wtorek, 24 czerwca 2014

"Piękna Bestia. Opowieść seksualnej niewolnicy Jędzy z Belsen" - Alberto Vazquez-Figueroa

Demonizacja nazistów jest w modzie, o ile można tak w ogóle powiedzieć. Niemniej oczywiste jest, że odkrywanie "mrocznych tajemnic" katów jest fascynujące i... dobrze się sprzedaje. Dlatego też moja recenzja będzie, jaka będzie - nie jestem w stanie stuprocentowo uwierzyć w wiarygodność przedstawionej historii, bo oprócz tego, że jest brutalna, to kończy się niemal happy endem. Bohaterka nie jest dla mnie wiarygodna. Zresztą sam narrator mówi, że nie wie, ile w tym prawdy, a ile wymieszanych z nią snów i fantazji. I czy bohaterka sama to wie.

Faktem jest, że tytułowa Piękna Bestia, czyli Irma Grese, istniała naprawdę i ogólne ramy jej historii można prześledzić choćby na Wikipedii. Grese naprawdę doniosła na swojego ojca, a następnie pracowała w Auschwitz-Birkenau. Była brutalna, ale jak daleko to szło - nie wiem. Tutaj przychodzi zawierzyć lekturze książki, która wprawdzie dużo opowiada o tym, jaka straszna była Grese, choć sama tytułowa "seksualna niewolnica" o swoich stosunkach z nazistką nie chce opowiadać. Zaledwie wspomina o gwałtach wibratorami i kijami od miotły. W związku z tym podtytułem można oczekiwać więcej. A tutaj zadowolona z siebie staruszka opowiada, jak przez lata oszukiwała Grese i w końcu ją wykiwała. Gratulacje! Ale ja jestem sceptyczna.

Książka jest napisana w formie pseudo-wywiadu wydawcy z Violetą Flores, a raczej monologu pani Flores i myśli wydawcy, które nie zawsze mają coś wspólnego z opowiadaną historią. W każdym razie nie mam pojęcia, co depresja jego żony, a także Alzheimer ojca (i w niedalekiej przyszłości jego samego) ma do zbrodni wojennych. Sam język jest przeciętny, historia z początku ciekawa, a później rozczarowująca - przynajmniej mnie.

"Piękna Bestia" jest książką mocno przeciętną. Wprawdzie wzbogaciła trochę moje spojrzenie na drugą wojnę światową i usilnie próbowała moralizować i przewidywać przyszłość, ale moja ogólna ocena oscyluje w okolicach trójki. Oceny, która ni grzeje, ni ziębi, chyba że jest się kimś więcej poza przeciętnym uczniem.

piątek, 20 czerwca 2014

"Kobiety, które wstrząsnęły światem mody" - Bertrand Meyer-Stabley

Nigdy nie podążałam ślepo za modą, choć samo zjawisko i procesy, w jakich powstaje, niezmiennie mnie intrygują. Moda jest częścią mojego życia - a raczej życia każdego, mniej lub bardziej świadomie. Projektanci i domy mody od zawsze mnie interesują, dlatego bez najmniejszego oporu zdecydowałam się na "Kobiety, które wstrząsnęły światem mody".

Książka ta jest zbiorem biografii kariery wielu kreatorek mody poczynając od Róży Bertin, która tworzyła suknie dla Marii Antoniny i jej dworu, aż Vivienne Westwood oraz Miuccię Pradę, które jeszcze dziś kreują swoją wizję tego świata. Łącznie mamy przyjemność przeczytać dwanaście biografii, które ilustrowane są wkładką ze zdjęciami twórczyń oraz ich dzieł.

Nie wiem, od której strony zacząć, ponieważ ta książka wywołała we mnie prawdziwy zachwyt sposobem napisania i treścią. Choć są to krótkie biografie, nie ma się poczucia, że czegoś tam brakuje i są niepełne. Oczywiste jest, że nie zawierają całego życia, niemniej to, na czym się koncentrują, jest naprawdę dobrze opracowane i w razie zainteresowania, można poczytać o kreatorkach gdzie indziej. Niemniej Meyer-Stabley pisze nie tyle o życiu owych kobiet, ale o ich pracy, karierze i tym, co wpłynęło na powstawanie ich stylu. Nie pisze o tanich sensacjach, ale o tym, co nadawało ich życiu sens.

Często biografowie skupiają się na skandalach i romansach, ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn to najbardziej interesuje czytelnika. Mnie zaś zawsze interesowały bardziej ścieżki kariery danej osoby, a życie prywatne było sprawą drugorzędną. Wciąż tak jest. Autor spełnił moje oczekiwania i o kochankach, bądź innych intrygach pisał lakonicznie, bądź wcale, chyba że (jak w przypadku Chanel) miały znaczny wpływ na styl. Wtedy jednak też skupiał się na tym, co istotne. Godna pozazdroszczenia konsekwencja! Autor ujął mnie tym niezmiernie, ponieważ wskazuje to na fakt, że wie, o czym chce pisać i o tym pisze, nie zważając na tendencje w pisaniu biografii.

Najbardziej spodobała mi się biografia Sonii Rykiel, ale to już z innych względów niż te czysto literackie. Ta książka nie jest napisana sucho, widać w niej pasję i niesamowicie wciąga. Pokazuje też tendencje w świecie mody, które potrafią mocno zaskoczyć i po prostu jest dokładnie tym, co obiecuje - zbiorem historii o kobietach, które wstrząsnęły światem mody. A może tylko jedną historią.

wtorek, 17 czerwca 2014

"Czysty obłęd" - Mark Lamprell



Chyba mało kto tworzy literaturę dla i o klasie średniej. Taka właśnie naszła mnie refleksja po lekturze „Czystego obłędu”. Dokładniej chodzi mi o to, że autorzy albo piszą o skrajnej nędzy i nieudolnym wiązaniu końca z końcem, albo o bogaczach i high life. Gdy próbują pisać o klasie średniej, schodzą z bogaczy do nędzy, albo z nędzy do bogactwa. Rzadko kiedy można spotkać stan pośredni. Normalnych ludzi, w normalnym świecie, z normalnymi problemami finansowymi w rodzaju kredyt za dom, czesne za szkołę i nagłe obniżenie sytuacji finansowej, która i tak była na styk. 

„Czysty obłęd” to właśnie historia normalnej, nieprzerysowanej rodziny. Gdy się ją czyta, ma się wrażenie, że się to zna. Wystarczy jeden punkt, w którym coś się psuje, a za nim spadają niczym lawina kolejne. Zatem nasz bohater wpada pod samochód, a następnie pojawiają się inne problemy – córka pobiła się z koleżanką i wpływowa rodzina tej dziewczyny nasyła na nich obłąkanego policjanta, poza zaliczką za książkę więcej pieniędzy nie będzie, więc trzeba poszukać pracy, ale stare stanowisko zostało zajęte. Córka chce przenieść się do innej szkoły, ale ta druga dziewczyna robi to samo i jej rodzina mąci, by tylko utrudnić innym życie. U syna na biurku znajduje się piórnik z narkotykami. A potem przychodzi rachunek od prawnika. Do tego depresja i psychoterapia. Wszystko wskazuje na to, że wszechświat się uwziął. Trzeba sprzedać dom, żeby móc jakoś żyć.

Z mojego własnego życia znam ten potencjał katastrof, może dlatego ta książka była mi bliska. Co prawda jej układ (przez dłuższy czas nie mogłam się zorientować, czy opowiadana jest historia sprzed czy po wypadku) sprawiał mi na początku kłopoty, a sposób narracji (druga osoba liczby pojedynczej, czas teraźniejszy) mnie zaskoczył i chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do niego. „Czysty obłęd” naprawdę mi się spodobał. Poprzez swój realizm i duży ładunek miłości, jaka w nim była. I to nie słodkich romansów, a takiej normalnej, życiowej… 

Jedyne, czego mi tu brakuje, to znajomość „Greka Zorby”, który towarzyszył mi przez całą lekturę jako ulubiona książka Michaela – naszego bohatera. Może wprowadziłaby coś do mojej interpretacji i odbioru tej książki? Może. Ale i bez tego uważam ją za godną uwagi. Pozwoliła mi się wyrwać z tego fantastycznego i kolorowego marazmu konsumpcyjno-utopijnej literatury, bądź tragedii tego świata. Przecież i tak nasze prywatne katastrofy są gorsze i ważniejsze niż dzieci umierające gdzieś na końcu świata. I ta książka właśnie o tym poniekąd mówi. Gdy wali się nasz świat, dobrobyt reszty nie ma większego znaczenia.

piątek, 13 czerwca 2014

"Na dziewczęcej skórze" - Esther Vilar

Kim byłeś w poprzednim życiu? Jakim zwierzęciem? Dziwi Cię to pytanie?

Mnie nie dziwi. Nie po opowieści pewnego eks-moskita, który został ukarany za miłość do człowieka i sam stał się tą niedoskonałą istotą. Tego jednak dowiadujemy się ze zbioru reguł już na samym początku książki. Dopiero później narrator opowiada o wydarzeniach ze swojego poprzedniego życia, gdzie natrafił na najpiękniejszą kobietę świata, którą za nic nie chciał dzielić się z innymi moskitami, ani ludźmi. Chciał ją posiąść. O, szalona miłości!

"Na dziewczęcej skórze" to kolejna książka Esther Vilar, w której przekracza ona granice szaleństwa, które znajduje się w miłości. Już "Siedem pożarów mademoiselle" obnażało tkwiącą w namiętności może nie tyle głupotę, co determinację i poniekąd szaleństwo. Ta książka nie jest pod tym względem inna. Mężczyźni nie chcą się dzielić, kobiety chcą być pożądane, a wszystko to jest zamknięte w szklanym akwarium słów. Niby jest w swoim wyrazie aż nazbyt realne, niemniej wiemy, że to trochę inny świat. Vilar przerysowuje swoje postacie, by na tych kilku kartkach historii zawrzeć wszystko. I po raz kolejny się jej udaje, choć tym razem trochę inaczej. Za dużo skakania z jednej rzeczywistości do drugiej, za dużo urywanych scen, ale wspomnienia i opowieści rządzą się swoimi prawami. Może dlatego wiele osób uważa tę książkę za mniej udaną od wyżej wspomnianej?

Zachwycił mnie erotyzm zawarty w grach słownych i erotyzm - ten dosłowny. Poniekąd także naiwność tytułowego dziewczęcia, które wdaje się w romans ze swoim szefem. Akcja toczy się w ciągu jednego dnia, jest kilka nieoczekiwanych zwrotów akcji, po czym lektura kończy się i mimo wszystko nie zaspokaja. A tyle tam o seksie mowy! Zarówno o tym rzeczywistym, jak i alegorycznym.

Dla mnie była za krótka, sceny i słowa też zbyt fragmentaryczne. Ostatecznie brakowało jej trochę spójności, która mogłaby mnie nasycić. Niemniej zakończyłam ją z dobrym uczuciem i zadowoleniem, choć nie poczułam się do końca spełniona. Pod tym względem jest zdecydowanie słabsza od "Siedmiu pożarów mademoiselle" - pod względem refleksyjnym nie, stoi moim zdaniem o pół oczka wyżej.

piątek, 6 czerwca 2014

Stos.

Nie tak dawno miałam urodziny, byłam też rozrzutna i pojawiło się kilka recenzyjnych. W efekcie uzbierało się tego trochę. To już parę miesięcy, niemniej książek przybywa... Choć naprawdę staram się nie kupować, bo nie mam na nie miejsca. Przykra prawda...

Na samym dole jest książka kucharska. Uwielbiam bloga White Plate i miałam tę książkę na wishliście, a przyjaciółka kupiła mi ją na urodziny. Do tego pożyczyła Zagrożonych i Nomen Omen. Mój Niemiec kupił mi książkę kucharską dla wiedźm. Z tej serii jest też dla krasnali, wampirów i innych takich. Obecnie mamy w domu dwie. Dla wiedźm i krasnali. Fajny pomysł, więc się skusiliśmy. Na pewno kiedyś upiekę ciasteczka, które tam są, ale już zapomniałam które. Piękna Bestia to książka do recenzji, zaczęłam czytać tę cieniutką lekturę i póki co mam kilka pytań. Zobaczymy, czy uda mi się tam znaleźć na nie odpowiedzi. Wołanie Kukułki upolowałam nie tak znowu drogo na Allegro. Zaraz będę tu mieć składowisko książek Rowling, których nie czytam... Może się w końcu ogarnę. Bo przez Trafny Wybór wciąż nie przebrnęłam.

Kobiety, które wstrząsnęły światem mody są obecnie w zaawansowanym czytaniu. O ile moda sama w sobie mnie nie interesuje, to z wyjątkową przyjemnością o niej czytam. To oraz biografia Polańskiego to recenzyjne od Rebisu. Zatem na pewno kiedyś się tu pojawią. Podręcznik dla aktorów miałam w marzeniach od dawna, ale chyba kogoś głowa bolała, jak ustalał cenę i źle sobie stuknął w klawiaturę. Niemniej udało mi się też jakieś 20% taniej upolować na Allegro. Znalazłam niedawno darmowy fragment w Sieci i uznałam, że jest warta uwagi, więc ostatecznie się skusiłam. Książki Szrejtera od dawna były w moich marzeniach. Mitologię kiedyś czytałam, a potem zapragnęłam pozostałych. Ostatecznie trylogię dostałam na urodziny.

I na koniec z biblioteki książka z serii Nichtlustig. Taki mniej poważny Mleczko w wersji niemieckiej. Bo Mleczko przynajmniej próbuje udawać, że interesuje go historia i społeczeństwo. Tu ma być po prostu zabawnie.

Przeczytałabym to wszystko, ale ostatnio w ramach odwyku od gry Wiedźmina, zaczęłam czytać książki od początku, a to może parę dni potrwać. No i gdzieś ten licencjat się dopomina o uwagę.