niedziela, 16 grudnia 2012

"Poznaj miasta w 48 godzin" - praca zbiorowa



Podróże kształcą. A każde kolejne miasto zachwyca – każde czymś innym. Miasta mają swój urok, niezaprzeczalny. O ilu z nich mówi się, że nigdy nie śpią? Czasem wydaje mi się, że ciekawszą wycieczką jest ta w głąb urbanistycznej dżungli niż do rzeczywistego lasu deszczowego. Miasta na każdym kroku zaskakują. Tak samo ta książka. Swoją niedoskonałością.

Zacznę od drobnego oszustwa – Nowy Jork i Moskwa wymagają od nas minimum siedemdziesięciu dwóch godzin, dodatkowa doba. Ja bym mogła w nich zamieszkać (jak i dziesiątkach innych – kto wie, może jedno miasto na jeden miesiąc? Kwiecień w Wiedniu, maj w Krakowie, czerwiec w Bergen, lipiec w Londynie, sierpień w Wenecji, wrzesień w Paryżu, październik w Nowym Jorku, listopad w Budapeszcie, grudzień w Singapurze, styczeń w Tokio, luty w Kopenhadze, marzec w Berlinie…), więc to mi nie przeszkadza, jednak skoro książka mówi, że godzin jest czterdzieści osiem, niech będzie tyle i koniec.

Poza tym co to za książka o wspaniałych miastach tego globu, w której pomija się Paryż, Berlin i Londyn? I Budapeszt, za którym ostatnio coraz bardziej tęsknię. Niektóre ciekawe miasta są tak pobieżnie opisane, że aż czuję się do nich zniechęcona. Inne wyprawy aż chcą się czytać – taka wada pracy zbiorowej. Jedni piszą ciekawie, inni nie. Książka jest niejednolita i jak tu taką ocenić? Co o niej powiedzieć? Nie idzie się zaczytać, nie satysfakcjonuje. Przynajmniej mnie.

Jest tu mało dużych zdjęć, z każdego miasta są kolaże z takich niewielkich, w których moje ślepe oczy nie mogą nic znaleźć. Nie zachwyca większość tekstów, zdjęć za mało (bądź za małe). Jedynie jakoś Nowy Jork się broni tym, że jest Nowym Jorkiem, Wiedeń zabiera na kawę i tort Sachera, ale gdyby nie był Wiedniem, to kto wie… A Moskwa urzeka małą wycieczką po miejscach z „Mistrza i Małgorzaty”. Tam też dowiedziałam się, że Patriarsze Prudy to Stawy Patriarsze. I nagle wszystko nabrało w mojej wyobraźni nowego wymiaru. Już nigdy nie będę czytać „Mistrza i Małgorzaty” w ten sam sposób.

Uświadomiła mi ta książka, że w dwa dni w mieście nie można nic zobaczyć, jedynie biegać ile sił, by zaliczyć jak największą ilość miejsc. To nie mój sposób podróżowania. A i tutaj nie dowiedziałam się o nich wiele ciekawego, większość autorów podeszła nawet do miejsc „obowiązkowych” tak nijako, że po całej książce pozostał we mnie jedynie smak kawy – nawet nie wiem z którego miasta. Na pewno nie był to Wiedeń.

Choć kocham książki podróżnicze, wobec tej nie czuję nic. Tak naprawdę wyrwałabym z niej tylko dwa rozdziały – o NYC i Moskwie, reszta mogłaby nie istnieć. Trudno jest polecić coś, co mnie mimo wszystko rozczarowało. Nie zobaczyłam nic – to jak by przylecieć do Paryża na dwie godziny i nie zobaczyć Wieży Eiffla, bo trzeba spieszyć na samolot powrotny. Ogromny niedosyt.

2 komentarze:

  1. Na początku zapowiadało się ciekawie, ale po przeczytaniu Twojej recenzji chyba jednak nie sięgnę po tą książkę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie nie przeczytam. Mam zamiar zacząć moją przygodę dopiero z książkami przyrodniczymi i spodziewam się po nich emocji, wrażeń wizualnych. Ta książka tego nie oferuje.

    OdpowiedzUsuń