czwartek, 15 listopada 2012

"Zbrodnia i Kojot" - Kevin Hearne




Co prawda w tym tomie nie ma kabalistów, ale skutki kabały, w którą w poprzednim tomie wplątał się druid, są aż nadto wyczuwalne. Nie bez powodu cała zgraja bogów piorunów napada go na samym początku książki i… zabija. Ostatniego druida. Jednak nawet śmierć nie uwalnia od pewnych zobowiązań. Szczególnie, gdy są to obietnice złożone jednemu z Pierwszych Ludzi, Kojotowi. Ten to potrafi skomplikować nawet coś tak prostego jak śmierć.

W każdym tomie zapoznajemy się z cząstką jakiejś mitologii. „Zbrodnia i Kojot” opowiada czytelnikowi co nieco na temat indiańskich wierzeń, zasad działania społeczności wampirów i także trochę wyjaśnia, co się dzieje po śmierci, w myśl zasady, że dostajemy tylko to, w co wierzymy.

O fabule opowiadać nie będę, ponieważ musiałyby to być bardzo daleko idące spojlery (szczególnie dla tych, którzy serii jeszcze nie czytali, a do czego gorąco zachęcam). Akcja jest ciągiem dalszym tego, co zgotował sobie Atticus w poprzednich tomach, więc jest (nie)wesoło.

Tom ten – oprócz śmierci i śmiertelnych niebezpieczeństw – zdaje się być mimo wszystko spokojny. Jak cisza przed burzą i cisza po burzy. W końcu ostatnio z tym mieliśmy do czynienia. A teraz martwy Atticus nie jest już zagrożeniem, jego uczennica jest niewielu znana, a Oberon… wciąż mówi o kiełbaskach i pudlicach, więc jest dobrze. A bogów się zbyt dużo nie pojawia. Po co, skoro druid nie żyje?

To część, która jest ucieczką od obowiązków. Próba znalezienia się w nowym świecie, nowej rzeczywistości, z nowymi zasadami. To tom zmian. I – podobnie jak „Raz wiedźmie śmierć” – wydaje się on być przygotowaniem do czegoś większego, czego autor nawet nie sygnalizuje. Wcześniej w miarę jasno dawał do zrozumienia, co może nastąpić, teraz trafiamy w niejaką próżnię – brak wiedzy i przypuszczeń. Oczywiście trudno uwierzyć w spokój, który będzie panował aż do końca serii. A może jednak? Może właśnie o to chodzi autorowi? Co on jednak zamierza w następnym tomie, który za dwa tygodnie pojawi się w USA i Kanadzie? (Proszę o niespoilerowanie, sama przeczytałam sobie opis „Trapped”.)

Od ponad roku jest to moja ulubiona seria fantastyczna. „Kroniki żelaznego druida” są bardzo dobre, zabawne i nie ograniczają się do banalnego romansu paranormalnego, lecz manewrują między różnymi systemami wierzeń, łączą je i mieszają. Brakuje tu nieomylnych bohaterów, nawet bogowie mają swoje słabości. Inteligentna, porywająca seria, za którą z całą pewnością zatęsknię, gdy się skończy. Z całego serca ją polecam, potrafi rozjaśnić nawet najmroczniejszy dzień przezabawnymi cytatami, sytuacjami i także całokształtem.

Wciąż jednak brakuje mi tu smoka. (O czym nie omieszkałam poinformować rok temu autora.)

2 komentarze:

  1. A ja wciąż nie przeczytałam pierwszej części...
    A bardzo bym chciała. Seria wydaje się wartościowa i łączy w sobie wiele aspektów, które cenię w powieściach.

    OdpowiedzUsuń
  2. I co na to autor? Odpisał Ci coś?

    OdpowiedzUsuń