czwartek, 10 maja 2012

"Mój tydzień z Marilyn" - Colin Clark


Po obejrzeniu ekranizacji bardzo chciałam przeczytać książkę Colina Clarka „Mój tydzień z Marilyn”. Sama ekranizacja w pierwszej chwili mnie zachwyciła, za drugim razem podeszłam do niej ostrożnie i zaczęłam dostrzegać wszystko, co mnie w niej później irytowało. Z książką miałam podobnie – była dla mnie niczym trzecie podejście do filmu.

Zacznę od wad – książka wydaje się malutka, z za dużymi literami, które mają wypełnić puste strony oraz stanowczo za krótka. Z zalet wymienię okładkę [filmową]. Tyle na gruncie materialnym. Zaraz przychodzi treść, która jest o tyle bardziej skomplikowana, że totalnie w nią nie wierzę.

Colin Clark twierdzi, że nie mógłby jej wydać za życia MM. Wydawca obiecuje książkę „o czymś bardziej intensywnym i intymnym niż seks”. A ja obiecywałam sobie coś o prawdziwej Marilyn, a raczej Normie Jeane ukrytej za maską gwiazdy. Dostałam tylko gwiazdę. I wrażenie, że czytam kolejną książkę, która powstała tylko dlatego, że legenda Marilyn Monroe wciąż jest żywa i zawsze się sprzeda. Czytając, myślałam o filmie, miałam w głowie sceny i zauważyłam kilka drobnych zmian – jednak z tych dwóch rzeczy wybrałabym film dla jednej sceny zapłakanej MM. W książce ten sam moment wyszedł płasko i zupełnie mnie nie poruszył.

Zdecydowanie mogę tutaj skrytykować, że sama książka wydaje się być napisana pod publikę, a nie jako prawdziwy pamiętnik, jakim się próbuje mianować. Może jest tylko i wyłącznie o Colinie i Marilyn, ale też nie wnosi niczego. Nie pozwala wierzyć, że Marilyn nie była pusta, bo, choć denerwowało mnie to w filmie, mimo zapewnień autora słabo to widać. Mogę to wiedzieć, ale czy ktoś, kto o MM wiele nie wie, zdoła to zauważyć? I gdzie te uczucia, gdzie ta intymność? Gdzie jest to coś, „co mówi o Marilyn Monroe więcej niż setki jej biografii”? Nie ma. Ja nie widzę.

Za dużo słów o za małym znaczeniu. Za dużo marketingu, a za mało wartości. Nie wierzę słowom Colina Clarka. Wszystko, co zostało w tej książce zawarte, znalazło się w niejednej książce. Uważam, że to większa część jego fantazji niż prawdy. A nawet jeśli prawda, to zdecydowanie niewarta chwalenia się.

Jestem zawiedziona tą książką. Bo nie daje nawet w siebie wierzyć.

6 komentarzy:

  1. O, to chyba nie przeczytam. Chociaz film bardzo chcialabym obejrzec :-).

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem troszkę zaskoczona Twoją opinią, ale w sumie rozumiem. Mnie się ta książka spodobała, ale chyba patrzyłam na nią pod innym kontem. Albo po prostu się już starzeję xDD

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę koniecznie zobaczyć film, po książkę raczej nie sięgnę.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. I tak czytać nie zamierzałam...

    OdpowiedzUsuń
  5. Do samej książki jak i filmu podchodzę z dozą ostrożności i dystansu... Czy są na to jakieś dowody, ze w ogóle to prawda ? a może to po prostu kolejna tania sensacja ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nie, ale jeśli by były, to uważam, że Tobie pierwszej udałoby się je znaleźć :). Film mi się podoba, ale książka już nie. Film wydał mi się trochę bardziej realny, choć równie, cóż, hollywoodzki.

      Usuń