wtorek, 1 czerwca 2010

Berlin.

Nie rozumiem, dlaczego niektórzy (okay, spora część) ludzie uważają, że wyjazd za granicę na jeden dzień, to idiotyzm.
- Nie opłaca się - powiedziała moja koleżanka.
- Opłaca, gdybym pojechała na dłużej, wydałabym więcej pieniędzy.
Oczywiście nie zrozumiała żartu.
Najpierw ostatnia matura, która była moją porażką, a następnie picie miodu pitnego na krakowskim Rynku, żeby to uczcić. Potem szybki masz z moim komitetem pożegnalnym na Dworzec, żeby móc spędzić pięć godzin w pociągu do Warszawy. Ledwie dotarłam do Stolicy, musiałam spędzić prawie godzinę we wspaniałym pojeździe ZTM. Po chwili przerwy czekała mnie dziesięciogodzinna podróż autobusem w stronę przewspaniałego Berlina. W ciągu doby spędziłam ponad 17 godzin w podróży.
Na szczęście rankiem w sobotę przekroczyłam granicę Polsko-Niemiecką. Serce mi podskoczyło, w brzuchu pojawiły się motylki, a w polu widzenia wiatraki. Wszystko było inaczej. Może dlatego, że czekałam na to od tak wielu lat... Ale się doczekałam.
Po jakimś czasie wjechałam do Berlina. Szybko wraz z Camillą obleciałyśmy jedno muzeum. Kiedy z niego wyszłyśmy, dokonałam swojego pierwszego zakupu - "Das Buch vom Tee". Chyba byłam z niego najbardziej usatysfakcjonowana, niż wszystkiego innego.
Poodpadały nam nogi, ja sobie poszprechałam, na szczęście niezbyt dużo, jeszcze ktoś by się zorientował, że nie mam pojęcia o tym języku, wydałam dużo pieniędzy (zresztą... tylko jeśli się przeliczy euro na złote, w euro nie było tego tak znowu wiele...), zjadłam najlepsze sushi w swoim życiu, jednocześnie błądząc, żeby znaleźć Mittelstrasse. Berlin jest dziwny. Zachód jest na południu, wschód na północy...
Wieczór celebrowałyśmy w Starbucksie, wszystkim podając kod do toalety. Ucałowałam Bramę Brandenburską od koleżanki, zjadłam moje karmelowe Häagen-Dazs. Berlin był cudowny. Bardzo łatwo zapomnieć, że było się na wycieczce. Wyszło na to, że pojechałyśmy na zakupy. A w zasadzie wyszłyśmy na miasto, a potem miałyśmy wrócić do naszego berlińskiego mieszkania. No cóż. Zdarza się. Ale atmosfera niepowtarzalna.
Wracamy za rok, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz