czwartek, 13 grudnia 2012

Savages (2012) - Oliver Stone



„Savages” to przewrotny film. Narratorka (grana przez Blake Lively) już na początku zaznacza, że to, iż opowiada tę historię, wcale nie oznacza, że dożyje do jej końca. „Bo to jedna z tych historii”. Na samym początku filmu dowiadujemy się także, że najlepsza marihuana rośnie w Kalifornii i jest ona hodowana przez idealistę (Bena), który nie postrzega jej jako narkotyk w typowy sposób, poniekąd to kocha. Trzecim bohaterem jest Chon – zabójca. Co łączy tę trójkę? Miłość. Bajkowa, perfekcyjna. O. (od Ofelii) kocha ich obu tak samo, oni kochają ją, ale też kochają siebie. Jeden wielki trójkąt miłosny. Niczym ze słonecznej, amerykańskiej bajki.

Piszę o tym filmie głównie dlatego, by powiedzieć, że niezwykle mnie zaskoczył. Pierwsze dwadzieścia minut nie było co prawda nudne, jednak zdecydowanie nie spodziewałam się, że po ich upływie „Savages” spodoba mi się tak bardzo. O ile brutalne kino mi nie przeszkadza, seksualne sceny zwykle mi się nie podobają, przynajmniej ich przesyt, a zapowiadało się, że tutaj tak właśnie będzie. To na szczęście tylko początek. Zaraz do seksualno-narotycznego raju wkroczy kartel, porwą O., a wtedy okaże się, czy miłość jest prawdziwa i silna. Bo oczywiście narkotyki są najważniejsze. Pytanie tylko: dla kogo?

Gra aktorska Blake Lively zdecydowanie jest na pierwszym miejscu rzeczy zaskakujących. Nie uważam jej za dobrą aktorkę, jednak w tym filmie zagrała zadziwiająco dobrze. Niestety po raz kolejny zakochaną dziewczynkę, lecz dla odmiany można w niej zobaczyć jakąś większą głębię. Spodobała mi się jej rola i wykonanie. Wciąż dalekie do ideału, jednak już na przyzwoitym poziomie. I nie ukrywam, że to z jej powodu zdecydowałam się na „Savages”. Reszta obsady była świetna, zdecydowanie nie mam im nic do zarzucenia.

Fabuła filmu wydaje się być banalna, jednak ja dostrzegłam w niej jakieś surowe piękno. Zabawę z widzem. Słodka miłość w czasie konfliktów narkotykowych, dwie całkowicie przeciwstawne sceny zamknięte w jednej, co sprawia wrażenie absurdu oraz kilka genialnych wręcz tekstów, które zmuszają do zastanowienia, bądź też wyśmiania jednocześnie. „Savages” nie próbuje na siłę wiele wnosić. To zabawny film, a obecne tortury, zabójstwa czy inne ciekawe rzeczy zdają się być tylko dodatkiem. Bo bez nich zrobiłoby się słodko i mdło.

Dla niektórych to najlepszy film reżysera. Inni uważają go za całkowicie nieudany. A we mnie siedzi od wczoraj i próbuję zrozumieć, co tak naprawdę mi się w nim podoba. Bo przecież nie fabuła, która jest prosta i niemal już oklepana. Jednak z jakiejś przyczyny siedziałam wpatrzona  w ekran przez dwie godziny i jedenaście minut, a przy tym nie nudziłam się ani przez chwilę. To jedna z tych historii, gdzie możesz zginąć, a przy tym pośmiać się absurdalności sytuacji. Śmierć nie oznacza przecież końca. Ale o tym więcej w filmie. Gra pozorów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz