wtorek, 20 września 2011

"Brat Grimm" - Craig Russell

Uwaga, może zawierać delikatne spojlery, bardzo ogólnie ujęte, ale jednak.

Albo ostatnio trafiają mi się niedoskonałe książki, albo obudziła się we mnie ta irytująca, czepialska część, która wynajduje wszystkie faktyczne i przypuszczalne wady danej pozycji. I chociaż "Brat Grimm" dawał o sobie znać od roku, dopiero teraz go przeczytałam i nie powiem, że zrobiłam to do końca chętnie, ponieważ musiałabym skłamać. A kłamać nie zamierzam, zamierzam być szczera - jak zawsze.

Miejsce akcji: Hamburg. Autor od razu dostał za to ode mnie ogromnego plusa. Seryjny morderca - kolejna rzecz, która musi mi się spodobać. Morderstwa ucharakteryzowane na baśnie braci Grimm - sytuacja staje się coraz ciekawsza, kolejny wielki plus. Analogie, symbole, literatura - zaczynam odczuwać niemal sadystyczną radość. Otwieram książkę, zaczynam czytać...

Pierwszy rozdział - znalezione na plaży ciało piętnasto-, może szesnastolatki. Nadkomisarz Fabel (o jakże pasującym do książki nazwisku - wszak Fabel z niemieckiego to baśń, bajka) porównuje ją ze swoją córką. Zostaje sam, atmosfera jest ponura. Całkiem niezłe wprowadzenie do książki.

Drugi rozdział - nasze pierwsze spotkanie z psychopatą, w szpitalu, przy łóżku jego matki. Pięknie pokazane kontrasty. My wiemy, personel nie wie. Oni nie słyszą tego szeptu. Robi się coraz ciekawiej.

Dopiero później zaczyna być dziwnie. Policjanci nie radzą sobie ze śledztwem, morderca wodzi ich za nos tak skutecznie, że ja się dziwię, iż doszli do jakiegoś rozwiązania. Zakończenie było tak bardzo niczym nieuzasadnione, że jedynie oświecenie prosto z nieba mogłoby sprawić, że uwierzyłabym w to, iż naprawdę odgadli. Pisarz też wodzi nas za nos, ponieważ daje niby wskazówki, ale one są tak oczywiste, że to nie ta osoba i policja też je widzi, ale w pewnym momencie uważa, że najlepiej będzie je zignorować, a później drążyć dalej oskarżenia, żeby później powiedzieć: Tak, wiedzieliśmy, że to nie on. To czemu, do diabła, dalej się przy nim upieraliście? A później to nagłe oświecenie, nie wiadomo skąd, i od razu wpada się na prawdziwy trop mordercy. Paranoja. Naprawdę. Niczym, powtarzam, niczym nieuzasadniona.

Sama książka jest bardzo ciekawa. Można się wiele dowiedzieć na temat historii Hamburga i spisywania baśni, ich cenzury oraz interpretacji. To były moje ulubione fragmenty. Zagadka jest żałosna, bo niczym nie podparta. Kryminały powinny być tak skonstruowane, by czytelnik miał jakąś nikłą szansę na rozwiązanie zagadki. Logiczne rozwiązanie, bo strzelać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Jeśli o to chodzi, "Brat Grimm" zupełnie nie spełnia swojej funkcji. W ogóle jest napisany tak, że momentami jest świetny, żeby w kolejnych być śmiertelnie nudny.

Reasumując - dziwna ta książka, ma w sobie pewne wartości i informacje, ale jako kryminał czy thriller jest kiepska. To naprawdę frustrujące, gdy człowiek głowi się przez całą książkę, żeby odkryć, że do rozwiązania potrzebny był cud, bo logicznej konkluzji doświadczyć niepodobna.

Może pójdę poczytać Fitzka, bo ostatnio wpadł mi w ręce kolejny... w jego jakość przynajmniej nie muszę wątpić.

5 komentarzy:

  1. Widzę, że książka ma jednak więcej negatywnych mankamentów niż pozytywnych, dlatego tym razem sobie odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
  2. A zapowiadała się dobra książka ...

    OdpowiedzUsuń
  3. zobaczymy ;)



    U Mnie nowy post. Zapraszam ;*
    www.nataliaszymurska.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Och, też pewnie nie potrafiłabym ukryć rozczarowania, gdyby trafiła mi się taka książka; zamiast napięcia - żmudne brnięcie przez tekst. Chyba nie dodam do listy obowiązkowych lektur ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja jednak chętnie przeczytałabym tę pozycję. Lubię wątki kryminalne, ale moim zdaniem nie są one obowiązkowe, więc nawet jeśli jest on tutaj trochę naciągany, to chciałabym dowiedzieć się trochę więcej o Hamburgu, a tym bardziej o baśniach. Ostatnio właśnie takie lanie wody podoba mi się bardziej niż cięższe lektury.

    OdpowiedzUsuń