czwartek, 10 czerwca 2010

"Japońska parasolka" - Rani Manicka




Z twórczością tej autorki spotkałam się po raz pierwszy bardzo dawno temu. To były wakacje, które spędzałam z kuzynką u babci na wsi. Z pewnością było to przed rokiem 2006. Uznajmy, że działo się to w wakacje 2005...

Była to miłość od pierwszego wejrzenia. W tamte wakacje przeczytałam ją dwa razy, a potem ją pożyczyłam (siedziała u mnie dwa lata, przez parę miesięcy miałam dwa egzemplarze w domu). W ten oto sposób zetknęłam się z moją ulubioną książką, "Matką Ryżu". Następnie pojawiło się "Dotknięcie ziemi", a w tym roku, dokładnie w moje urodziny, wyszła najnowsza powieść - "Japońska parasolka".

Jest to historia inna niż opisywane wcześniej przez Rani Manicką. A może nie tyle inna, co napisana nowym stylem. Wcześniej autorka pisała raczej w formie pierwszoosobowej, a każda z postaci miała swoje określone miejsca, w których się wypowiadała. W ten sposób historia była bardzo barwna, pokazywana oczami różnych osób. W "Japońskiej parasolce" narracja jest trzecioosobowa, a ujęcie problemu odrobinę... Nie umiem tego opisać, ale w każdym bądź razie nie tego się spodziewałam.

"Japońska parasolka" jest pisana w formie chwil. Przynajmniej ja to tak nazywam. Idziemy głównym tokiem powieści, ale są wątki poboczne, które się urywają, jak chwile właśnie. Nie umiem tego dobrze opisać. Rozdziały są krótkie, czasem się gubiłam, ale powieść jest lekka, przyjemna i szybko się ją czyta. Znalazłam w niej jedną literówkę, w ostatnim rozdziale. I właściwie nie wiem, o co w niej dokładnie chodziło, jaka była główna myśl. Czy miłość Parvati, czy jej więzi z dziećmi, czy może postać Mai? A może ogólnie pojęte "przeznaczenie"?

W powieści były też duchy. Pokazujące ludziom, którzy nie bali się patrzeć, jak należy żyć. Była miłość, seks i najwidoczniej nowe zainteresowania autorki, czyli wschodnia filozofia życia. Filozofia natury (a może po prostu taoizm?). Rani znowu wraca do tematyki wojennej, ale podchodzi do niej od innej strony. Nie ma tu już czystego okrucieństwa, jakie było w "Matce Ryżu", ale codzienność i miłość w czasie wojny z wrogiem. Pokazuje, że w czasie wojny sztuka i uczucia nie znikają, są po prostu zasłonięte przez zimne i niedostępne oblicze.

Jak widać, ja jeszcze tej książki do końca nie ogarniam. Czytałam ją ze strachem, że się zawiodę na mojej ulubionej autorce i, niestety, trochę moje obawy się sprawdziły. Ale liczę na to, że następna książka będzie lepsza. Póki co będę czekać na odpowiedni nastrój, żeby przeczytać "Japońską parasolkę" po raz drugi i zrozumieć ją od początku do końca, pokochać, a potem wracać do niej nieustannie, jak to robię z pozostałymi dwoma powieściami Rani Manickiej.

Polecam ją, ale może radzę zacząć zapoznawanie się z jej twórczością od "Matki Ryżu". Dobranoc.

6 komentarzy:

  1. A ja nie znam autorki, ale jak to mówię, czaję się na "Japońską parasolkę" już od jakiegoś czasu. Wypatrzyłam w księgarni i podoba mi się okładka oraz opis z tyłu książki. Kurcze, kiedy ja przeczytam wszystko, co bym chciała :)?

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, że bardzo ładnie piszesz recenzje? :) Ale książki nie przeczytam ;p.

    OdpowiedzUsuń
  3. Skarletka - Zastanawiam się dokładnie nad tym samym. Postanowiłam sobie zacny cel przeczytania wszystkich książek świata. Ostatnio się zorientowałam, że życia mi braknie.

    C.S. - Dziękuję ^^. Domyślam się, nie oskarżałabym Cię o to, ale "Dotknięcie ziemi" mogłabyś przeczytać, jest, powiedzmy, mało inwazyjne w świat Wschodu ;).

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie znam autorki i jej twórczości. Jeśli jednak zdecyduję się na jej książki, to zacznę zgodnie z Twoją radą od "Matki Ryżu"

    OdpowiedzUsuń
  5. Wezmę się najpierw za "matkę ryżu":)

    OdpowiedzUsuń
  6. Książkę przeczytałam rok temu i spodobała mi się ;) Miała w sobie to coś :)

    OdpowiedzUsuń