piątek, 5 października 2012

"Wu wei. Płyń z prądem życia" - Theo Fischer



W dzisiejszych czasach (jak to brzmi w kontekście mojego wieku…) kariera i pieniądze stają się, a raczej są, bardzo istotnym elementem w życiu. A w niektórych przypadkach jedynym elementem. Stres, pośpiech i nieustanne parcie naprzód, walka z własnymi słabościami, by być lepszym i osiągnąć więcej. Oczywiście kłóci się to z wieloma receptami na szczęśliwe życie i na osiągnięcie w nim czegoś więcej. Trudno sobie wyobrazić, że można coś zyskać bez ciężkiej pracy i wielu ludzi skupia się tylko na jednym – by coś osiągnąć, by móc normalnie żyć. Już w wieku gimnazjalnym powinniśmy wiedzieć, co chcemy robić w przyszłości i w ten sposób ukierunkować naszą edukację. Podejmować decyzje i myśleć strategicznie. Często okazuje się, że to się nie sprawdza. Zwyczajnie coś się psuje. A może lepiej byłoby po prostu dać się ponieść prądowi życia?

Kilka lat temu przestałam walczyć o to, co sobie wymyśliłam. Chciałam iść na prawo – zrezygnowałam z tego, ponieważ nie chciałam zdawać matury z historii. Poszłam na kierunek awaryjny, choć parę lat wcześniej chciałam studiować w Niemczech. Zostałam w Polsce. Po roku jednak los sam wysłał mnie do kraju za Odrą, choć wcale się o to nie starałam. Nie próbowałam przebić się w tamtym kierunku na siłę. I dostałam to, czego chciałam. Tak na przykładzie można opisać działanie zasady wu wei. Te słowa oznaczają „niedziałanie” i są częścią życiowej filozofii Tao. I, jak to jest napisane w książce, nie oznaczają, że mamy być leniwi i nic nie robić, ponieważ przeznaczenie i tak da nam to, co jest nam pisane. Nic bardziej błędnego. To posuwanie się naprzód, jednak bez kurczowego trzymania się wytyczonej wcześniej ścieżki. Życie, wszechświat, same wiedzą, co jest dla nas najlepsze i gdy poddamy się możliwościom rozwoju, zaryzykujemy, mamy szansę zyskać coś więcej. Powinniśmy uważnie obserwować nasze życie i korzystać z tego, co dostajemy. I żyć spokojnie.

Oczywiście opisałam to wszystko pobieżnie, jednak dzięki temu możecie się dowiedzieć, o co chodzi w tej książce i co ona pragnie przekazać. „Wu wei. Płyń z prądem życia” mówi jednak znacznie więcej, lepiej tłumaczy, na czym polega zasada wu wei. Ta mała książka zadrukowana brązową czcionką jest niestety trochę przegadana. Autor tak dokładnie pragnie wszystko wytłumaczyć, że pisze znacznie więcej, niż jest potrzebne. Książkę tę czyta się z tego powodu dość trudno, można się zgubić w wywodzie autora. Lecz jest na to lekarstwo – po przeczytaniu całości można otwierać ją w dowolnym punkcie i czytać pojedyncze zdania, dzięki czemu wybrniemy z natłoku informacji i będziemy mogli zastanowić się nad poszczególnymi aspektami.

Od dawna zastanawiałam się, jak nazywa się mój sposób na życie. Czym się kieruję, podejmując decyzje, a przynajmniej ich większością. Oczywiście do oświecenia mi daleko, jednak wiem już, że ktoś nazwał moją filozofię – wu wei. Jest to zagadnienie warte sprawdzenia, ponieważ mogę sama potwierdzić, że działa. W moim przypadku o wiele bardziej niż osławiony „Sekret”. Nie wymaga wmawiania sobie czegoś, lecz popłynięcia z prądem. I to czasem wydaje się zbyt trudne. Theo Fischer udowadnia, że wcale nie musi tak być.

Polecam szczególnie osobom zainteresowanym samorozwojem. A także szukającym innego podejścia do życia.

7 komentarzy:

  1. Myślę, że książka by mi się spodobała. Lubię te od Astro ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy nie lubią takiego życiowo-filozoficznego "bełkotu", ale skoro lubisz książki od tego wydawnictwa, powinna Ci się spodobać, a przynajmniej zmusić do jakiegoś zastanowienia, a to jest dobre :).

      Usuń
  2. Myślę, że warto czasami taką pozycję przeczytać. Pozwoli to na chociaż częściowe przewartościowanie swojego życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie. Łatwiej się wtedy nad nim zastanowić.

      Usuń
  3. Ja uwielbiam takie książki i staram się zgłębiać różne filozofie życia, gdy tylko mogę. Nie ograniczam się do jednej doktryny. Jednak ta zupełnie mi nie odpowiada. To taka bezwolność. Wiem, wiem, że można argumentować, że to nie bezwolność, a zwykłe nie trzymanie się silnie jednej drogi. W sumie uzasadnię to inaczej: jestem właściwie w takim punkcie jak Ty kiedyś. Chcę zdawać na prawo (lub inny kierunek humanistyczny, ale prawo, póki co jest na pierwszym miejscu.) i jestem przerażona maturą z historii. Ale postanowiłam, że nie będę rezygnować z wymarzonego kierunku studiów. Pokupywałam sobie repetytoria i właściwie chodzę teraz z historią w ręku nawet do toalety. To jest moja metoda, ta z książki mnie w ogóle nie przekonuje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ta historia nie do końca na tym się zatrzymała - mogłabym iść na prawo teraz, niekoniecznie w Polsce, ale teraz już nie chcę :). A w Polsce mają wprowadzić prawo jako studia podyplomowe, dwuletnie z tymi samymi uprawnieniami. Więc tylko odjęłam sobie pracy, a wciąż mogę to mieć :).
      Mnie przekonuje. Ale po inne teorie też sięgam, bo z tą całkowicie także się nie zgadzam :).

      Usuń
  4. "Wu Wei" koajrzy mi się jedynie z piosenką mojego ukochanego Indios Bravos...ale książka jakoś nie dla mnie:)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń