środa, 16 czerwca 2010

Kannazuki no Miko - Tetsuya Yanagisawa (2004)



Nigdy nie byłam szczególną fanką anime. Co prawda je lubiłam, miło się siedziało przed komputerem oglądając 200 odcinków "Czarodziejki z Księżyca" pod rząd, a potem "Króla Szamanów", to bardzo dobrze odmóżdżało i relaksowało. "Kapłanki Przeklętych Dni" pojawiły się w moim życiu przypadkiem, gdy weszłam na stronę Empiku, a tam wielkimi literami było napisane, że jest promocja anime już od 9,90. Lubię promocje. Przejrzałam to, co mieli do zaoferowania i zaintrygowały mnie dwa tytuły. Po obejrzeniu na YouTube fragmentów odcinków zdecydowałam, że kupię "Kapłanki". Szczególnie z tego powodu, że opowiadało o miłości dwóch dziewcząt, bynajmniej nie platonicznej. I może też dlatego, że miało tylko 12 odcinków.

Nie znam się na anime, nie mogę opowiadać o tym, jaka była kreska, rysunki, krajobrazy... W tym momencie chodzi wyłącznie o to, jak ja odebrałam całe anime.

W myślach porównywałam "Kapłanki" do "Czarodziejki z Księżyca". Chciałam się przed tym uchronić, jednak uznałam, że Himeko jest taką samą beksą jak Usagi, więc poszłam tym tropem. Przez wszystkie odcinki było widać miłość Chikane do Himeko, która sobie z niej nie zdawała sprawy. To było oczywiste. Pojawił się też Souma, zakochany w tejże. To była trójka głównych bohaterów. Dziewczęta były kapłankami Słońca i Księżyca, które musiały wskrzesić święty miecz, żeby zniszczyć wroga, który chciał unicestwić Ziemię (kolejna oczywistość). Byłam ciekawa, czy walki z przedstawicielami Zła będą równie podległe schematowi, jak w "Czarodziejce z Księżyca". Miło się zdziwiłam, że nie było ich szczególnie dużo i nie wyglądały w każdym odcinku identycznie. Była intryga, tajemnica, a pote
m na końcu element zaskoczenia. Już po napisach końcowych znowu pojawiło się coś, co było do przewidzenia.

Patrzyłam raczej na to anime pod względem emocji. Ciągle wydawałam z siebie odgłosy typu: Pocałuj go! albo: Pocałuj ją! Bohaterowie mnie raczej nie słuchali. Mimo to oglądało się przyjemnie, chociaż nie zachwycało. Mam wrażenie, że z każdym obejrzanym anime rozumiem japońską mentalność coraz bardziej, a to mnie jakoś szczególnie nie cieszy. Mam mętlik w głowie, gdy próbuję to ogarnąć.

Na szczególne uznanie zasługuje muzyka. Żadnego ckliwego i piszczącego J-popu, tylko sam dźwię
k. Naturalnie oprócz openingu i endingu. Bardzo mi się spodobała. Chociaż muszę przyznać, że tekst openingu i endingu mnie zauroczył. Do DVD zostały dodane książeczki, gdzie są te teksty wraz z tłumaczeniami (i jeszcze karty kolekcjonerskie z bohaterami). Bardzo mnie one uradowały, cieszyłam się jak małe dziecko, mimo że nie są mi do niczego potrzebne, jednak było to bardzo miłe.

Jeszcze chciałabym powiedzieć, że nie płakałam tutaj, ani jakoś wyraźnie się nie wzruszałam, w przeciwieństwie do tego, co było na "Czarodziejce z Księżyca". Może za krótko oglądałam, za mało zżyłam się z bohaterami, albo po prostu to była bajeczka na dwa wieczory (łącznie jakieś sześć godzin oglądania + dodatki), do której nie miałam sentymentu. Mogę po prostu powiedzieć, że mi się podobało, ale nie będę zachwalać "Kapłanek" tak, jak mogłabym to zrobić z innymi obejrzanymi przeze mnie anime.

Za to muzykę naprawdę gorąco polecam.

10 komentarzy:

  1. Nie lubię anime:D
    Ale "Czarodziejkę z księżyca" oglądałam z kumpelą namiętnie :D haha ;p

    OdpowiedzUsuń
  2. "Czarodziejka" to klasyka.
    Moim zdaniem każde anime jest tworzone na tej samej bazie, a moja mama mówi, że wszędzie są te same postaci, więc Was w pełni rozumiem ^^.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Czarodziejka" dla mnie była tępa. Oglądałam kiedyś anime trochę pod naciskiem kolegi. Jakoś bajkę o kobiecie-wilków-bóstwie, ale chyba najbardziej na świecie w sercu zagościli mi "Rycerze Zodiaku" - jednego z bohaterów planuję wytatuować, jako symbol wrażliwości i empatii.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie znosiłam bajek anime, gdzie postacie mają oczy niemal większe od głowy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Chcesz piękne, radosne anime, które zaskakuje na każdym kroku? ^^ Kaichou wa Maid-sama! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Matko, wszyscy komentują tylko jednym zdaniem: nie lubię anime, ech.

    Haters gonna hate! Ja za to kocham anime i kocham Kannazuki no Miko. Kreska jest dla mnie boska, to samo z muzyką. A na końcu? Na końcu płakałam jak bóbr. Zużyłam dwie paczki chusteczek. Niestety oglądałam to anime z lektorem, więc na przemian z zawodzeniem, parskałam śmiechem, jak lektor mówił "Ćikane Ćian" w sposób baaaardzo dobitny ; )

    I ja nie wiem, gdzie ja byłam ponad pół roku temu, że nie skomentowałam. Głupia ja ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nyx, ja się na kreskach nie znam, zwykle nie robi mi to różnicy :D. Ja chyba nie płakałam, nawet nie pamiętam. I na szczęście nie miałam lektora, bo pewnie bym się załamała. Lubię anime, choć oglądam je sporadycznie.

    Ćikane Ćian xD.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja to po prostu CHCE Bardzo żeby anime " Highschool DxD" Było kontyunowane na dłuuugoo :) Po prostu błagam bo mnie cholernie wciągło ;)))

    OdpowiedzUsuń