piątek, 21 grudnia 2012

"Wielki Gatsby" - F. Scott Fitzgerald



Klasykę warto czytać chociażby dlatego, by przekonać się, jak słabe ma się o niej pojęcie. Z początku „Wielki Gatsby” zapowiadał się jako historia o człowieku wielkim właśnie, fascynującym i będącym kimś całkowicie niezwykłym. I już na początku muszę przyznać, że dlaczego Gatsby został nazwany wielkim, wciąż się nie dowiedziałam. W ten oto sposób poznałam się jednak z Fitzgeraldem, co zdecydowanie można zaliczyć jako pozytyw.

„Wielki Gatsby” jest książką niewielkich rozmiarów (moje wydanie jest dodatkowo wzbogacone o zdjęcia z ekranizacji historii z Mią Farrow i Robertem Redfordem), która nie posiada tak naprawdę fabuły. Patrząc na nią z filmowej perspektywy – grupa ludzi snuje się po planie i próbuje rozgryźć, kim jest Jay Gatsby. Ledwie cztery miejsca akcji, dwóch głównych bohaterów, trzy postacie drugoplanowe i dwie trzecio. Reszta to epizodyści i statyści. Przepych przyjęć z lat dwudziestych i ich wewnętrzna pustka. Ciężko wyodrębnić w tej książce jakąś konkretną akcję, jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy i wciągnąć się w intrygi, gdyż tych nie ma – oprócz tajemnicy Gatsby’ego. Jednak czy można ją tak nazwać?

F. Scott Fitzgerald stworzył ciekawy portret psychologiczny – nie tyle tytułowej postaci, co instytucji małżeństwa, miłości oraz poniekąd socjety. Każda z istotnych postaci pochodziła z Zachodu Stanów Zjednoczonych, ale osiedlili się – przynajmniej na czas trwania powieści – na Wschodzie, gdzie wciąż w sobie czuli się trochę zbyt zaściankowi. Narrator – Nick – jest w dodatku jedynym z nich, który nie jest bogaty, choć sam siebie określa już na samym początku jako snobistycznego. Kolejny jest Tom i jego żona, Daisy, którzy choć mają pieniądze, mają siebie, nie potrafią być szczęśliwi ze sobą, ale bez siebie także nie. Są zdecydowanie bardzo intrygującą parą, co widać już od pierwszego spotkania z nimi. Następna jest Jordan Baker, golfistka, która w jakiś sposób gra tło dla całej historii, choć próbuje wysunąć się na pierwszy plan. Jako pojedyncza postać stała się moją ulubioną. I na końcu Gatsby – postać poniekąd pełna zagadek, ale gdy przychodzi do rozwiązania, okazują się one niczym w porównaniu ze stosunkami panującymi między bohaterami.

Wróćmy do moich własnych odczuć – tak naprawdę nie polubiłam ani Nicka, ani Gatsby’ego. Ten ostatni wydał mi się zbyt bezbarwny, a Nick, który mówi: „Każdy przypisuje sobie przynajmniej jedną z głównych cnót, a oto moja: należę do niewielu uczciwych ludzi, jakich kiedykolwiek znałem.” (str. 66) ostatecznie może nie okazuje się krystalicznie czysty, bądź jawnie nieuczciwy, jednak pozostawia pytania bez odpowiedzi, które dotyczą jego intencji. Staje się helisą, dookoła której kręci się cała fabuła (która, jak już wspomniałam, nie istnieje), łącznie z głównym bohaterem.

Książka na swój sposób mnie zachwyciła. Na pewno nadaje się do leniwego czytania przy herbacie i serniku, gdy potrafimy się skupić bez współudziału książki. Ostatnio jednym z moich ulubionych słów w odniesieniu do książek z wyższej półki jest „przewrotny” i „Wielki Gatsby” zdecydowanie zasługuje na to miano. Nie spodziewałam się, że książka, w której prawie nic się nie dzieje, może mnie tak wciągnąć i sprawić, że będę mieć o niej tak dobre zdanie. W końcu bohaterowie nie zawsze muszą wzbudzać moją sympatię, nie musi być fabuły, język może być jedynie bardzo dobry, ale książka ma w sobie coś nieokreślonego. Tę przeczytałabym bez wątpienia jeszcze raz. I zrobię to. Może wtedy znajdę odpowiedzi na moje pytania. Pytania, które zrodziły się w trakcie; odpowiedzi, których jeszcze nie dostałam.

 Jeszcze nie bierzesz udziału w Wyzwaniu? Napraw ten błąd!

2 komentarze:

  1. Prawie nic się nie dzieje, a jednak wciąga? Cóż, zaintrygowałaś mnie tym. Sięgnę po tę powieść choćby po to, aby przekonać się, cóż może być aż tak intrygujące.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam tę książkę w swoich zbiorach. Muszę więc zajrzeć do niej.

    OdpowiedzUsuń