wtorek, 2 października 2012

"Zalotnice i wiedźmy" - Joanna Miszczuk



Gdy zachwycałam się pierwszym tomem z tej – już mogę tak powiedzieć – serii, czyli „Matkami, żonami i czarownicami”, nie przypuszczałam, że nastąpi dzień, w którym otrzymam kolejne losy tych fascynujących kobiet, czyli potomkiń i przodkiń Marii Kalergis. Muszę przyznać, że „Zalotnicami i wiedźmami” jestem równie zachwycona co pierwszym tomem. Tych kobiet po prostu nie sposób nie kochać.

Poznajemy tutaj ciąg dalszy przygód współczesnych bohaterek, a także życia kolejnych kobiet z rodu, które musiały nauczyć się miłości oraz przebaczenia. I życia w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Jednak któż lepiej zapanuje nad swym mężem niż czarownica? W końcu były one nie tyle kobietami obdarzonymi szczególnymi mocami, ale przede wszystkim niezwykle inteligentnymi osobami. Choć także nie bez wad.

Joanna Miszczuk zabiera nas w kolejną podróż po Europie w różnych czasach. Za pomocą Asi i innych bohaterek powieści pokazuje, że można żyć na swój własny sposób i że ryzyko nie zawsze jest tak ryzykowne, jak może się wydawać. Wystarczy dać ponieść się przeznaczeniu i uwierzyć w miłość. Ona w końcu nadejdzie, kłopoty zaczną odchodzić, a życie stanie się dobre. I choć może się to wydawać zbyt przesłodzone i nierealne, autorka przedstawia to w wiarygodny sposób. Choć i to ma swoje granice.

Tym razem muszę jednak przyznać, że nie jest to powieść idealna. Już po „Ja, diablica” pannicy o takim samym nazwisku jak autorka „Zalotnic…” mam alergię na imię Piotruś. Tutaj niestety rzucało mi się w oczy w sposób wręcz nieprzyzwoity, wyzwalając grymas na mojej twarzy. To jedna z dwóch wad, jakie zauważyłam w tej książce. Kolejną jest to, że czasem było trochę zbyt słodko. Nie można tego powiedzieć, jeśli chodzi o całokształt, ale określone sceny. Język momentami był zbyt potoczny, jednak jest to lektura lekka (niektórzy określiliby ją mianem czytadła), więc nie razi i jest w wybaczalne. Czasem tylko rzuca się w oczy. Niezbyt często, ponieważ książka mocno wciąga. I bardzo pomaga to w zaprzyjaźnieniu się z bohaterkami. Z chęcią poszłabym z nimi na herbatę. Z niektórymi nawet na wino.

Święta* zbliżają się wielkimi krokami, więc jak rok temu powiem, że te książki chętnie trafią w kochające ręce wielu kobiet. Z braku lepszego pomysłu warto rozważyć**.

*Ostatnio obejrzałam dwa filmu świąteczne i nie mogę się doczekać grudnia, żeby wybrać się na Weihnachtsmarkt. Powietrze zaczyna czasami pachnieć świętami, więc bez wątpienia się zbliżają.
**Muszę jakoś przekonać moją mamę, by przeczytała, bo na pewno jej się spodobają.

A już tak całkowicie i totalnie poza recenzją: kocham te okładki! Czemu wszystkie książki nie mają takich ładnych?

5 komentarzy:

  1. Okładka faktycznie bardzo ładna. Odkąd zaczęłam odwiedzać blogi książkowe, coraz częściej zwracam uwagę właśnie na okładki. Wcześniej jakoś zupełnie mnie nie interesowało jak się prezentują.

    Co do samej książki - taka lekka, ale i niegłupia książka bardzo by mi się przydała. Na pewno się rozejrzę za pierwszym tomem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie znam tej autorki, ale o książce swego czasu było głośno. Mam ją w planowanych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Za słodka... to dobrze, że chwilowo Mama mi ją zabrała. I nie chce oddać.
    Ale do Piotrusiów mam sentyment ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. O kurcze nie wiedziałam, że jest już drugi tom. Pierwszy bardzo mi się podobał!

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja jak zwykle w tyle i nie przeczytałam jeszcze pierwszej części. Zgadzam się z tym, że okładki urokliwe :-)

    OdpowiedzUsuń