one i oni. Przedstawiła miłość, tęsknotę, oddanie, strach, zrezygnowanie, wolę walki. Wątek romantyczny nie wysuwa się tutaj na pierwszy plan, jest schowany za firanką, widoczny, ale ja osobiście nie zdołałam się na nim skupić. Pochłaniało mnie coś innego. Pochłaniał mnie ten lęk, który się sączył z książki - doskonale go czuć, nie da się zignorować. Strwożona czytałam, nie chcąc się oderwać. Bałam się o bohaterkę, bohaterki, chociaż wiedziałam, że to jest trylogia i główna postać na pewno przeżyje tę część. A jednak - bałam się o nią. Polubiłam wszystkie dziewczyny, polubiłam ich męża. Cieszyłam się wraz z ich małymi radościami, cierpiałam w ich bólu. Ciężko było mi się z nimi nie łączyć w jakimś porozumieniu. I cieszy mnie jedno - najwidoczniej Amerykanki z przyszłości nie są aż tak głupie jak te we współczesnym kinie i książkach. Nie bez wad, też mają różne wyskoki, ale z całą pewnością nie aż tak tragiczne.

Książka jest fascynująca, niezwykle mi się podobała, chociaż brakło malutkiej iskierki do zachwytu, której upatruję w języku. Jest dobry, przyjemny, prosty, ma coś z melancholii, ale to jeszcze nie to, czego bym od niego oczekiwała. Mimo to sama książka jest według mnie naprawdę rewelacyjna. I jeszcze ta niesamowicie piękna okładka! Mogę się w nią wpatrywać i wpatrywać... w oczekiwaniu na drugi tom.

Polecam.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu


Muszę Wam przyznać, że ostatnio nic mi się nie chce - recenzować, odpowiadać na komentarze, oddychać... Czytać mi się chce, ale też nie chce. Ale z naciskiem na chce. Sama nie wiem. Może jestem trochę nieobecna, ale w końcu wrócę z pełną energią. Może trochę za dużo mam na głowie. A może po prostu Wunderkind ma za mały ekran i muszę się do niego przyzwyczaić ;).
Całuję!

poniedziałek, 18 lipca 2011

"Zaopiekuj się moją mamą" - Kyung-sook Shin

Moje pierwsze spotkanie z literaturą koreańską było strzałem w dziesiątkę, miłością od pierwszego wejrzenia, zachwytem w każdym słowie. Był to "Smak języka" - książka niezwykle subtelna, aromatyczna, wspaniała. Nie mogłam o tym zapomnieć, dlatego na każdym kroku szukałam możliwości przeczytania kolejnej książki z tego kraju. "Zaopiekuj się moją mamą" stało się moim absolutnym must read. Kolejny absolut z tego wydawnictwa czeka na stosie...

Nie miałam określonego nastawienia do tej lektury. Spodziewałam się raczej książki dość lekkiej, wiedziałam, że dotyczy zniknięcia tytułowej mamy, ale poza tym? Nie miałam o niej pojęcia. Gdy zaczęłam czytać, wchłonęło mnie to. Język zachwycił mnie po raz kolejny, a swoje zachwyty mogłabym wyrażać jeszcze przed przeczytaniem pierwszej strony. Wciąż jednak nie wiedziałam nic. Do pewnego momentu.

To nie jest naiwna bajeczka na dobranoc. To jest świetna lektura dotycząca tego, jak mało ludzie wiedzą o sobie nawzajem, bez względu na to jak blisko są ze sobą spokrewnieni. Matka jest przedstawiona z perspektywy różnych osób, wszystkie się od siebie różnią, każdy dostrzegł w niej coś innego, ale pewien dystans nie pozwolił im na zrozumienie istoty matki. Co piękniejsze - to nie jest książka tylko i wyłącznie o tej konkretnej matce, ale o każdej matce, każdym człowieku. W trakcie czytania bohaterowie sami sobie zadają pytania typu: czy pomyślałaś, że mama nie lubi być w kuchni? Oni się nad tym zastanawiają, ale jednocześnie czytelnik - nie do końca świadomie - myśli: czy moja mama lubi dla mnie gotować? Czy w czymś jej pomogłam? Może czegoś potrzebowała, ale nie przyszło mi to do głowy? I chcąc, nie chcąc, zastanawiamy się, czy doceniamy własną matkę. Zastanawiamy się nad jej i naszymi uczuciami. Ale można to przenieść na ojca, siostrę, dziecko. Tutaj nie ma ograniczeń. Ważny jest nawet pies.

Nie wiem i nie wiedziałam, czego się spodziewałam po tej książce, ale z całą pewnością nie tak skomplikowanej emocjonalnie lektury, która wymuszała ze mnie coraz więcej zaangażowania i moich własnych uczuć. Byłam pewna, że te niespełna dwieście stron przeczytam szybko, ale uważnie skupiałam się na każdym zdaniu, co sprawiało, że mogłam się delektować dłużej. I chociaż chciałabym powiedzieć, że książka jest doskonała, nie podobała mi się za bardzo część matki. Nie wiem czemu. Nie pasowała mi, ograbiała mi książkę z magii. Mimo to później ona wróciła. To dzieło nie jest idealne. Ale przecież wszystko ma swoje wady, szczególnie ludzie. Dlatego traktuję to jako pewien symbol. Symbol niedoskonałości istoty ludzkiej.

Z całego serca polecam. Ku refleksji.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi

oraz wydawnictwu

niedziela, 17 lipca 2011

"Zapiski (pod)różne" - Martyna Wojciechowska

Ta kobieta mnie inspiruje. Nie przejmuje się niebezpieczeństwem, tylko wsiada samolot i ląduje w jakimś miejscu, gdzie nikt normalny nie wybrałby się na wakacje. Jak ja bym chciała tak zrobić! Czytam jej książki i jestem tam razem z nią - przynajmniej na chwilę, dopóki nie zmienimy miejsca, a książka się nie skończy. Mam wtedy od razu ochotę sama wyruszyć. Dokądkolwiek. Niech mnie zabierze ze sobą. Obiecuję nie narzekać, gdy pożre mnie rekin.

W "Zapiskach..." krążymy po różnych miejscach, które w jakiś sposób są dla Martyny ważne. Jest to zbiór jej notatek z pamiętnika, listów do innych ludzi, felietonów o różnych osobliwościach naszej planety i ludzi, którzy na niej żyją. Te historie bawią, bolą, śmieszą, smucą, zmuszają do zastanowienia. Jest to książka mniejszego formatu niż "Kobieta na krańcu świata", cieńsza i szybciej przeskakujemy z miejsca na miejsce - nazwałabym ją taką lekturą uzupełniającą, ponieważ dotyczy innych rzeczy np. w Kioto, niż poznaliśmy w reportażu i książce - o ile w programie dowiedzieliśmy się co nieco o gejszach, tutaj Martyna opowiada nam o lepieniu garnków. Mamy tutaj większy wgląd w nią samą. I mam wrażenie, że "Zapiski..." są napisane lepiej.

Bardzo mnie cieszy, że ta książeczka jest bardziej osobista, ponieważ przywiązuję się do Martyny - zarówno osoby jak i pisarki - o wiele mocniej. Podziwiam ją jeszcze bardziej, a historie, które snuje, sprawiają, że jestem wręcz chora z zazdrości. Dowiaduję się tutaj nie tylko o świecie, ale też o niej.

"Zapiski (pod)różne" są rewelacyjne! Zakochałam się w nich i pewnie przeczytam jeszcze nie raz. Bo wiecie, jak po polsku brzmią zaklęcia szamana? Nie? No to sprawdźcie, a na pewno się nie rozczarujecie! Ja z całkowitą pewnością nie czuję się rozczarowana, wręcz przeciwnie.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu

sobota, 16 lipca 2011

"Amerykańscy bogowie" - Neil Gaiman

"Amerykańskich bogów" czytałam w trzech fazach - pierwszego zafascynowania, które pochłonęło na raz 1/3 książki; znudzenia, które trwało przez następną 1/3 w bólu, pocie i łzach; szybkiego dokańczania, które okazało się wcale ciekawe, bo jak zwykle najlepsze momenty zostawiłam sobie na koniec. Po paru miesiącach walki z bogami, w końcu ich pokonałam. Chociaż z drugiej strony nie było tak źle.

O ile o Pratchetcie mogę powiedzieć, że go nie lubię, bo jestem tego w pełni świadoma, to o Gaimanie nie wiem, co wyznać. Nie lubię? Kłamstwo! Lubię? Też kłamstwo! Są momenty, w których go uwielbiam, ale też takie, kiedy nie chcę na niego nigdy więcej patrzeć i to wszystko w trakcie czytania jednej książki. Jest on pisarzem specyficznym, naprawdę genialnym w tym, co robi, ale z drugiej strony jego geniusz do mnie nie dociera. Nie do końca. Rozumiem jego idee, ale nie bardzo podoba mi się ich wykonanie. I chociaż piałam z zachwytu nad umieszczeniem wszystkich bogów w Ameryce i implikacji tego czynu, to ciężko mi było to ugryźć. Zakończenie uważam za totalnie cudowne pod każdym względem, chociaż na pewno nie dlatego, że książka nareszcie się skończyła, ponieważ poczułam jakiś smutek w związku z tym, bo towarzyszyła mi przez bardzo długi czas i nagle zniknie z mojego krajobrazu.

Wojna bogów i wszystko z nimi związane było niezwykłe i ciekawe. I Cień. Bardzo interesująca postać. Już nie wspominając o wycieczce przez amerykańskie miasteczka. Każdą część składową tej książki oceniłabym bardzo wysoko, ale całości nie jestem w stanie. Bo podobało się, zachwycało, ale jednocześnie zdecydowanie nie podobało. To jedna z tych książek, które można czytać kilkanaście razy i za każdym odkrywać coś nowego. Ale mnie nie wciągnęła aż tak, żebym chciała to robić.

Będę do Gaimana podchodziła ostrożnie. Oczywiście mam całą listę jego książek, które chcę przeczytać i na pewno to zrobię. Bo on zasługuje na to, by mnie do siebie przekonać. A ja lubię walczyć sama ze sobą. Poniekąd go uwielbiam. Oprócz momentów, w których nienawidzę.


Dysk odzyskałam, komputera nie, nauczyłam się podłączania różnych rzeczy w komputerze, będę żyć, a poza tym... mam nowy komputer, jeszcze większy grat niż poprzedni. Jeśli tylko przez noc mi się nie spalił (chyba boję się iść to sprawdzić), to działa - mimo mojego podłączania :D.

piątek, 15 lipca 2011

Muszę się z Wami podzielić informacją zgoła tragiczną - komputer mi szlag trafił, przez co jestem baaaaaardzo wściekła (żeby nie powiedzieć dosadnie), dlatego na komentarze wam nie odpowiem, bo próbuję wymyślić, jak sprawić, by mój komputer jednak zadziałał. Ale mam wrażenie, że dzięki tej irytacji (do potęgi n) zaczynam powoli ustosunkowywać się do Gaimana, więc recenzja będzie prawdopodobnie jutro. Ale w tym momencie nie mam na nic ochoty. Rozpłaczę się chyba. Mój komputer...

czwartek, 14 lipca 2011

"Złodziej pioruna" - Rick Riordan

Do niedawna nie wiedziałam, że ta książka istnieje. Obejrzałam film, który bardzo mi się podobał i dopiero po tym dokonałam odkrycia - książka! Gdy tylko dowiedziałam się, że mój kuzyn wypożyczył ją z biblioteki, niemal nie wpadłam w histerię, byleby jak najszybciej ją przeczytać. I tutaj należy potraktować to dosłownie, bo gdy tylko zobaczyłam, połknęłam za jednym zamachem 224 strony, ale musiałam sobie zrobić przerwę, ponieważ on nie skończył. I dopiero dzisiaj mogłam dokończyć książkę, czytając ją w zawrotnym tempie - bo inaczej po prostu się nie da.

Rick Riordan napisał serię książek bazujących na mitologii greckiej, które opowiadają o przygodach młodych herosów - dzieci ludzi i bogów. Głównym bohaterem serii (od niego zresztą wziął się jej tytuł "Percy Jackson i bogowie olimpijscy") jest dwunastoletni chłopiec, syn Posejdona, Percy. Gdy jego życie znajduje się w niebezpieczeństwie, ponieważ potwory wysłane przez bogów wpadają na jego trop, a w dodatku Zeusowi ktoś ukradł piorun władzy, Percy trafia na Obóz Herosów, gdzie uczy się żyć "po mitologicznemu" i dostaje misję - odnaleźć piorun i zwrócić go właścicielowi. Wiąże się to z wieloma przygodami, dużą ilością wiedzy mitologicznej (z całą pewnością część młodzieży niezainteresowana kuciem na pamięć imion i zależności między bogami, herosami i tytanami byłaby usatysfakcjonowana tą pozycją, jako zawierającą sporą część wiedzy podstawowej, dzięki której łatwiej wszystko zrozumieć).

O ile film miał raczej zamknięte zakończenie (co po przeczytaniu książki mnie rozczarowało, ponieważ ekranizacja w porównaniu z nią okazała się płaska i kiepska), to w książce widzimy, z czym bohaterowie będą się borykać w kolejnych tomach. Nie dostajemy nudnego happy endu, tylko zmusza nas ona do niewielkiej refleksji na temat podejmowania pewnych decyzji. Nie wydaje mi się, by w tej książce wszystko było proste. Oczywiście nie jest ona wybitna i skomplikowana - jest dobrą powieścią dla młodzieży, ale na poziomie, który przeciętnego, nielubiącego czytać człowieka nie przerośnie, ale bibliofil nie poczuje jakiegoś niedosytu (szczególnie mając w zanadrzu kolejne tomy!). Książka jest dobrze napisana, świetnie się ją czyta i tylko w jednym momencie miałam wrażenie, że czegoś brakuje. Jest tylko jedna jedyna rzecz, która bardziej podobała mi się w filmie - tutaj Percy ma zaledwie dwanaście lat, w ekranizacji jest kilka lat starszy, przez co bardziej wierzę w jego odwagę, siłę, determinację i humor.

Wydaje mi się, że najlepszą rekomendacją dla tej książki jest fakt, że ów kuzyn, któremu tę książkę zabrałam, czytać wręcz nienawidzi (a jest zmuszany), mimo to bardzo chętnie dyskutował ze mną na temat książki oraz filmu, a przy tym podejmie się wyzwania zdobycia dla nas obojga (!) tomu drugiego, który pewnie przeczytamy równie szybko. Mam nadzieję, że spodoba nam się tak samo.

- Nie zachęcaj ich - ostrzegła mnie Annabeth. - Najady to okropne flirciary.
- Najady - powtórzyłem, czując się kompletnie ogłupiały. - Wystarczy. Chcę do domu.
Annabeth zmarszczyła czoło.
- Czy ty nic nie rozumiesz, Percy? Ty jesteś w domu. To jest jedyne na ziemi bezpieczne miejsce dla dzieci takich jak my.
- Masz na myśli dzieci z zaburzeniami umysłowymi?
- Mam na myśli nie-ludzkie dzieci. W każdym razie niezupełnie ludzkie. W połowie ludzkie.
- W połowie ludzkie, a w połowie co?
- Myślę, że wiesz.
(...)
- Bogowie - powiedziałem. - W połowie jesteśmy bogami.
Annabeth kiwnęła głową.
- Twój ojciec nie umarł, Percy. Jest jednym z Olimpijczyków.
- To... wariactwo.
- Doprawdy? Co najczęściej robią bogowie w tych starych opowieściach? Bez przerwy zakochują się w śmiertelnikach i mają z nimi dzieci. Myślisz, że w ciągu ostatnich tysiącleci zmienili obyczaje? (str. 94)

Przy tym fragmencie niemal umarłam. Rick Riordan zauroczył mnie światem, który przedstawił. Zdecydowanie bardziej niż Kelly Keaton swoją "Z ciemnością jej do twarzy". Może "Złodziej pioruna" jest trochę mniej dojrzały, ale o wiele bardziej do mnie przemawia. (W tamtej recenzji wspomniałam o wejściu na Olimp na szczycie Empire State Building - pragnę pocieszyć czytelników, że w książce jest to o wiele bardziej uzasadnione, ba! w ogóle uzasadnione, czego w filmie nie ma).

Zdecydowanie polecam.

poniedziałek, 11 lipca 2011

"Zawsze w pierwszym rzędzie. Królowa Vogue'a Anna Wintour" - Jerry Oppenheimer

Chyba po raz kolejny powinnam zacząć od frustracji. Kto wymyślił, żeby zapisać tytuł w taki sposób, że nie wiadomo, co jest tytułem, a co podtytułem? W tej chwili nie ma dla mnie znaczenia, czy ja zapisałam to dobrze. Na LubimyCzytać jest to zapisane w jeszcze inny sposób. Wydawnictwo Twój Styl bardzo mi podpada swoimi książkami, mam za sobą do tej pory dwie (o ile dobrze pamiętam), obie to biografie i w obu był ogromny urodzaj literówek. Jeszcze, zaciskając zęby, byłabym w stanie zaakceptować faktycznie literówki - brak ogonków przy polskich znakach, brak spacji, ewentualnie jakiegoś przecinka - ale niektóre z nich to już rażące błędy, jak np. zrobienie z Virgini Woolf - Wolf, albo z Shiga Ikedy - Ikidę. Aż sprawdziłam, czy zaistniał w tej książce jakiś korektor - owszem. Nie wiem, ile tej kobiecie zapłacono, ale mam nadzieję, że bardzo mało, a najlepiej nic. Biografia była tłumaczona przez dwie osoby i w drugiej części czyta się bardzo dobrze, błędów nie ma, ale w pierwszej? Aż głowa boli. Czasem się zastanawiałam, co miałam wynieść z danego zdania, ponieważ nie tylko literki były nie na swoim miejscu...

Po tym ponurym wstępie przejdę jednak do treści. Pierwszy raz z kwestią Anny Wintour spotkałam się przy okazji książki "Diabeł ubiera się u Prady". Zafrapowała mnie ta kobieta - silna, zdecydowana i upierdliwa jak mało kto - nawet bardziej niż ja sama. Nawet nie wiedziałam, że została napisana jej biografia, uświadomiła mnie parę miesięcy temu koleżanka, oświadczając mi, że kupiła sobie tę książkę. Momentami jestem bardzo podatna na wpływy, więc pięć minut później zrobiłam to samo, jednak nie miałam kiedy jej przeczytać. Angie była i zawsze będzie pierwsza. Pierwsze co mnie tutaj zdenerwowało, to imię i nazwisko autora. Sama nie wiem, co mi się w nim nie podoba, ale doszłam do wniosku, że pominę tę irracjonalną niechęć i pójdę dalej. Zaczęło się oczywiście od rodziców Anny, później jej dzieciństwa i miłości do mody, którą żywiła niemal od urodzenia. Bardzo łatwo można zauważyć procesy, które sprawiły, że stała się taka, jaka jest. Później powoli obserwujemy jej drogę ku osiągnięciu celu - zostania naczelną amerykańskiego "Vogue'a". Pomiędzy poszczególnymi magazynami widzimy jej romanse, przyjaźnie, końce przyjaźni i niezachwianą pewność w to, że w końcu dostanie to, czego pragnie.

Jerry Oppenheimer przeprowadził wiele rozmów ze znajomymi, pracownikami, niektórzy z oczywistych względów nie zgodzili się na publikację swoich nazwisk. Niby wszystko jest dokładnie (czasem miałam wrażenie, jakby autor był materacem Anny i wszystko o niej wiedział, nawet to, czego nie wie nikt oprócz niej samej), pięknie i rzetelnie, ale cały czas zdawało mi się, że czegoś tu brakuje, że czytam o jakieś kłamstwo, a nie całkowitą prawdę. Nie wiem, co było tego powodem, jednak wciąż mam po tej książce jakiś niesmak i nie ma on nic wspólnego z charakterem Anny, który okazał się trochę łagodniejszy od tego przedstawionego przez Lauren Weisberger, co ilustruje zresztą świetny przykład w biografii. Mimo to będę starała się unikać biografii napisanych przez tego człowieka, ponieważ coś mi w nim nie pasuje, co zapewne rzutowało (pomijając brak korekty i kiepskie tłumaczenie pierwszych dwudziestu jeden rozdziałów) na mój odbiór. Chociaż niewykluczone, że po prostu nie jest tak świetnym biografem, o jakim mógłby świadczyć jego dorobek.

Oczywiście jeśli kogoś interesuje moda i Anna Wintour, może bez problemu tę książkę przeczytać. Ale nie widzę w niej nic zachwycającego (ale z pewnością jest lepsza od notki biograficznej na Wikipedii). Są pewne niepotrzebne rzeczy, a te bardziej przydatne potraktowane trochę z lekceważeniem. Czuję się trochę rozczarowana. Między innymi też paskudnym zdjęciem na okładce i zaledwie ośmioma zdjęciami, nic nie wnoszącymi, przedstawiającymi Annę. Trzy moim zdaniem wyglądają na tyle podobnie, że wystarczyłoby jedno.

Przy okazji byłam ostatnio w Empiku i stwierdziłam, że przejrzę sobie tę biblię mody. Miałam trzy - amerykańską, brytyjską i włoską. Amerykańską osobiście uważam za najgorszą, brytyjską za trochę lepszą, a moim gustom najbardziej odpowiadała włoska - głównie dzięki cudownym zdjęciom i świetnemu papierowi, a nie temu przypominającemu program telewizyjny, na jakim został wydrukowany amerykański. Od tej pory nie widzę w Annie Wintour zupełnie nic fascynującego. Niestety nie spełnia legendy "Diabła ubierającego się u Prady", na co liczyłam. Nie spełnia nawet swojej samej legendy.

To najgorsza biografia, jaką dane mi było przeczytać. Kto by pomyślał, że łatwiej napisać biografię kogoś martwego, niż kogoś, kto jeszcze żyje.

sobota, 9 lipca 2011

"Klinika" - Sebastian Fitzek

Na początku nie wiem, na kogo się mam wściekać - na siebie, że z premedytacją rozwinęłam opinię zaznaczoną jako spojler, bo nie spodziewałam się, że zostanie tam podane, kto jest mordercą, czy może na tę osobę, że to tam umieściła. Jestem zła na siebie i na tego winowajcę, przez którego od połowy książki znałam głupiego psychopatę (tak w ogóle chyba najlepszego u Fitzka!), a później zastanawiałam się nad motywem, który udało mi się odgadnąć. Sukces! Nie do końca, bo gdybym nie skupiała się tylko na jednej osobie, mogłabym tego nie zrobić. I nie wybaczę sobie i tej drugiej osobie, że zostało mi uniemożliwione sprawdzenie się w tej materii. I od tej pory nie tknę żadnej opinii thrillerów Fitzka, zanim przeczytam książkę. To moje postanowienie i wchodzi w życie z tą chwilą.

"Klinika" fascynowała mnie od samego początku, gdy tylko przeczytałam jej opis. To był chyba najbardziej przeze mnie pożądany Fitzuś. A że nienawidzę się rozczarowywać, trzęsłam się ze strachu, że mi się nie spodoba. Bo kogo by nie zaintrygowały poniższe słowa?
Nikt ich nie zgwałcił. Nikt nie torturował. Nie zabił. Przytrafiło im się coś znacznie gorszego...
I to święta prawda. Bo jak żyć ze złamaną duszą? Dlaczego ktoś to robi? Kto to robi? I co ma z tym wspólnego jakiś facet z amnezją? Jak to bywa w przypadku Fitzka - bardzo dużo. Ale mniejsza z fabułą, do tego wystarczy parę słów.

Co mnie tu zachwyciło? Znowu spotykamy bohatera "Terapii", co sprawia, że zaczynam być w Fitzku zakochana po uszy, bo tworzy tak cudownie połączone ze sobą książki, że ja po prostu nie potrafię nie patrzeć na słowa z nim maślanym wzrokiem. I jeszcze najbardziej poplątana (a jednocześnie chyba najbardziej oczywista w motywie) sprawa psychopaty. Po raz kolejny wszystko i wszyscy są wrzuceni do wirówki i pomieszani ze sobą. Szczerze mówiąc, po tej książce chyba boję się słów, a ja nimi żyję. Gdy myślę, że miałabym żyć pochowana we własnym ciele, to wolę się zabić tu i teraz. Odebrałam tę książkę bardzo osobiście, sama nie wiem czemu. Może ten lęk przed niemożnością poruszenia się, kontaktu, tylko życie z własnym koszmarem? A co byłoby moim koszmarem? Moim piekłem? "Klinika" poruszyła we mnie jakąś strunę, przez co stoi na szczycie mojego fitzkowego rankingu. Tylko ten żal, że straciłam okazję do samodzielnego rozwiązania zagadki! Nieodżałowany...

Jednak widzę schemat Fitzka. Widzę, w jaki sposób pracuje nad kolejnymi książkami, ogarniam jego działania i powoli zbliżam się do jego toku myślenia. I chociaż bardzo chcę w końcu rozwiązać zagadkę i napisać mu w mailu "Ha! Jednak dla mnie nie jesteś wystarczająco dobry!", to z drugiej strony chyba bym się popłakała z żalu, że sobie poradziłam. Bo odkrywam jego historie po części, ale nie potrafię w całości łącznie ze wszystkimi zależnościami. I pod żadnym pozorem nie chcę nigdy poczuć się z siebie dumna na tym polu. Ale chcę...

Polecam, polecam! A przede mną jeszcze tylko dwie książki. Jak ja sobie z tym poradzę?... Czy on jest taki skomplikowany, czy tylko ja taka głupia, że nie nadążam?


Nie było mnie tu od jakiś dwóch dni, a wydawało mi się, że co najmniej tydzień. Ale Fitzuś mnie przywrócił do książkowego życia. Ale nie mogę dokończyć Percy'ego Jacksona, bo dostanę dopiero w środę! Film to w ogóle coś innego niż książka. Ona jest prawie świetna! Ale o tym może po przeczytaniu :D.

czwartek, 7 lipca 2011

"Jutro 2. W pułapce nocy" - John Marsden

Recenzja tomu pierwszego.

Bardzo się cieszę, że w drugim tomie zostałam uraczona czymś równie dobrym, co w pierwszym. Zawsze boję się rozczarowania, chociaż w rzeczywistości bardzo rzadko mnie ono spotyka, ale lepiej chuchać na zimne. I chociaż nic nie mogło mnie powstrzymać przed niemal natychmiastowym zatopieniem się w wojenną rzeczywistość, to zrobiłam to z pewną obawą.

Życie bohaterów nie jest usłane różami. Odkąd ich kraj najechały wrogie wojska, a ich rodziny zostały zamknięte na terenie wystawowym, muszą się cały czas ukrywać, żeby ich nie spotkał ten sam los, a co gorsza sprawili oni najeźdźcom mnóstwo kłopotu, przez co zostaliby zapewne rozstrzelani w tym miejscu, w którym zostaliby znalezieni. Utracili dwoje towarzyszy, a po spisanych wspomnieniach Ellie panuje między nimi poważny dystans, mimo to mają tylko i aż siebie nawzajem. I właśnie od tego momentu zaczyna się książka. Jednak po pewnym czasie mają dość bezczynności i ruszają, żeby sprawdzić, co jest po drugiej stronie gór. I wtedy natrafiają na dorosłych, co z jednej strony ich cieszy, ponieważ nie będą musieli już podejmować sami żadnych decyzji, ale z drugiej okazuje się, kto jest prawdziwym bohaterem - oni, czy Bohaterowie Harveya.

Bardzo spodobały mi się kontrasty przedstawione przez autora, chociażby ten wspomniany wyżej. Dla niektórych wojna to straszna rzeczywistość, dla innych to coś na kształt zabawy i ugłaskania swojego ego. W tej części dowiadujemy się także, jak naprawdę wygląda życie na terenie wystawowym. Jest o wiele bardziej tragicznie i smutno niż w pierwszej części, wszystko robi się bardziej skomplikowane. Oni wciąż walczą, poznają siebie coraz lepiej, swoje lęki, siłę i to, do czego są zdolni. Pokazują też, że wojna nie sprawia, że ludzie są pozbawieni dobrych uczuć. Korzystają z każdej pomocy, co czasem ratuje im życie. I mimo że z każdą stroną w książce zmierzamy do nieuchronnego zakończenia, nie ma poczucia, że to się skończy. Uwielbiam tę serię, pokazuje mi ona, jak wielkie znaczenie ma siła woli. Za każdym razem jestem tam z nimi. I boję się dotrzeć do zakończenia każdego z tomów.

Jeszcze jedna rzecz bardzo mi się podobała - jeśli w pierwszym tomie autor rzucał im znacznie mniej kłód pod nogi i niemal wszystko im się udawało, to w drugim im to utrudnia, nie ma samych sukcesów. I to chyba podobało mi się najbardziej.

Polecam tę serię, szczególnie młodzieży, do której jest skierowana, a która wychowuje się na czymś tak bezsensownym jak szkolne lektury, lub dla odmiany na czymś tak mało wartościowym jak "Zmierzch".

Za książkę dziękuję wydawnictwu

Wczoraj mój Internet zachowywał się tak histerycznie, że aż nie mogłam opublikować recenzji, bo obrazki mi się nie wgrywały. Cóż za złośliwość! Ale jest, więc się cieszmy :D.

wtorek, 5 lipca 2011

"Podmorska wyspa" - Isabel Allende

Niewolnictwo było kiedyś bardzo trudnym tematem - teraz się o nim praktycznie nie myśli, ponieważ wg Deklaracji Praw Człowieka wolność jest jednym z podstawowych niezbywalnych praw. A kiedyś było inaczej, ludzi łapano, zmuszano do ciężkiej pracy, nie zważając na to, że każdy z nich też jest człowiekiem, lecz uważany był za maszynę, zwierzę, które nie posiada uczuć wyższych, wcale nie potrzebuje odpoczynku, dobrego jedzenia, poczucia godności. Rzecz, nic więcej. I do takiego świata zabiera nas Isabel Allende.

Gdy książka do mnie dotarła, niemal przeraziłam się jej grubością. Nie spodziewałam się książki o takich gabarytach, dlatego trochę czasu odwlekałam jej przeczytanie - do końca sesji. I teraz, w weekend, ją przeczytałam. Nie jest to lekka wakacyjna lektura, ale książka, która zabiera nas do brutalnego świata, upałów Haiti, bólu zniewolonych dorosłych i dzieci, głodu, ale z drugiej strony pompy życia wyższych sfer. Nie unikamy nawet gwałtów na małych dziewczynkach, które miały nieszczęście urodzić się jak niewolnice. Dookoła nas krążą loa, gotowe pomóc bądź zaszkodzić. Allende posypuje treść garścią magii, która pięknie stapia ze sobą wszystkie aspekty i pokazuje świat z końca XVII wieku ze wszystkimi jego przywarami, które zazwyczaj się pomija, skupiając na dworze Marii Antoniny i jego przepychu, a rzeczywistość była wtedy zdecydowanie mniej kolorowa.

Podziwiam niezwykły kunszt tej pisarki - wciągnęła mnie w tę smutną i trudną historię tak bardzo, że mogłabym od niej nie odchodzić. Czytałam ją z nogami na grzejniku, kręgosłup mnie bolał, szyję miałam wykręconą na wszystkie możliwe strony jednocześnie, ale czytałam. Nie potrafiłam wstać i się przejść, żeby odzyskać czucie w kończynach. Czytałam. I chociaż wiedziałam, że Zarite zostanie wyzwolona, ponieważ zostało to powiedziane już w prologu, a na tylnej stronie okładki zostało napisane, w jaki sposób do tego dojdzie (dlatego radzę nie czytać tego opisu książki), byłam ciekawa, jak i kiedy to wszystko się potoczy. Podziwiałam postacie, każdą inną, świetnie skonstruowane, dialogi momentami wprawiały mnie w prawdziwy zachwyt. A sama książka? Zachwyt to chyba mało powiedziane. Brakuje mi słowa, by opisać to, co do niej czuję. Ona potrzebuje zachwytu, ale cichego, subtelnego. Ona się nie narzuca, po prostu jest i czeka, aż ktoś sam ją osądzi, nie próbuje pokazać, jaka jest świetna. A jest, naprawdę. Ze swoim językiem i przedstawioną historią, w której prawdziwość nie powątpiewałam nawet przez chwilę - ja po prostu byłam tam z bohaterami. W pewnym momencie niemal się nie zapłakałam na śmierć. W takich momentach mam ochotę już nigdy nie czytać żadnego fantasy, bo "Podmorskiej wyspie" i ogólnie literaturze tego typu nie dorastają do pięt.

Oczywiście, że polecam. Nie mogłabym nie.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 4 lipca 2011

"Zwierzenia skruszonego diabła" - Satan Asso

"...czyli o różnych sposobach kuszenia". Jest to mała, bardzo ładnie wydana książeczka, którą napisał sam diabeł (a przynajmniej nie mi kwestionować osobę autora) i prawi on czytelnikowi o różnych niegodziwościach. Z całą pewnością nie można jej nazwać powieścią - jest to dość typowy poradnik, na tyle na ile typowy może być poradnik dla osób, które chcą być nikczemne. Zazwyczaj człowiek dąży ku ideałowi i teoretycznie (praktycznie zresztą też) dlatego sięga po tego typu literaturę.

Zdecydowałam się przeczytać tę książkę, ponieważ spodziewałam się po niej czegoś zupełnie innego. Gdy ją otworzyłam, zdziwiłam się. Ale po chwili zaczęłam dostrzegać jej komizm, powagę oraz dwuznaczność. Uważam, że można ją czytać na trzy sposoby (może więcej, ale na wyższy poziom nie dotarłam): jako książeczkę z dowcipami, przy której można się uśmiać; poradnik, jak być dobrym, poprzez wyśmianie ludzkich przywar; jak najbardziej poważnie, chcąc zostać człowiekiem niegodziwym i stosując się do wskazówek.

Znajdujemy tutaj mnóstwo przykładów, przy których można się zdrowo uśmiać. Niektóre są naprawdę świetne, inne na niezbyt wysokim poziomie zarówno niegodziwości jak i komizmu, mimo to spotykamy się z bardzo interesującym (i równie prawdziwym) spojrzeniem na naturę człowieka. Mój wniosek po lekturze był następujący: nie warto być dobrym, ale równie mało warto jest być złym. Trzeba znaleźć złoty środek, inaczej albo będzie się uważanym za osobę, która nie ma w sobie za grosz charakteru, ale w drugim przypadku straci się kontakt z innymi. Satan Asso doprowadza do tego, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jest taki, jak to zostało opisane w "Zwierzeniach..." czy stoi po drugiej stronie barykady. I chociaż niczego nie narzuca, skłania do refleksji. Nie mnie oceniać, jaki cel chciał osiągnąć, ale z całą pewnością mu się udało.

Osobiście traktuję "Zwierzenia..." jako kopalnię pomysłów, które kojarzą mi się z "Przypadkami Tomasza Płachty" - obraz człowieka niegodziwego przywodzi mi na myśl tego socjopatę, który uważa, że robi wszystko co najlepsze, a społeczeństwo jest po prostu głupie. I tutaj zobaczyłam to samo. A czym są te różne sposoby kuszenia? Już o nich wspomniałam, Wy się tylko upewnijcie, że to aby na pewno te, bo nawet ja mogłam opacznie zrozumieć diabła.

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater oraz wydawnictwu Promic.

sobota, 2 lipca 2011

"Bezzmienna" - Gail Carriger

Tom pierwszy - "Bezduszna"

Przed napisaniem o "Bezzmiennej" po prostu musiałam przeczytać jeszcze raz recenzję poprzedniej części, jakby brakowało mi jakiegoś punktu zaczepienia. I słusznie zrobiłam, ponieważ - mimo że czytałam "Bezduszną" całkiem niedawno - okazało się, że obie części wyzwoliły we mnie zupełnie różne odczucia.

Miałam niewielkie wątpliwości, w jaki sposób Gail Carriger wtłoczy ten swój specyficzny humor do drugiego tomu, nie psując tego, co osiągnęła w pierwszym. Szczególnie że walczyła o ustatkowanie Alexi, a tego przecież nie da się zrobić ot tak. Zastanawiałam się nad jej pomysłami. I okazało się, że się pomyliłam. Pomyliłam, ponieważ autorka najwidoczniej doskonale wie, co robi, a ja tego wiedzieć nie muszę. Ona mi po prostu pokaże efekt.

Właśnie to mnie zadziwiło w "Bezzmiennej". To, że zrobiła inaczej, niż się spodziewałam. O ile pierwszy tom bazował głównie na wątku romantycznym, humorze i nietuzinkowości głównej pary bohaterów, to w drugi zostało wtłoczone więcej dramatu. I chociaż młode-stare małżeństwo najwidoczniej świetnie się nie-dogadywało (jak zwykle zresztą), to oni nie grali pierwszych skrzypiec... do czasu. Ale ten czas mnie zdołował, zasmucił, popatrzyłam z rezygnacją w niebo (bo czytałam na balkonie w okolicach północy), posłuchałam padającego deszczu i zapragnęłam rozwiązania. Ale go nie dostałam. W każdym bądź razie w tym tomie chodzi raczej o problemy społeczne, polityczne i międzygatunkowe, a nie Alexię i jej niewyżycie do pary z Conallem. A dlaczego? Bo nagle wszyscy nieśmiertelni stali się śmiertelni! Gigantyczny egzorcyzm, na który Alexia musiała znaleźć lekarstwo. Sama będąc oczywiście podejrzaną.

Humor był, ale również odsunięty na dalszy plan. Doskonale równoważył się z powagą sytuacji. No i otrzymałam kolejną wiktoriańską lesbijkę, które tak bardzo lubię (gdy nie mam wrażenia, że za czasów owej królowej wszyscy Brytyjczycy byli orientacji homoseksualnej, bo wtedy wydaje mi się to jednak zbyt naciągane). Akcja była poplątana, w pewnym momencie miałam wrażenie, że autorka przemknęła tylko przez wyjaśnienie w jaki sposób, ale wciągnęła mnie niesamowicie, równie mocno, co poprzedni tom. I sama nie wiem, który bardziej mi się podoba. Pierwszy kipiał humorem, a drugi zaczęłam traktować bardziej poważnie. Co będzie w trzecim? Zostaje mi tylko czekać, żeby się dowiedzieć... Jestem zachwycona, że Gail Carriger nie pisze tego na jedno kopyto. Zabiera mnie w tę samą epokę, w to samo miejsce, a pokazuje za każdym razem inny aspekt. Podziwiam ją za to. Zaczynam się powoli uzależniać, takich paranormali mi potrzeba, mogłabym chyba innych nie czytać.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu

Moi kochani! Recenzja opublikowała się sama (o ile opublikowała...), ja wczoraj wyjechałam na weekend w góry, by celebrować początek wakacji. Wrócę do Was jutro, odpowiem na komentarze (chyba że będę tak wykończona, iż nie będę w stanie :D). I muszę się pochwalić, że osiągnęłam mój zeszłoroczny cel, który wydawał mi się nieosiągalny :D. A sesję powiedzmy, że zakończyłam. Na wrzesień przeszły mi dwa egzaminy. Nie płaczę, nie jęczę, nauczę się po prostu, a wakacje poświęcę niemal w pełni nadrabianiu lektur. Moje trzy wielkie stosy rosną, ale jednocześnie powoli ubywają. To czysta radość, patrzeć na nie! Oczywiście Wasze blogi również nadrobię po powrocie. Mam nadzieję, że ochłonę z tych potężnych dawek stresu, moje ciało choć trochę się rozluźni, a ja w pełni poczuję tę chwilową wolność. Jedyne, co mnie boli, to fakt, że za dwa miesiące do poprawek miną tak szybko, że nawet nie zauważę i naukę pewnie znowu zostawię na ostatnią chwilę... Ale będzie dobrze, sama chcę w to wierzyć :D. Trzymajcie za mnie kciuki. Do zobaczenia!