poniedziałek, 9 stycznia 2012

„Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść” – Marlena de Blasi


Świat się skończy za kilka miesięcy, a ludzie wciąż chętnie zaczytują się w słonecznych, radosnych bajkach, jakie mają miejsce w Toskanii lub Prowansji – krainach smaków, zapachów i… miłości.

Jednak najnowsza powieść Marleny de Blasi nie do końca odpowiada temu wizerunkowi. Jest to historia autentyczna, po części biograficzna i z całą pewnością bardzo osobista. Czytelnik bez problemu może podzielić ją na dwie części – Marlenę i Lavinię. W ten sposób poznajemy pisarkę, jej sposób pracy, odkrywamy ją w Italii jako miłośniczkę, ale też osobę, która wciąż tam nie przynależy. I po wycieczce po jej umyśle spotykamy Lavinię – kobietę, która zdecydowanie nie lubi pragnących wykupić jej krainę ludzi. Gardzi turystami, nienawidzi szczególnie Niemców. Zaś jej złośliwość może dotkliwie zranić niejednego człowieka. Czy te dwie kobiety mogą się zaprzyjaźnić? Czy mają ze sobą coś wspólnego?

Wydawca określa tę książkę jako „pełną ciepła i miłości”, jednak czy rzeczywiście tak jest? Poniekąd. Niewiele jest tutaj miłości romantycznej, stanowi ona zaledwie tło do historii o bólu, przyjaźni i miłości, ale do ziemi i rodziny. Lavinia i jej córki kochają się na różne sposoby. Dla mnie to opowieść o tym, co nas tworzy, kreuje. Książki, które każą cofać się do przeszłości, by wyjaśnić teraźniejszość, zawsze fascynują, najlepiej pokazują złożoność ludzkiej psychiki. I choć ta książka jest lekka, w toskańskim słońcu, z porozrzucanymi włoskimi słowami i suto zakrapiana oliwą z oliwek, to wciąż ma w sobie tę skomplikowaną strukturę. Czy tylko prawdziwa historia może być tak opisana, czy autorka pisze tak zawsze? To mogą ocenić jedynie czytelnicy, którzy mieli z większą ilością jej książek do czynienia.

„Lavinia i jej córki” są powieścią mądrą, mającą przesłanie. Zdecydowanie warto ją przeczytać, gdy chce się spędzić przyjemne, ale niebanalne popołudnie. Miło się wybrać na wycieczkę po Toskanii i warto ją poznać od tej drugiej strony, a może i nawet trzeciej.

Dziękuję Sztukaterowi i Wydawnictwu Literackiemu.

5 komentarzy:

  1. Czy za kilka miesięcy to nie wiadomo, a książki warto czytać nawet kilka godzin przed końcem świata. Pytanie tylko, czy zdążymy napisać wtedy recenzje i kto je przeczyta ;)
    Co do książki, mi też się ona podobała. A czy pełna miłości i ciepła? Po części tak, tyle tylko, że to nie zawsze taka miłość o jakiej wszyscy myślą słysząc to słowo

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam inne książki autorki, ta wydaje się trochę w innym stylu co tylko wzbudziło moją ciekawość do niej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach, lista książek "do przeczytania" niebezpiecznie się zwiększa.
    Po części lubię od czasu do czasu przeczytać coś w takim stylu. Jest to miłe oderwanie od "kryminałów", które wprost uwielbiam!

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tośko, a czytałaś Fitzka?

    OdpowiedzUsuń
  5. haha :) ja kiedyś też takich nie lubiłam :)
    zapraszam na mojego nowego bloga :>

    OdpowiedzUsuń