środa, 20 maja 2015

Recenzje filmowe - Wątpliwość (11)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie(4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10)

Dziś: Wątpliwość – John Patrick Shanley/2008/USA

Drzwi szeroko zamknięte?

Ten film po prostu nie mógł być zły. Role główne kreowali w nim Meryl Streep i Philip Seymour Hoffman (niestety nieżyjący już od ponad roku), więc film nie mógł być zły. Film nie mógł być zły i z innego powodu. Jakiego? Zasiał… wątpliwość. Mój profesor od matematyki zawsze powtarzał, że najgorsze ze wszystkiego to nie mieć wątpliwości. To prawda, ale ta maksyma będzie jednak działać tylko do momentu wejścia do kin filmu „Wątpliwość”. Potem już nie. Zatem dobre są te dzieła, które problem rozwiązują, ale też te, które z pozornie poprawnych relacji wyłuskują właśnie wątpliwości, rzucają na szale prawd niedomówienia, nie precyzują ich, nie szukają odpowiedzi i unikają ukazywania jednowymiarowych bohaterów.
Akcja filmu dzieje się w Nowym Jorku w latach 60. minionego stulecia. Nie jest to bez znaczenia, bo jeszcze wtedy problem pedofilii nie był aż tak nagłaśniany, ani tak dokładnie rozpoznawalny. W szkole, którą twardą ręką zawiaduje siostra zakonna (Streep odtwarza tę rolę tak, jakby całe życie była siostrą zakonną, z wszystkimi wadami i zaletami tego stanu), uczy się czarnoskóry chłopiec. Jedyny w tej szkole. Jednym z nauczycieli jest ksiądz, który oprócz nauki religii, uczy młodych chłopców gry w koszykówkę, a w wolnych chwilach udziela rad wszelakich. Na przykład podpowiada, jak ładnie i skutecznie zaprosić dziewczynę do tańca. Że niby ksiądz nie może tego wiedzieć? Bzdura.
Któryś z krytyków filmowych napisał, że siostra przełożona jest starą, złośliwą babą, a ksiądz poczciwym, dobrodusznym katechetą. To nieprawda, która akurat w tym przypadku nie budzi wątpliwości. Siostra przełożona może i jest stara, ale jest też doświadczona przez życie, czuje się odpowiedzialna za dobro szkoły i swoich podopiecznych, a ten stan rzeczy nie może ulegać chwilowym kaprysom lub nadmiernej wyrozumiałości, na którą zwykły śmiertelnik może sobie pozwolić, ale dyrektor szkoły już nie. Wadą siostry przełożonej jest to, że… wątpi. A wątpliwości daleko posunięte potrafią zburzyć ład, a nawet mogą otrzeć się o społeczną herezję.
A Ksiądz? Och, ten urokliwy Hoffman. Kiedy już się zorientował w poczynaniach siostry przełożonej, zadbał o to, by nie być łatwym łupem, by dyrektorka nigdy nie zaznała pewności. Dlatego rozpoczął z nią grę. Pojedynek słowny tych dwojga to majstersztyk scenarzysty, reżysera i oczywiście samych aktorów. Oglądanie ich w tej bitwie to przyjemność godna smakowania najwspanialszych delicji. Ojciec Flynn jeśli ostatecznie okazał się niewinny to i tak zostawił (ku zmartwieniu siostry) malutkie poletko wątpliwości: czy aby na pewno niewinny? A jeśli okazał się winny, to też zostawił poletko wątpliwości: czy aby na pewno winny? Nie wiem. Hoffman zresztą potrafił trzymać widza w niepewności co do intencji bohaterów przez siebie odtwarzanych prawie zawsze. Tak było w „Mistrzu”, to samo odnotowujemy w „Capote”. W filmie „Wątpliwość” też nic nie jest oczywiste.
Fantastycznie emocjonalne napięcie, niepokój, zwątpienia i próby uporządkowania faktów i zamiarów obrazują wirujące, a często filmowane… liście. Bo liście raz leżą tu, w porywie wiatru nagle odlatują, potem wirują, wreszcie spadają niespodziewanie to na chodnik, to wpadają do klasy lub wdzierają się na szkolne podwórze. To one nam, widzom, uzmysławiają, jak łatwo jest wzniecić burze, jak łatwo zasiać zamęt, pogubić się w jakimś odwiecznym porządku. Bo wątpliwość, choć czasami twórcza, potrafi także cofnąć myślenie do ciemnogrodu, do czarownic palonych na stosie. Od wątpliwości tylko maleńki krok do podejrzliwości, a potem już tylko do zła.
Reasumując: siostra przełożona i ksiądz Flynn mogą i mają - za sugestią reżysera - budzić nasze wątpliwości, czyli zupełnie inaczej niż matka chłopca, o którego toczył się cały ten bój. To ona wypowiedziała znamienne zdanie: „Nie wiem, po czyjej stronie jest siostra, ale ja jestem po stronie tych, którzy chcą dobra mojego syna. Będzie siostra wśród nich?” Nie objaśniam tych słów, bo chcę zaprosić Was do obejrzenia filmu. Ale ja też jestem po stronie matki. Dlatego jestem po stronie księdza, który otworzył drzwi, by wpuścić w te prawie więzienne mury szkolne nieco liberalizmu. Uważam, że tych drzwi wcale nie otworzył za szeroko.

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska

poniedziałek, 18 maja 2015

"Odłamek" - Sebastian Fitzek

Od bardzo dawna nie czytałam thrillerów Fitzka i bardzo się za nimi stęskniłam. Na szczęście na półce czekał na mnie "Odłamek". Miły powrót do psychodelicznego świata autora.

Marc Lucas wpada w depresję po śmierci ciężarnej żony. Czuje się winny jej śmierci i gdy pewnego dnia w gazecie natrafia na ogłoszenie kliniki psychiatrycznej specjalizującej się w zapominaniu traumatycznych przeżyć, zgłasza się do eksperymentu. Jednak w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że nie chce tego robić i ucieka tylko po to, by się zorientować, że nie ma dokąd. Jego żona pojawia się nagle żywa w jego mieszkaniu, do zamka którego nie pasuje klucz. Jego karta kredytowa jest nieważna, w pracy jest obcy, a klinika nagle znika z powierzchni ziemi. Przy okazji trafia on na inną pacjentkę kliniki, której nie ma. No i co ma z tym wszystkim wspólnego jego brat?

"Odłamek" jest chyba najdelikatniejszą, najmniej zwichrowaną powieścią Fitzka. Jeszcze żadna z jego książek nie została przeze mnie odebrana w taki sympatyczny wręcz sposób, bez zadawania sobie pytań, jak on z tego wybrnie. Odebrałam ją jako najmniej skomplikowaną, choć wciąż rewelacyjną. Psychologicznie trochę głębszą na takiej normalnej, ludzkiej płaszczyźnie. Bo to najbardziej ludzka ze wszystkich jego książek, przez co mniej wyrazista.

Tym razem Fitzek nie powalił mnie na kolana, nie zaczęłam się zastanawiać, czy szukać dla niego dobrego psychiatry, ani też nie zaczęłam szukać psychiatry dla siebie.
To szósta przeczytana przeze mnie książka Sebastiana Fiztka. Recenzje pozostałych pięciu znajdują się na blogu. 


piątek, 15 maja 2015

"Czerwona królowa" - Victoria Aveyard

Kasta królów i kasta niewolników. Srebrni i Czerwoni. Nadludzie i ludzie. I jedna dziewczyna gdzieś po środku. Nadludzka czerwona, która z roli służby trafia do roli księżniczki. Tak w skrócie można opisać "Czerwoną królową", ale to nie wszystko.

Mare, główna bohaterka, zbliża się do wieku, w którym zostanie wcielona do wojska, ponieważ nie ma pracy. W dodatku okazuje się, że jej najlepszy przyjaciel traci swojego pracodawcę, przez co również czeka go "kariera" w armii, w związku z tym Mare postanawia ich uratować. W ten sposób zaczyna się historia.

By osoby zajmujące się czarnym rynkiem im pomogły, Mare musi zdobyć niemałą fortunę w ciągu zaledwie kilku dni, dlatego decyduje się na ryzyko i próbuje okraść Srebrnych. Bezskutecznie. Podczas dalszych prób zostaje znowu przyłapana, a następnego dnia dostaje wezwanie na dwór. I Mare pakuje się po raz kolejny w kłopoty, gdy całkiem przypadkiem jej ciało robi coś, czego nie powinno - ujawnia moc, której nie powinna mieć, w końcu jest słabą Czerwoną. W ten sposób pieczętuje swój los.

Pierwszy raz od bardzo dawna opisałam fabułę tak dokładnie (przynajmniej do pewnego momentu), ale to dlatego że poza fabułą w tej książce nic nie ma. Mamy elementy z "Rywalek", także takie z "Dotyku Julii" i innych książek tego typu. "Czerwona królowa" jest jednak słabo napisana (choć nie aż tak tragicznie jak "Dotyk Julii"), bohaterka doznaje objawień i nagle wszystko rozumie bez naprowadzających ją tropów. Coś się dzieje i ona po prostu WIE. A to przecież nie jest jej umiejętność. Zakochuje się, próbuje się buntować, ale z drugiej strony nienaturalnie szybko dostosowuje się do nowej sytuacji. Ta książka to tylko fabuła, nie ma w niej uczty literackiej ani nawet przystawki literackiej. To szklanka wody z kranu. Przejrzysta, bez smaku i twarda. Brak charakteru i cech szczególnych. Odmóżdża, relaksuje, ale ogólnie rzecz biorąc - niesamowicie denerwuje, jeśli ktoś oczekuję choć odrobiny pisarstwa w czytanej książce. To nie jedyna pechowa decyzja czytelnicza w maju, wkrótce opowiem Wam o innej...

Choć książka jest przewidywalna i zupełnie bez polotu napisana, spędziłam z nią przyjemne chwile. Wciąga, ale taka rola tych bezwartościowych bestsellerów. Więcej robić nie muszą. I nawet jestem ciekawa, co się stanie w kolejnych tomach (tak, bo to jedna z tych książek...).

Podziękowania na końcu mi się podobały.

środa, 13 maja 2015

Recenzje filmowe - Dwa dni, jedna noc (10)


Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9)

 Dziś: Dwa dni, jedna noc – Jean-Pierre i Luc Dardenne/2014/Belgia, Francja, Włochy

Wdowi grosz

Nominacja do Oskara dla Marion Cotillard za rolę w filmie „Dwa dni, jedna noc” w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa była mocno uzasadniona. Ja powiedziałbym, że nominacja należała jej się za całokształt, ale szczególnie za „nieużywanie efektów specjalnych w sposobie gry”. Wyważona dramaturgia tej gry ukazująca wątpliwości, załamanie, poddawanie się na przemian z ponowną determinacją, prowadzenie rozmów, przyjmowanie zarówno klęsk, jak i małych zwycięstw, którymi kończyły się niektóre z nich, były na pięknym, wycyzelowanym poziomie. Delikatność charakteru, posiadanie wewnętrznych moralnych oporów, uczciwość i godność to wszystko odnajdujemy w głównej bohaterce i również to wszystko w sumie przeszkadzało jej w realizowaniu podjętego przedsięwzięcia. Więc Sandra walczy o swój lepszy byt niechętnie, bez specjalnej wiary w to, co robi, gdyż słusznie uznaje, że walki tej nie uzasadniały żadne moralnie czyste zasady. Ale z drugiej strony sytuacja rodzinna i poczucie odpowiedzialności za los najbliższych nakazywały jej iść za radą męża i walczyć do końca, nawet jeśli swą prośbą miałaby wprawiać kolegów w zakłopotanie.
Bliskie ujęcia zastosowane w filmie powodowały, że miało się wrażenie, iż jest się w środku akcji, jakby między aktorami a widzami nie istniał żaden ekran. Właśnie te ujęcia, styl realizacji jaki zastosowali bracia Dardenne (wysmakowane realizacje filmowe tych reżyserów poznałam chociażby oglądając „Chłopca na rowerze”) oraz scenariusz dawały wrażenie oglądania bardziej filmu dokumentalnego niż fabularnego. Wysoki poziom filmu utrzymywany był też przez zastosowane słownictwo: ze świecą szukać tu przekleństw, nadętej bufonady, pretensjonalności. Czułość męża zachwycała, grzeczność dzieci własnych dobrze rokuje na przyszłość, a uczynność obcych daje nadzieję, że naprawdę żyjemy w cywilizowanym świecie. W rodzinie Sandry wszyscy się szanują, uważnie słuchają, pomagają sobie. Dziwne, prawda? Bo normalnie to wszyscy w filmie powinni palić, pić, przeklinać, wyzywać wzajemnie od niedorajdów, głupków, frajerów. A tymczasem nie ma tu francuskiego Lindy, który powiedziałby ze swą charakterystyczną flegmą w głosie „k… m…, nie chce mi się z tobą gadać”, i również tu nie wypowiada się słowa „nie” w amerykańskim stylu, czyli nie rozwala połowy domu, by owo „nie” było bardziej przekonywujące.
            Sandra w ciągu dwóch dni ma przekonać/poprosić – ona twierdzi, że wyżebrać – swoje koleżanki i kolegów, by zrezygnowali z premii, co pozwoliłoby jej zachować etat w fabryce. Sytuacja nie jest prosta, bo Sandra dopiero co przeżyła depresję, co z kolei daje atut i okazję szefowi, by usunąć ją z załogi jako pracownika niepełnowartościowego. Kobieta, bardzo wrażliwa kobieta, ma świadomość charakteru swej prośby, z jaką zwraca się do towarzyszy z grupy i tego, czego będzie wymagać od nich, w sytuacji dla wielu też nie najlepszej finansowo. Nie raz chciała podczas tej próby wytrwałości poddać się i już więcej nie prosić o łaskę, nie przekonywać, nie wymagać od nich karkołomnych kalkulacji, zachować twarz. Tylko dzięki mężowi w końcu w ciągu dwóch dni odwiedziła domy koleżanek i kolegów z grupy, w efekcie czego w poniedziałek, po weekendzie, odbyło się tajne głosowanie. Uzyskała… remis. Ten wynik jednak nie oznaczał końca filmu, gdyż szef przedstawił Sandrze pewną propozycję. Niemoralnej - ale nie w znaczeniu erotycznym – propozycji Sandra w swej szlachetności i uczciwości nie przyjęła.
            Film nie ma ścieżki dźwiękowej; muzyka pojawia się tylko raz, wtedy gdy francuski rock płynie z samochodowego radia. Sandra śmieje się też tylko raz, właśnie kiedy słucha tej muzyki. Nie ucieka się do tanich chwytów i nie wygląda jak zbity pies na skraju fizycznego i psychicznego wyczerpania, choć ma tylko dwie bluzki na zmianę. Sandra pomaga, choć sama potrzebuje pomocy. Sandra jest wrażliwa, choć rozumie mniej wyrozumiałych. Sandra nie krzywdzi. Sandra nie ma żalu. Dardennowie nie każą nam oceniać swego bardzo subtelnego dzieła, każą nam tylko zastanowić się na tym, co my byśmy zrobili na miejscu Sandry, jej męża, współpracowników i szefa.
Oglądałam ten film i myślałam o tym, że w Polsce takiego egzaminu ze współczucia, z ludzkiej przyzwoitości, wspaniałomyślności raczej nikt z pracowników by nie zdał. A dlaczego? Odpowiadając, posłużę się przykładem człowieka, który, aby opowiedzieć jak smakuje chleb, zaczyna od tego, jak to rolnik wychodzi w pole. Czyli powiem: już małe dzieci uczmy mówić: „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”, a wtedy nam na starość będzie miał kto podać szklankę wody, a w potrzebie ktoś inny odda nam swój ostatni wdowi grosz.   

                                                                                                    Małgorzata Ciupińska

poniedziałek, 11 maja 2015

"W Japonii czyli w domu" - Rebecca Otowa

Czytaliście "Dzieci z Bullerbyn"? Pamiętacie jeszcze, jak ta książka została zbudowana? Nie? Nie szkodzi, przypomnę. Przygody dzieci były opisane w osobnych, nie powiązanych ze sobą ściśle rozdziałach. Czytając "W Japonii czyli w domu" odniosłam podobne wrażenie, niemniej pozbawione fabuły. Autorka z całego serca pragnie przedstawić nam piękno kraju, ale jeden rozdział z drugim nie ma nic wspólnego. Poza jej rodziną, domem i samą Japonią. Mówiąc krótko: to takie "Dzieci z Bullerbyn" bez fabuły.

Może brzmi to trochę ostro, ale książka, którą niegdyś bardzo mocno chciałam przeczytać, rozczarowała mnie pod tym względem. Z opisu nie wynika to, co dostałam. Spodziewałam się historii życia w Kraju Kwitnącej Wiśni, a dostałam pean na temat poszczególnych elementów japońskiej kultury. I milion pytań, na które nie otrzymałam odpowiedzi. Nie wiem, dla kogo ta książka powstała, ale na pewno nie dla czytelnika.

Postaram się zatem uporządkować zarzuty, co nie jest zbyt proste. Na początek weźmy zmianę tematu co parę stron. Nim oswoję się z treścią i choćby przemyślę te dziesiątki pytań, które pojawiają się w mojej głowie co kilka zdań, Rebecca Otowa uznaje, że wyczerpała ów temat i zajmuje się kolejnym. Do poprzedniego nie wraca. Jeden rozdział ma średnio trzy strony. Rodzina Otowy pojawia się jako statyści i często nie są tam nawet potrzebni. Autorka zaś balansuje na granicy bycia użyteczną dla treści, a elementem frustrującym. Z jednej strony pragnie się po japońsku wycofać ze światła jupiterów (czyli oka i myśli czytelnika), a z drugiej nieustannie zaznacza swoją obecność w sposób tak mało jednoznacznie sensowny... W końcu próbuje opowiadać o swoim życiu, czy o życiu w Japonii, bazując na własnych doświadczeniach? Po lekturze wciąż tego nie wiem. Choć czasem jest użyteczna, gdy mamy do czynienia z jej rolą jako gaijina, czyli obcego. Z tym wiąże się też wkładka ze zdjęciami. Ich część jest w formie, jaką obrała ta książka, zupełnie niepotrzebna. Jeśli ktoś deklaruje, że pracował nad książką sześć lat, mam prawo oczekiwać czegoś na przynajmniej przyzwoitym poziomie. Moim zdaniem "W Japonii czyli w domu" tego poziomu nie ma.

Myślę, że ta pozycja miałaby szansę być czymś świetnym, gdyby poszczególne tematy (bardzo interesujące i widać, że Otowa ma pojęcie o rzeczach, o których próbuje pisać) zostały wyczerpane, a nie tylko napomknięte i gdyby autorka zdecydowała się, czy opisuje historię swojego życia wraz z niesamowitymi doświadczeniami, jakie zebrała, czy też przewodnik po kulturze japońskiej "od środka". To tylko szkic, a nie pełnowartościowa książka. Wywołało to we mnie niemałą frustrację, ponieważ widzę potencjał, który został bezmyślnie wyrzucony w błoto. 

Nie mam nic więcej do dodania.

piątek, 8 maja 2015

"Lawendowy pokój" - Nina George

Z początku myślałam, że "Lawendowy pokój" to jedna z tych płytkich historii o kobiecie, która rusza w świat, by odnaleźć siebie i miłość swojego życia. Taki wrodzony sceptycyzm bardzo pomaga w pozytywnym rozczarowaniu się lekturą. Choć w tym wypadku było nieco inaczej. W "Lawendowym pokoju" się zakochałam i wylałam wiele łez. I mam to bardzo dosłownie na myśli. Fizycznie i mokro.

Kobiety grają w tej powieści pierwszoplanową rolę, ale nie w tradycyjny sposób - jako aktywne uczestniczki fabuły - lecz jako wspomnienia, cele, media w podejmowaniu działań, które pomagają odnaleźć się w życiu (przeszłym i obecnym), by móc zbudować pełnowartościową przyszłość. Niemniej to mężczyźni ruszają w świat, by odnaleźć tę jedyną, która pojawia się jako duch w ich sercach. To prawdziwi mężczyźni, romantyczni i kochający aż po grób. Do czego jednak zaprowadzi ich ta droga?

Głównym bohaterem jest księgarz - lekarz dusz - Jean Perdu, który w pewnym momencie życia dostaje wiadomość, którą tak naprawdę dostał wiele lat wcześniej, ale jej nie przeczytał. I gdy to robi, rusza ze swoją łodzią, na której mieści się jego księgarnia Apteka Literacka, w świat. Nim na dobre odbije od brzegu, na pokład wskoczy młody pisarz, który postanawia popłynąć z nim, dokądkolwiek miałoby to być. Bo cele są początkowo dwa - odwiedzić ukochaną kobietę i odnaleźć prawdziwego autora pewnej wspaniałej książki.

Cała powieść pachnie lawendą, starymi książkami i morzem. Najbardziej kojarzy się z gwiaździstym niebem, szumem fal i promieniami słońca odbijającymi się od powierzchni wody. Smakuje dobrym winem i przytula się niczym mruczący kot. Obejmuje jak najlepszy kochanek. Co tu dużo mówić... Ta książka żyje i całą sobą pochłania. Nie ma w niej przesady, czy jakichś niedopowiedzeń. Jest skrojona na miarę. Nie ocieka lukrem, ale też nie jest gorzka. To bardzo pozytywna powieść o miłości, przyjaźni, rodzinie... O przywiązaniu, odejściu. Chorobie i zdrowiu. O życiu, choć trochę innym. Jednostkowym, hermetycznie zapakowanym. Bo tu o uczucia chodzi, a nie realizm przedstawionych zdarzeń. Po "Lawendowym pokoju" i tak zaczyna się wierzyć we wszystko.

To jedna z najpiękniejszych książek, jakie miałam okazję w ostatnim czasie przeczytać. Najchętniej wcisnęłabym ją w ręce każdemu, kto dla mnie coś znaczy, bo mi ta książka dużo dała. Pomogła mi zdefiniować życie na nowo.

poniedziałek, 4 maja 2015

"Alera. Geliebter Feind" ("Legacy") - Cayla Kluver

Czasem można w koszach z przecenionymi książkami trafić na prawdziwe cuda i dopóki nie zacznie się ich czytać, nie zdaje się sobie sprawy, co za skarb trafił właśnie w ręce. Wprawdzie skarb literatury młodzieżowej, ale w niczym to nie przeszkadza.

Nie wiem, co mnie przekonało, bo opis nie był jakiś szczególnie zachęcający, a okładka już w ogóle... Uparłam się, że muszę to mieć i zaczęłam czytać. Poznałam Alerę - następczynię tronu Hytanici, która musi znaleźć sobie męża, ponieważ zbliżają się jej osiemnaste urodziny i wtedy właśnie ma odbyć się ślub. Przy okazji po latach pokoju zapowiada się powoli powrót wojny. Do kraju powraca porwany za czasów poprzednich porachunków chłopiec (teraz już młody mężczyzna) i nie wiadomo, kim on w głębi duszy jest - Hytańczykiem, czy Cokyrczykiem. Niesfornej i niepoprawnej Alerze nie przeszkadza to jednak zakochać się w nim.

"Alera. Gelibter Feind" ("Alera. Ukochany wróg" - zaś oryginalny tytuł angielski to "Legacy", czyli "Dziedzictwo") jest pierwszą częścią trylogii. Ten tom autorka zaczęła pisać w wieku czternastu lat. Jest to o tyle istotne, że ta książka (przynajmniej w niemieckim tłumaczeniu) jest bardzo dobrze napisana, bogatym językiem i nie ma zbyt wiele słabych punktów. Mimo wszystko kilka się znajdzie, m.in. zbyt powolny rozwój akcji (książka liczy sobie grubo ponad pięćset stron, ale tytułowy Narian pojawia się pojawia się po ponad stu stronach i nim na dobre wejdzie do akcji, mija połowa książki). Mimo to bohaterowie są zabawni, niejednoznaczni i sprawiają dużo radości w trakcie lektury. Ta książka należy do gatunku fantastyki, jednak w pierwszym tomie o magii jedynie słyszymy (Overlord włada czarną magią, mamy proroctwa i święte ziemie, jednak te wątki nie są rozwinięte), skupiamy się na dziewczęciu rozbitym między dwoma mężczyznami, miłością a obowiązkiem, dobrem kraju a swoim własnym. Autorka zarysowuje kultury wrogich krajów, które różnią się od siebie niczym dzień od nocy i przedstawia nam powoli sytuację, z którą się w kolejnych tomach zmierzymy. Bohaterowie też nie powiedzieli ostatniego słowa i niejednokrotnie nas zaskoczą. Tajemniczość jest w cenie.

Owszem, ta książka ma w sobie trochę naiwności typowej dla literatury młodzieżowej, ale zdecydowanie mniej niż miałam okazję doświadczyć. Mniej więcej w połowie, znużona drepczącą powoli do przodu akcją, uznałam, że po drugi tom nie sięgnę, jednak później wszystko przyspieszyło, problemy się powiększyły i "Alera" nabrała barw. Jestem bardzo ciekawa, jak to się rozwinie.

Jestem pod wrażeniem talentu, jakim wykazała się czternastoletnia Cayla Kluver. Szkoda, że ta książka nie została przetłumaczona na polski (wygląda na to, że w ogóle nie zdobyła dużej popularności, choć autorka kończy już swoją drugą trylogię "Heirs od Chrior"). Poza wspomnianymi przeze mnie wielokrotnie dłużyznami jest ona naprawdę dobra. A z całą pewnością lepsza od - podobnych pod pewnymi względami - "Rywalek" Kiery Cass. A przecież Alera ma w sobie wszystko, co się dobrze sprzedaje! Zakazaną miłość, odpowiedni wiek, status następczyni tronu, ślub na karku i charakterek...

Niezbadane są wyroki list bestsellerów...

piątek, 1 maja 2015

"Sieć rozkwitającego kwiatu" - Lisa See

Lisa See wdała się w romans z kryminałem. Gdy pierwszy raz o tym usłyszałam, doznałam lekkiego szoku. W końcu zaczęłam czytać i... odłożyłam "Sieć rozkwitającego kwiatu" na półkę, gdzie czekała na mnie ponad dwa lata. Mówiąc krótko: początek mnie śmiertelnie znudził.

Gdyby to był mój egzemplarz, pewnie by wciąż leżał, ale że pożyczony, postanowiłam się z nim w końcu zmierzyć od momentu, w którym przerwałam i co się stało? Wsiąknęłam. Miałam jakieś mgliste wspomnienia z tych pierwszych czterdziestu stron, ale nie były mi one do niczego potrzebne - dziać zaczęło się od momentu, w którym wtedy przerwałam. I nim się obejrzałam, ta fascynująca przygoda dobiegła końca, a ja zaczęłam się domagać drugiego tomu. Zacznijmy może od początku...

Chiny i USA nie mają najlepszych stosunków politycznych i bardzo unikają współpracy, gdy jednak syn ambasadora USA w Chinach zostaje zamordowany, a jednocześnie syn wysoko postawionego urzędnika Chin zostaje odnaleziony martwy u brzegów Los Angeles, zostaje zawarte porozumienie. David Stark i Liu Hulan zostają oddelegowani do tej sprawy. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że wiele lat temu coś tę dwójkę łączyło - romans, który zakończył się równie niespodziewanie, jak się zaczął.

Lisa See pokazuje nam Chiny od wyjątkowo mało romantycznej strony. Kraj pełen inwigilacji, korupcji i braku życia osobistego. Z drugiej strony kontrastuje go z pełnymi wolności Stanami Zjednoczonymi. Otrzymujemy służby porządkowe obu krajów, różne metody przesłuchań i traktowania przestępców, a także zachowania danych osób w swoim i obcym kraju. "Sieć rozkwitającego kwiatu" to kalejdoskop kulturowy pełen tak subtelnych i nieprzeniknionych zasad funkcjonowania, że aż dech zapiera. Lisa See stworzyła kolejną niemal genialną książkę, w której pokazuje Chiny w całkiem innej odsłonie niż tej dotąd prezentowanej - ale w końcu znajdujemy się w świecie o wiele bardziej współczesnym (pierwsze oryginalne wydanie tej powieści to rok 1997 i mniej więcej do tego czasu odnosi się jej akcja) i niesie to za sobą pewne konsekwencje.

"Sieć rozkwitającego kwiatu" to doskonale wyważony kryminał obyczajowy, z nieprzesłodzonym romansem i sporą dawką kultury chińskiej w kontraście do tej lepiej nam znanej - amerykańskiej. Lisa See po raz kolejny zachwyca świetnym warsztatem, przemyślaną fabułą i bezkompromisowością, jaką przedstawia. Opisuje to, co widzi. Nie demonizuje, nie upiększa. Po prostu pokazuje swój świat tak wiarygodnie, jak tylko potrafi.

Przykro mi, że z początku nie doceniłam tej powieści. Jest rewelacyjna.