czwartek, 5 września 2013

"Córka kapitana" - Leah Fleming

Titanic jest dla mnie w jakiś sposób ważny – zapewne spowodował to James Cameron swoim filmem, który znam na pamięć (zresztą na pewno nie ja jedna), dlatego książka Leah Fleming wydała mi się świetną propozycją. Na jej korzyść zadziałało również, że autorka pisze cenione powieści historyczne, więc wydawało mi się, że „Córka kapitana” będzie naprawdę świetną sagą rodzinną.

Historia zaczyna się od Titanica. May wraz z mężem i córeczką płyną w poszukiwaniu lepszego życia do USA, jednak katastrofa uniemożliwia im spełnienie marzenia. May przetrwa zatonięcie statku, a kapitan, tuż przed swoją śmiercią, wręcza jej zawiniątko – jej córkę. W tym czasie May poznaje Celeste – pasażerkę pierwszej klasy – i nawiązuje się między nimi przyjaźń.

„Córka kapitana” przeżywa zatonięcie Titanica, pierwszą i drugą wojnę światową. Akcja ciągnie się do końca lat pięćdziesiątych, czyli ponad czterdzieści lat. Opowiada o bólu utraty ukochanych osób, o przemocy w domu, o nałogach, ale też o miłości, poszukiwaniu i wybaczeniu. Również o tajemnicach i ciężkich decyzjach oraz splotach losu, choć ten ostatni wątek wydaje mi się naciągany. Autorka za wszelką cenę chciała napisać szczęśliwe zakończenie, które do mnie przemawia znacznie mniej, niż gdyby je sobie darowała, chociaż… muszę przyznać, że wyszło jej to dość zgrabnie, nie nachalnie, ale wciąż nieprawdopodobnie. Może cuda faktycznie się zdarzają?

Zdecydowanie brakowało mi tutaj czegoś więcej na temat samego Titanica – jest on zaledwie punktem wyjściowym, czai się w tle przez całą książkę, ale samej katastrofy nie dane było mi przeżyć, ponieważ została opisana zbyt szybko i jakoś cicho. Na szczęście obraz Camerona włączył się w mojej głowie i zdołałam uratować te sceny w moich własnych oczach. Wydaje mi się, że autorce bardziej przypadło do gustu opisywanie drugiej wojny światowej i włoskiej gościnności niż zatonięcia statku, które miało położyć się cieniem na życiach jego ofiar – nawet tych, które przeżyły.

„Córka kapitana” jest książką wciągającą, ale w jakiś sposób naiwnie napisaną. W języku, którym jest napisana, brakuje czegoś mocnego i zdecydowanego, co by sprawiło, że cierpienia bohaterów staną się bardziej namacalne. Jedynie rozwlekłość sprawia, że można się bardziej wczuć w ich życia, ale język zdecydowanie nie jest mocną stroną autorki. Jest poprawny, ale nie porywający. Czyżby brytyjska powściągliwość? W samym wydaniu przeszkadza mi jedna rzecz – listy w żaden sposób nie odcinają się od reszty tekstu, przez co zwykle w połowie listu orientowałam się, że jakiś czytam. Czy kursywa bądź wcięcie, albo chociaż cudzysłów, są tak trudne do zrobienia? Z całą pewnością nie, a już na pewno ułatwiłoby to życie tak czepialskiemu czytelnikowi jak ja.

Ciężko mi tę książkę polecić. Choć sama historia była ciekawa, kilka rzeczy z pewnością doceniłam, ale całokształt jest po prostu przeciętny. Ogólnie jestem tą książką rozczarowana, choć spędziłam z nią kilka godzin – na przemian przyjemnych i frustrujących.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz