środa, 15 czerwca 2011

"Pisarz, który nienawidził kobiet. Podwójne życie seryjnego mordercy" - John Leake

Seryjni mordercy. Płatni zabójcy. Psychopaci. Mam do nich wszystkich słabość. Nie wiem dlaczego, ale po prostu uwielbiam książki, filmy, piosenki, obrazy, zdjęcia... O czymkolwiek można sobie tylko zamarzyć z tej kategorii. (Niezdrowo) Fascynują mnie te postacie. Bywają momenty, kiedy sama się o siebie i swoje zainteresowania martwię. Niestety nic na to nie poradzę. Uwielbiam ten temat i koniec kropka.

Wydawnictwo Znak wyszło naprzeciw moim zamiłowaniom, wydając książkę Johna Leake o jednym z najciekawszych seryjnych morderców, który wcale nie zabijał gdzieś za oceanem (w porządku - tam też mu się zdarzyło), ale całkiem niedaleko - w Wiedniu (mieście, które uwielbiam, chociaż w ogóle go nie znam, ale w ostatnim czasie poznałam jego najmroczniejszą stronę - właśnie dzięki tej książce). Muszę przyznać, że ta książka jest niezwykła, dokładna i wydaje się, jakby autor prześwietlił Jacka Unterwegera na wylot. Przedstawił wszystkie jego zbrodnie, życie, motywy. Jednak nie można tutaj mówić o suchych faktach - tę książkę czyta się jak powieść i co chwilę trzeba sobie na siłę przypominać, że to nie fikcja literacka, ale prawdziwy brutalny świat. Historia, która miała miejsce w rzeczywistości, na początku lat 90'.

Nie mogę wyjść z podziwu dla autora, że tak konsekwentnie pracował nad tą książką. Nie mogę zaprzeczyć, że poświęcił jej wiele czasu i sił - widać to w tak świetnym opracowaniu wszelakich materiałów i stworzeniu z nich całości. Dlatego widzimy problemy Jacka, jego własne motanie się w alibi, zeznaniach i "pomyłkach". Ale z drugiej strony niezwykłą charyzmę, skrupulatność i pewność siebie. Niewielu jest ludzi tak pokręconych jak Jack Unterweger, a John Leake mnie o tym przekonał, chociaż nie było łatwo.

Mam jednak jedno małe "ale" do tej książki. Chociaż była naprawdę świetna i wciągnęła mnie w świat seryjnego mordercy, czułam, że autor był bardzo tendencyjny, pisząc ją. Widać z miejsca, że od samego początku jest święcie przekonany o winie Jacka i poniekąd narzuca czytelnikowi swoje zdanie, zamiast dać mu samemu zdecydować, czy uważa, że Jack faktycznie zabił te jedenaście kobiet. Ja nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, jednak gdzieś w podświadomości czaiła się irytacja z tego powodu. I smutne jest również to, że nie było jednoznacznych dowodów przeciwko mężczyźnie, chociaż akurat tego nie mogę zarzucić autorowi, a nieudolnym śledczym. Muszę przyznać, że rozprawa w sądzie była jedną wielką farsą i najlepszym fragmentem (dość sporym w dodatku). Jack Unterweger wodził wszystkich za nos aż do samego końca i właściwie powiedziałabym, że robi to nadal.

Wydawnictwo zaś skrytykuję za czerpanie z Larssona. Wiem, że te tytuły brzmią chwytliwie, ale po jakimś czasie ma się tego szczerze dość. Bardzo podoba mi się niemiecki oraz angielski tytuł i zostałabym przy ich tłumaczeniu.

Jednak tak naprawdę czepiam się głupoty. Bo książka jest warta przeczytania, jeśli ktoś się interesuje tematyką. Świetne przypisy, bibliografia, a każdy może na własną rękę dokładniej przyjrzeć się seryjnemu mordercy, sięgając chociażby po książki napisane przez niego samego. Podziwiam Johna Leake za trud, jaki włożył w tę książkę. Jest niezwykła. No i brawa za okładkę, z której patrzy na nas osobiście Unterweger. Jest świetna.

Polecam.

Za możliwość recenzji dziękuję wydawnictwu

7 komentarzy:

  1. Jakże się cieszę, że także dostanę tę książkę! Już nie mogę się doczekać. Bardzo fajna recenzja :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie też nie podoba się tytuł,dla mnie to rodzaj pasożytnictwa...ale mniejsza o to...

    Książkę z chęcią przeczytam.Widziałam nawet gdzieś zdjęcie tego mordercy i nigdy nie pomyślałabym mijając go nie daj Boże na ulicy,że jest zdolny do czegoś takiego.
    Bo jak to mówią,"tak mu dobrze z oczu patrzyło".

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Takie zapożyczanie tytułu tylko po to, żeby coś rozreklamować jest faktycznie nieciekawe.
    I dokładnie wiem co czujesz w stosunku do seryjnych morderców. ;) To JEST fascynujące, każdy ma przecież inne motywy, a każde kolejne mnie zaskakują.
    Przeczytam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Też mam skłonność do fascynacji seryjnymi mordercami. Stety albo niestety. W każdym razie ciekawi mnie ich proces myślowy, to co czuli i dlaczego robili to, co robili. Co siedzi w głowie kogoś tak szalonego by targać się na życie innych? Co nim kieruje?
    Jeśli będę miała jakieś fundusze, na pewno zaopatrzę się w tę książkę :]

    OdpowiedzUsuń
  6. Zadam Ci Alinko niedyskretne pytanie. :) Jak Ty znajdujesz czas na pochłanianie książek? Bo w Twoim przypadku to nie jest już zwyczajne czytanie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Vampire, to dobrze, że się cieszysz :D. Mi się najbardziej spodobała rozprawa, ciekawe, co spodoba się Tobie :)).

    Evito, podejrzewam, że mało który morderca wygląda na mordercę.

    Niedopisanie, rozczuliłaś mnie z tym romantyzmem, zwłaszcza że za chwilę idę się uczyć historii literatury... :D. Ale mordercy są naprawdę fascynujący, ach.

    De Merteuil, mam nadzieję, że Ci się spodoba!

    Toczko, ja mam ten sam problem "stety albo niestety". Sama nie wiem, czy moja fascynacja mieści się jeszcze w granicach zdrowego rozsądku, czy już nie.

    Karolino, zastanawiałam się nad Twoim pytaniem pół nocy. Głównie dlatego, że ja nie mam poczucia, bym pochłaniała książki. To jakoś tak wychodzi. Najpierw mam tydzień ciszy na blogu, bo praktycznie nie czytam, a w następnym tygodniu recenzja mogłaby się pojawiać codziennie (i teraz by tak było, ale ustawiłam sobie publikację co drugi dzień, coby Was nie zamęczać :D). To jest uzależnione od tego, ile mam rzeczy do zrobienia - mam mało, czytam mniej. Mam dużo - czytam więcej, żeby zapomnieć o tym, co zrobić powinnam. Czyli czytam kosztem innych rzeczy (jak np. teraz egzaminów - jeszcze się nie zaczęłam uczyć na jutrzejszy egzamin i zaliczenie, bo czytałam!). I działa mi to na nerwy. Ale cóż ja poradzę, że jestem skłonna zrobić wszystko, żeby tylko nie zabrać się za to, co muszę. Więc, Karolino, ja książek nie pochłaniam, one są moim murem obronnym przed obowiązkami :D. Zresztą przyznam się jeszcze do czegoś - te książki, o których ostatnio piszę, to w dużej mierze zaczęte kiedyś tam, a dokończone teraz - udało mi się w końcu do czegoś zmobilizować :D.

    OdpowiedzUsuń