piątek, 17 czerwca 2011

"Całując grzech" - Keri Arthur

Recenzja tomu pierwszego - "Wschodzący księżyc".

Z utęsknieniem wyczekiwałam nowych przygód Riley, a drugi tom został niestety wydany w niefortunnym okresie - sesji. Jak napisałam przy okazji części pierwszej - ta książka nie pozwala skupić się na nauce, tylko zmusza, by ją przeczytać natychmiast i ani sekundy później. Sytuacja powtórzyła się i tym razem - "Całując grzech" pochłonęłam w jeden dzień, całkowicie ignorując fakt, iż powinnam uczyć się do egzaminu. Dlatego właśnie seria Zew nocy mnie szczerze przeraża.

Kolejne spotkanie z Riley, Quinnem oraz Rhoanem obfitowało w znacznie więcej wartości. Keri Arthur ograbiła tę książkę ze sporej ilości miłości fizycznej, co oznacza, że było jej o wiele mniej, ponieważ Riley miała przez cały tom mnóstwo refleksyjnych momentów, które sprawiły, że seks przestał dominować w jej życiu. Po raz kolejny mnóstwo osób próbowało ją zabić, jednak tym razem robili to bardziej konkretnie. Wątki z pierwszego tomu zaczęły się rozwijać, komplikować i wprowadzać zamieszanie w jej życie. Również miłosne.

Współczułam Riley w tej książce, ponieważ za dużo spadło na jej głowę, a w dodatku jej stosunki z Quinnem brzmiały mi tak znajomo, że nie potrafiłam nie wczuć się w jej sytuację. Kłótnie, jakie prowadzili, były znowu tak realistyczne - każdy chce od drugiego czegoś innego, cały czas powtarza się te same argumenty, a druga osoba nie chce ich przyjąć do wiadomości, przy czym jedna pozornie się zgadza, ale za chwilę okazuje się, że tak naprawdę jest jej do tego daleko. Całkowite poplątanie, w którym się w pewien sposób zakochałam, ponieważ pomyślałam: Samo życie! I taki jest fakt. Ludzie się kłócą w naprawdę głupi sposób.

Ta część jest lepsza niż poprzednia. Poważniejsza - "Wschodzący księżyc" był zorientowany raczej na zabawę, tutaj zaś były poważne decyzje do podjęcia i przekraczanie pewnych osobistych barier, co uwielbiam we wszystkich książkach - pokazująca, że autorka faktycznie ma pomysł na serię i konsekwentnie nad nim pracuje, nie rozwiązuje zagadek po łebkach, ale drąży je książka po książce. Najważniejszy jest jednak fakt, że widać, iż Riley rozwija się emocjonalnie. Nie przypominam sobie, by w pierwszym tomie sprawiała takie wrażenie, a tutaj? Jestem z niej dumna.

Nie mogę również nie wspomnieć o mojej miłości do okładek tej serii - szkoda tylko, że akurat na "Całując grzech" ma krzywe usta. Nie znoszę krzywych ust. Ale mimo to mają w sobie coś cudownego, nastrojowego. Może na którejś okładce znajdzie się Quinn? Pobożne życzenia, wiem...

Serię polecam głównie dlatego, że jestem nią zauroczona. Racjonalnych powodów podać nie potrafię. Zresztą podejrzewam, że można się ich doszukać w moich recenzjach. Coś nowego, ciekawego, rozrywkowego. I wciąga lepiej niż odkurzacz. Zresztą... czy jest coś racjonalnego w uczuciach?

Za książkę bardzo gorąco dziękuję

6 komentarzy:

  1. Potwierdzam Twoje słowa, widzę obydwie jesteśmy podatne na Quinna :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No Ty tu takie recenzje piszesz a ja jeszcze pierwszej części nie przeczytałam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. konkurs trwa do 11 lipca. dzięki za zwrócenie uwagi :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na mnie ciągle czeka część pierwsza mimo, że nie mogę się już jej doczekać. :) Wszyscy tak chwalą....

    OdpowiedzUsuń
  5. w uczuciach racjonalne jest to, że są zazwyczaj nieracjonalne

    OdpowiedzUsuń
  6. Chyba sięgnę w wakacje, jak wyjadę sobie do Augustowa. Zawsze brakuje mi tam książek, a nigdy ze sobą nie biorę... Dzięki temu mam pretekst, żeby zajrzeć do tamtejszej CUDOWNEJ księgarni.

    OdpowiedzUsuń