piątek, 15 maja 2015

"Czerwona królowa" - Victoria Aveyard

Kasta królów i kasta niewolników. Srebrni i Czerwoni. Nadludzie i ludzie. I jedna dziewczyna gdzieś po środku. Nadludzka czerwona, która z roli służby trafia do roli księżniczki. Tak w skrócie można opisać "Czerwoną królową", ale to nie wszystko.

Mare, główna bohaterka, zbliża się do wieku, w którym zostanie wcielona do wojska, ponieważ nie ma pracy. W dodatku okazuje się, że jej najlepszy przyjaciel traci swojego pracodawcę, przez co również czeka go "kariera" w armii, w związku z tym Mare postanawia ich uratować. W ten sposób zaczyna się historia.

By osoby zajmujące się czarnym rynkiem im pomogły, Mare musi zdobyć niemałą fortunę w ciągu zaledwie kilku dni, dlatego decyduje się na ryzyko i próbuje okraść Srebrnych. Bezskutecznie. Podczas dalszych prób zostaje znowu przyłapana, a następnego dnia dostaje wezwanie na dwór. I Mare pakuje się po raz kolejny w kłopoty, gdy całkiem przypadkiem jej ciało robi coś, czego nie powinno - ujawnia moc, której nie powinna mieć, w końcu jest słabą Czerwoną. W ten sposób pieczętuje swój los.

Pierwszy raz od bardzo dawna opisałam fabułę tak dokładnie (przynajmniej do pewnego momentu), ale to dlatego że poza fabułą w tej książce nic nie ma. Mamy elementy z "Rywalek", także takie z "Dotyku Julii" i innych książek tego typu. "Czerwona królowa" jest jednak słabo napisana (choć nie aż tak tragicznie jak "Dotyk Julii"), bohaterka doznaje objawień i nagle wszystko rozumie bez naprowadzających ją tropów. Coś się dzieje i ona po prostu WIE. A to przecież nie jest jej umiejętność. Zakochuje się, próbuje się buntować, ale z drugiej strony nienaturalnie szybko dostosowuje się do nowej sytuacji. Ta książka to tylko fabuła, nie ma w niej uczty literackiej ani nawet przystawki literackiej. To szklanka wody z kranu. Przejrzysta, bez smaku i twarda. Brak charakteru i cech szczególnych. Odmóżdża, relaksuje, ale ogólnie rzecz biorąc - niesamowicie denerwuje, jeśli ktoś oczekuję choć odrobiny pisarstwa w czytanej książce. To nie jedyna pechowa decyzja czytelnicza w maju, wkrótce opowiem Wam o innej...

Choć książka jest przewidywalna i zupełnie bez polotu napisana, spędziłam z nią przyjemne chwile. Wciąga, ale taka rola tych bezwartościowych bestsellerów. Więcej robić nie muszą. I nawet jestem ciekawa, co się stanie w kolejnych tomach (tak, bo to jedna z tych książek...).

Podziękowania na końcu mi się podobały.

8 komentarzy:

  1. Ja właśnie czytam inną książkę tego typu (te serie są jak klony), "Szklany tron". Ech, głupiutka i naprawdę słabo napisana. Ale dużo frajdy mam dzięki niej :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Niedawno również skończyłam czytać tę książkę i mam podobne odczucia do Ciebie. Nic odkrywczego i ambitnego tutaj nie znajdziemy. Wiele elementów jakby skopiowanych z innych książek (jak dla mnie jest tu taka mieszanka Rywalek, Dotyku Julii i trochę Igrzysk śmierci) jednak można ją szybko i względnie przyjemnie przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam książkę, czeka sobie na leniwy weekend, wodę i ciepełko, albo deszcz i gorącą herbatę

    OdpowiedzUsuń
  4. Haha, dobrze, że chociaż te podziękowania! :D Omijam, bo już takich książek mam milion na półkach nieprzeczytanych. Dosłownie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Przyjemne chwile z książką to dobrze spędzony czas :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie oczekiwałam od książki niezwykłości, ale mimo to się zawiodłam. Fakt, lektura nie jest ciężka, ale zarówno fabuła, jak i bohaterowie dość mocno mnie denerwowali. Poza tym mocno dała mi się we znaki wtórność - praktycznie każdy element już gdzieś kiedyś był

    OdpowiedzUsuń