czwartek, 20 lutego 2014

"Marlene" - Angelika Kuźniak



Marlene Dietrich jest w mojej głowie piosenkarką, ikoną Niemiec. Możecie sobie wyobrazić, jak się zdziwiłam, że Niemcy (szczególnie ci z wojennego pokolenia) uważają ją za zdrajczynię. W swoim czasie była uważana za niemieckiego szpiega. Cóż za niezdecydowanie narodów. A kim była naprawdę?

Aktorka, piosenkarka, perfekcjonistka, choleryczka. Bez wątpienia ikona. Ale czego? Złotej ery Hollywood? Nazistowskich Niemiec? Czy może bliżej nieokreślonej legendy międzynarodowej gwiazdy? Nigdy nie uważałam jej za piękną. Gdy czytałam książkę Angeliki Kuźniak, słyszałam całkiem inny głos Marlene, niż miała ona w rzeczywistości. Później, słuchając „Ich hab' noch einen Koffer in Berlin“, poczułam się rozczarowana tą Marlene, którą przedstawiła autorka. Ale muszę przyznać, że dzięki tej książce zrozumiałam wreszcie, co kryje się za tą piosenką.

Jak w przypadku „Papuszy“ - jestem nieusatysfakcjonowana. Dotknęłam wielkiej gwiazdy, ale nie spłonęłam w jej świetle jak szara ćma. Pomyślałam tylko, że w sumie nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Ale zwyczajnego też nie. Nie poznałam artystki, nie poznałam osoby. Zobaczyłam tylko wierzchnią warstwę Marlene Dietrich, jej codzienne zwyczaje.

Kiedyś szukałam dobrej biografii Marlene. Ta miała najlepsze opinie. To nie biografia. Ta znajduje się na końcu książki, na niewielu stronach, podzielona na lata. To, moim zdaniem, najlepsza część tomiku z prozą mocno wyselekcjonowanego życia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz