poniedziałek, 30 września 2013

"Zanim przekwitną wiśnie" - Aly Cha



O cierpieniach kobiet zostało już wiele napisane i powiedziane. Życie w bólu i z przeznaczeniem, którego nie można uniknąć, zostało rewelacyjne przedstawione w mojej ukochanej „Matce Ryżu”, „Zanim przekwitną wiśnie” jest co prawda dalekie od ideału, jakim jest wspomniana wcześniej książka, niemniej ma w sobie coś magicznego.

Lubię atmosferę w japońskiej literaturze. Ten spokój i czający się za nim mrok. Nie bez powodu Japonia jest krajem kontrastów. Delikatnych kwiatów wiśni i przelewającej się krwi. Tak samo ta książka – swobodnym, powolnym językiem przedstawia historie może nie tyle brutalne (przynajmniej nie w większości), co bolesne. Opowiada o utracie, o miłości, o szczęściu, które nie trwa zbyt długo. Taka jest w końcu rola przeznaczenia.

„Zanim przekwitną wiśnie” zaczyna się od matki z córką i babki. Następnie cofamy się w czasie na małą wyspę, na której wszystko się zaczęło. Kilka pokoleń wcześniej. Ciąg miłości, szczęścia, bólu utraty i próby odnalezienia siebie. Nie bez powodu losy tych wszystkich kobiet są do siebie podobne. Aż przykro patrzeć na życia postaci tak dobrych i nieskażonych, które nie potrafią ochronić siebie ani swoich córek. W końcu i tak przyjdzie na nie kolej.

Książka ta snuje się pomiędzy kwiatami wiśni i ciepło otula czytelnika, czyli mnie. Wchłania i pokazuje, co ma do opowiedzenia. W ustach czułam smak zielonej herbaty i mochi z czerwoną fasolką (swoją drogą również bardzo je lubię). Zresztą ten słodycz ma bardzo istotne znaczenie dla tej historii. Dla jednych jest symbolem luksusu, dla innych codzienności, a dla jeszcze innych ogromnego cierpienia. Kontrasty, nietrwałość i wiara. W końcu to, co ma nadejść, nadejdzie. Prędzej czy później.

Językowo jest dość prosto napisana, fabularnie również. Nie ma skoków napięcia, choć burze, których boi się Yuki, są dość sugestywne i ja sama się trzęsłam, czytając o nich. Postaci nie wybijają się z treści. Cała powieść jest dość prostolinijna, napisana tak samo, bez żadnych wzniesień i upadków. Ma w sobie to, za co uwielbiam japońską literaturę – ten niezachwiany spokój z wierzchu i ukryte pod jego warstwą lęki, które tylko czekają, by ogarnąć każdego, kto się do nich zbliży. Dla niektórych byłaby to pewnie wada – ja osobiście bardzo to lubię. Mimo to brakuje mi czegoś w tej książce, czegoś nieokreślonego. Mam wrażenie, jakby autorka zapomniała coś opowiedzieć, tak w ostatniej chwili. „Zanim przekwitną wiśnie” urzeka mimo wszystko. Niestety jednak nie zachwyca. To po prostu dobry, spokojny kawałek literatury.

1 komentarz:

  1. Jeszcze niedawno czytałam wszystko w podobnej tematyce. Chiny, Japonia, Afryka. Dramat kobiet żyjących w tych kulturach, okrucieństwo społeczeństwa a często i najbliższych względem nich.
    Pamiętam jak bardzo to wszystko przeżywałam. Chyba tego jednak było za dużo i teraz omijam tego typu książki szerokim łukiem ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń