poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"3096 dni" - Natascha Kampusch

Natascha Kampusch towarzyszy mojej świadomości od dziewięciu lat - od momentu, gdy udało jej się wyrwać z rąk porywacza po ośmiu i pół roku niewoli, a prasa, także polska, zabijała się za informacje o niej. Mogłabym Wam nawet opowiedzieć dokładnie o całej otoczce, w której się o tej historii dowiedziałam, ale nie ma to sensu. W każdym razie wszystko doskonale pamiętam. Jakiś czas później Kampusch pojawiła się w "Rozmowach w toku" i został jej poświęcony cały odcinek. W jakiś sposób czułam się z nią powiązana i jej autorską książkę (napisaną przy pomocy dwóch innych kobiet) od lat pragnęłam przeczytać.

Pisanie o "3096 dni" jest szczególnie trudne, ponieważ nie mam prawa oceniać przeżyć i myśli osoby, która przeszła przez piekło. Postaram się zatem opowiedzieć o wrażeniach czytelnika tekstu, skupiając się na jego konstrukcji, języku i sposobie narracji, a na temat moich bardziej osobistych przemyśleń odnośnie całej sytuacji powiem tylko parę słów, na końcu. Mam szczerą nadzieję, że bez krzywdy dla Nataschy Kampusch.

Książka ta nie jest suchą relacją (choć znajdują się tam elementy takowej w postaci kartek z pamiętnika), lecz momentami niemal powieścią. Porywającą, brutalną, ze sporą ilością tłumaczeń, wyjaśnień i własnych interpretacji. Właśnie te momenty mi przeszkadzały - choć wiem, że Kampusch napisała tę książkę jako element terapii, jako czytelnik nie potrzebuję psychologicznych dygresji, dla których nie ma jednoznacznego naukowego potwierdzenia (autorka o takowym nie wspomina, więc traktuję to jako jej własne przemyślenia). W dodatku pewne rzeczy często się powtarzają - niemal dosłownie. Wystarczyłoby napisać je raz. Tłumaczenie też nie jest najwyższych lotów, nie znajduję usprawiedliwienia dla używania niemieckich słów w polskiej wersji, gdy po pierwsze: przeciętnemu czytelnikowi, który nie zna niemieckiego, nic nie mówią, a po drugie: istnieją adekwatne słowa po polsku, jak w przypadku stwierdzenia "ersatz matki". Przez książkę przewinęło się parę takich kwiatków, a także niezrozumiałych konstrukcji zdań, przy których musiałam się zatrzymać, by zrozumieć (z mniejszym lub większym sukcesem), co tłumacz miał na myśli. Ale redaktor to przepuścił - tak samo jak dwóch korektorów kilka nieprzyjemnych literówek. Dodatkowo czcionka jest za duża, a marginesy za wąskie. Muszę przyznać, że pod tym względem dawno się tak nie denerwowałam, czytając jakąkolwiek książkę. Treść wybacza, choć jest czasem chaotyczna i nieułożona. Jakby Kampusch wyrzuciła z siebie wszystko, co miała do powiedzenia, po czym nie przejrzała tekstu, by go jakoś przyzwoicie literacko poskładać. I gdzie to wsparcie pań Gronemeier i Milborn, które są redaktorkami i autorkami?

Niemniej zachwyciło mnie kilka rzeczy, jeśli chodzi o podejście bohaterki do pewnych spraw. Po tej książce zaczęłam postrzegać syndrom sztokholmski w inny sposób (tutaj odsyłam do lektury) - zwyczajnie przyznaję jej rację i kajam się, że nigdy wcześniej tego tak nie widziałam. Kampusch przedstawiła też w niesamowity sposób reakcję społeczeństwa na rolę, jaką postanowiła przybrać, gdy wydostała się na wolność. Jest ona mocno zastanawiająca i przerażająca. Dla tych dwóch elementów warto przeczytać całość.

Domyślam się, że dla osób nie znających historii dziewczyny ta pozycja nie będzie zbyt atrakcyjna (może jeszcze poza tymi, którzy chętnie czytają o psychopatach), jednak polecam ją dla uzupełnienia własnego obrazu społeczeństwa. Kampusch ma kilka świetnych spostrzeżeń, które szkoda byłoby przegapić.

4 komentarze:

  1. Jest na mojej liście książek do przeczytania i przyznam, że nie mogę się doczekać, aż wpadnie w moje łapy. Cała historia mną wstrząsnęła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po tej książce wstrząśnie jeszcze bardziej.

      Usuń
  2. Czytałam kiedyś i długo nie mogłam zapomnieć o tym co napisała Natascha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co sądzisz na temat jej postrzegania syndromu sztokholmskiego oraz reakcji społeczeństwa na jej osobę już po uwolnieniu?

      Usuń