poniedziałek, 10 grudnia 2012

"Ostatnia spowiedź" - Nina Reichter



Mam pewną kobiecą słabość, do której nie boję się przyznawać – lubię dobre romanse, nawet te nierealne, ale piękne. Lubię miłość, która do mnie przemawia, jest niemal namacalna. Z taką spotykam się w niektórych komediach romantycznych, także w książkach. „Ostatnia spowiedź” będąca jednym z najsłynniejszych polskich opowiadań o zespole Tokio Hotel według niektórych jest na samym szczycie listy romansów idealnych, powieści doskonałych i innych ochów i achów. Czytałam pierwotną wersję, jednak zdecydowałam się podejść do książki, jakby ta historia była mi całkiem obca, jakbym nigdy jej nie czytała, bym mogła opisać moje wrażenia na czysto, bez zbędnych uprzedzeń. I tak też zrobiłam, zaczęłam od poznania zespołu Bitter Grace…

Ally wracała z USA do domu we Francji, gdzie miała rozpocząć studia, jednak pech chciał, że jej lot miał opóźnienie i nie zdążyła na przesiadkę. Miała spędzić całą noc na lotnisku, gdzie poznała Bradina. Nie rozpoznała w nim europejskiej gwiazdy, potraktowała go jak zwyczajnego, choć nieco dziwnego chłopaka. Znajomość jednak nie skończyła się tylko na tym jednym spotkaniu – trwała przez trzy miesiące wypełnione smsami i telefonami, a w tym samym czasie Ally męczyła się w związku ze starszym od niej mężczyzną. I paradoksalnie odrzucała od siebie uczucie do Bradina. Do czasu, wszystko do czasu.

Żadna dobra historia miłosna nie może się rozegrać bez dramatów – „Ostatniej spowiedzi” ich nie brakuje – poczynając od nieudanych miłości i kłamstw poprzez problemy, których przysparza sława. Także toksyczni rodzice nie są tej książce obcy. Język książki jest lekki, jednak autorka mocno próbuje wejść w uczucia bohaterów i przelać je na czytelnika, co – trzeba jej przyznać – robi dość umiejętnie. Jednak wiele brakuje tej historii do ideału.

„Ostatnia spowiedź” jest napisana lepiej niż przeciętne powieści młodzieżowe – tego nie można jej odmówić. Niestety pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy (a następnie uświadomiła mi z całą siłą, co takiego denerwowało mnie w pierwotnej, blogowej historii), były wyjątkowo nieumiejętnie skonstruowane, sztuczne dialogi, których głównym celem miało być zapewne przekazywanie, jak bardzo Bradin kocha Ally i jak bardzo jest on infantylny w tej swojej miłości. Niektórzy mogą uważać to za słodkie, mi raczej nie przypadło do gustu. Dawno nie czytałam książki, w której dialogi są tak słabe i miałam nadzieję, że w książce zostaną one poprawione. Niestety moje nadzieje okazały się złudne. Niestety nie potrafiłam sobie wyobrazić, by ktokolwiek mówił w taki sposób.

Samej bohaterki także nie lubię. Jest słaba i ma humory. To sprawia, że jej dziecinność działa na mężczyzn niczym afrodyzjak – wszyscy ją kochają, wszystkim się podoba (to daleko idąca generalizacja, niemniej można odnieść czasem takie wrażenie). Od razu budzi się instynkt opiekuńczy. Niestety uważam, że jest bardzo płytka i za nic nie potrafię poczuć do niej sympatii.

Na szczęście Bradin ze swoją miłością ma więcej charakteru, a jego brat – Tom – jest czystym miodem na moje oczy. Bez wątpienia jest najlepszą postacią w całej książce. Ma charyzmę, bez wątpienia. I daleko mu do okazywania takiej uczuciowości, jaką prezentuje jego brat – od razu dostaje za to dodatkowego plusa.

Najlepszy w książce jest moim zdaniem początek. I zdecydowanie nie zamierzam zmieniać w tej kwestii zdania. Dopóki bohaterowie się nie odzywają (z myślami i wiadomościami włącznie), jest bardzo dobrze i mogę zrozumieć (poniekąd) zachwyty. Jednak całokształt na pełne oddania westchnienia nie zasługuje – choć na pewno należy jej się szacunek i uznanie. „Ostatnia spowiedź” spełnia wszystkie zasady, które klasyfikują ją jako potencjalny bestseller – opowiada o miłości, która nie jest prosta; wciąga w swój świat; napisana jest prostym językiem, który usiłuje być poetycki (niemniej Meyer jej stylistycznie do pięt nie dorasta – plus dla Niny Reichter); bohaterka nie jest najbystrzejszą osobą na świecie, jest płaczliwa a przy tym ma kilka męskich ramion do wypłakania się. A te ramiona pragną być nie tylko opiekuńcze… Dlatego też jestem w stanie zrozumieć, dlaczego mniej wymagający czytelnik może się w tej książce absolutnie zakochać.

Tej pozycji ani nie polecam, ani nie odradzam. To jedna z tych, które świetnie relaksują, jednak nie są bez wad. Prosta rozrywka na jeden wieczór. Moje drugie wrażenie jest jednak lepsze niż pierwsze – bądź co bądź podeszłam do lektury tym razem bez wspomnianych wcześniej uprzedzeń. Z radością też poczekam na kolejny tom.

9 komentarzy:

  1. O, nareszcie jakaś mniej pochlebna opinia;p Ja też niedłgo będę miała okazję ją przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa Twojej opinii, gdy już przeczytasz, mogłabyś podrzucić mi link? :).

      Usuń
  2. "„Ostatnia spowiedź” jest napisana lepiej niż przeciętne powieści młodzieżowe – tego nie można jej odmówić." - Nie zgodzę się. Według mnie "Ostatnia Spowiedź" to przede wszystkim przeciętna powieść młodzieżowa. Bardzo przewidywalna, nie zaskakująca, z bardzo, ale to bardzo marnymi opisami, których właściwie jest brak. Same dialogi, dialogi, dialogi, które jak napisałaś i z czym się zgadzam, są jeszcze bardziej przeciętne niż całokształt Letzte. W tej książce nie ma opisanej miłości. Są tylko dialogi mówiące o miłości. Mam wrażenie, że od początku do końca chodziło tylko o to zbliżenie cielesne, o tej fizycznej miłości, które autorka podkreślała niemalże na każdym kroku, wspominając o Bradinie, Ally czy nawet kimkolwiek innym. Stało się to później bardzo niesmaczne, jeżeli mogę wyrazić swoje zdanie.
    I zgodzę się jeszcze z jednym - początek zdecydowanie lepszy, niż sam środek i zakończenie, którego na chwilę obecną nie będę komentować.
    Myślę, że gdyby nie postać Toma, która mimo wszystko w Letzte Beichte jak i książkowej wersji "Spowiedzi", została/zostanie opisana stereotypowo (jak na Kaulitza naszego przystało), ta historia była by (być może jeszcze większym) banałem miłosnym - jednym z milionów, jakie zostały napisane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę się zgodzić. Nina ma o wiele lepszy warsztat - jeśli chodzi o narrację - niż większość pisarek/pisarzy młodzieżowych. Dialogi leżą i kwiczą (o tej miłości), jednak same opisy są bardzo dobre - mówię to ja, "naczelna hejterka LB", i zamierzam się mojego zdania trzymać. Fabuła to już inna rzecz, której nie mieszajmy do mojego zdania dotyczącego języka. I myślę, że miłość jest, ale spojlerować nie będę, bo mówimy o dalszych tomach. Tutaj faktycznie nic szczególnie uczuciowego nie ma.
      Mimo to Nina bawi się uczuciami, przedstawia je. Robi to dobrze, choć tu już jest wina bohaterów, którzy są dziecinni i przez to mało wiarygodni. Gdyby wyciąć dialogi i dodać Ally i Bradinowi odrobiny rozumu i dojrzałości, książka byłaby naprawdę dobra.
      Poza tym jestem pewna, że 80% czytelników i tak nie zgodzi się z naszym zdaniem.

      Usuń
    2. Zależy, z jakimi "młodzieżowymi pisarzami" ją porównujesz, chociaż myślę, że Nina z tego, co mi wiadomo, do tych "młodzieżowych" nadto nie należy, chociaż porównując lata, w których pisała Letzte, może i można bybyło ją upchać w tej kategorii.
      Z "LB" nigdy nie miałam kontaktu. Przeczytałam może jeden z ostatnich rozdziałów, jakie się tam pojawiły, ale nic więcej, dlatego powiedzmy, oceniam tą książkę na podstawie tego, co jest w niej opisane, nie porównując z tym, co było/jest na blogu.
      Wiesz, wydaje mi się, że moja opinia wywodzi się też z tego, że jednak chyba czuję się już "za dorosła" na tego typu powiastki. Zbyt banalne. Miłe przy przeczytaniu, ale tylko tyle.
      I tak, dla większości czytelników, ta książka jest przecież perfekcyjna, ale zaznaczmy - dla czytelników.

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  3. Gratuluję recenzji. I świetnej strony.
    Ośmielam się zaprosić do siebie:

    www.ztekstu.blogspot.com

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. mnie okładka nie zachęciłaby do przeczytania książki;)

    OdpowiedzUsuń
  5. mam podobne zdanie - poczatek byl o wiele lepszy! gdy Bradin wyznal prawdę Ally zaczela mnie wkurzac : /

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń