wtorek, 8 stycznia 2013

"Notes from my travels" - Angelina Jolie



Angelina Jolie w wywiadzie udzielonym kilka lat temu stwierdziła, że nigdy niczego nie napisała (po napisaniu scenariusza do "In the land of blood and honey" już raczej tego nie powtórzy). Aktorce dość często zdarzają się stwierdzenia niezgodne z prawdą (co można zauważyć, znając dobrze jej biografię). Mam wrażenie, że ma lekkie skłonności do mitomanii. Niemniej jedno jest pewne – może i Angelina niczego nie napisała, ale zdecydowanie pod jej nazwiskiem została wydana książka, która jest zbiorem notatek z jej podróży do krajów, w których goszczą uchodźcy z niebezpiecznych, sąsiednich. Bardzo długo szukałam tej książki, aż w końcu udało mi się ją kupić. Było to ponad rok temu i dopiero teraz zdołałam ją skończyć. Nie bez powodu. Zaczynałam ją chyba cztery razy, aż znalazłam w sobie tyle siły, by przeczytać do końca, a nie wracać do początku.

Bez wątpienia nie jest to zła książka. Jednak ocenianie dzienników jest trochę bezcelowe, bo nie są pisane pod czytelnika. Angelina sama stwierdziła, że nie wie, kto to przeczyta – najwidoczniej nie miała wobec swoich zapisków planów publikacji. Dopiero później staje się to bardziej realną myślą. Pisze ona bardzo prostym językiem, nie komplikuje. Z pokorą opisuje, co zobaczyła. Momentami zdaje się, że jest tej pokory trochę za dużo, choć to może być moje przewrażliwienie, bo wciąż patrzyłam na nią jak na aktorkę, choć w tej książce jest bardzo daleka od afiszowania się swoim zawodem. Jest wrażliwą kobietą. Po prostu.

Piękne jest w tej książce, jak można docenić, co się ma. Jak sama autorka docenia to, kim jest i ma nawet lekkie wyrzuty sumienia w związku z tym. Przyjeżdża do świata, gdzie nikt jej nie zna, podejmuje pewne ryzyko, ale z drugiej strony jest tam w jakiś sposób szczęśliwa. To zaraźliwe. Ta chęć pomocy. I wdzięczność ludzi – nie tyle za samą pomoc, co za obecność. Historie te są straszne, ale na swój sposób piękne. Jak ta, która poruszyła mnie najbardziej, a którą pozwoliłam sobie przetłumaczyć. Dokładniej jest to zakończenie historii.


Zadał mu pytanie po hiszpańsku. Nagle łzy wypełniają jego oczy i nie może mówić. William mówi „Zapytałem go, jak została zabita jego rodzina”. Patrzę na mężczyznę, a on patrzy na mnie, jakby mówił „Proszę, nie zmuszaj mnie do mówienia o tym”.
Przerwałam pisanie na kilka minut. Próbował nie płakać. William powiedział mu, że nic się nie stało. Może mówić tylko o tym, o czym chce. Mężczyzna przeprasza. Możesz sobie wyobrazić? Kogoś przepraszającego, ponieważ nie jest w stanie ci powiedzieć, jak zabito jego rodzinę.
(…)
Gdy odchodził, podziękowaliśmy mu za rozmowę. On podziękował nam za słuchanie. Wychodząc, uśmiechał się.
(…)
Chwilę później wrócił i wręczył mi mały talerz z jedzeniem. William powiedział „Ugotował to, by podzielić się z naszym gościem”. Uśmiechał się. Nie wiedziałam, co powiedzieć. (str. 203)


Szczodrość ludzi, którzy nic nie mają. Uśmiech ludzi, którzy stracili wszystkich. Ta książka pokazuje rzeczy proste i bezcenne. Oczywiście łatwo to mówić z odległości, jednak… zazdroszczę jej, że mogła to przeżyć. Że miała namacalną możliwość zrozumienia pewnych rzeczy. Z dystansu nie jest to tak proste.

Nie zawiodła mnie ta książka, ale też nie zachwyciła. Jednak nie w tym rzecz. I cieszy mnie, że moje pieniądze zostały przekazane UNHCR. Bo właśnie tam idą tantiemy autorki za tę książkę.

3 komentarze:

  1. Nie przepadam za tą panią. I wiem, że to niesprawiedliwa ocena i tak naprawdę nic o niej nie wiem, ale mam wrażenie, jakby jej dobroczynność była pozą.
    A nawet jeśli, to w sumie, co z tego, jakby to nawet była maska. Ważne, że robić coś dla innych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że ona akurat takich póz nie potrzebuje. Gwiazdy robią to zwykle po to, by zyskać więcej popularności. Ale masz rację, że ważne, by coś robić. Mniejsza o intencje. A ona robi :).

      Usuń
  2. Mówiąc że nic nie napisała pewnie miała rację. Zapewne zostało to komuś zlecone :D

    OdpowiedzUsuń