środa, 9 października 2013

"Stara Słaboniowa i Spiekładuchy" - Joanna Łańcucka



Gdyby Jakub Wędrowycz urodził się jako kobieta, z całą pewnością byłby starą Słaboniową. Stara kobieta, najstarsza w wiosce. Zielarka i jedyna, która wierzy we wszelakie heretyckie zabobony. To złym okiem popatrzy, to kogoś przeklnie. Nikt w to oczywiście nie wierzy, ale szepcą między sobą, oj, szepcą, że ta Słaboniowa…

Wiedźm i upiorów w literaturze niemało. Ale za to mało kawałka dobrej literatury, która mówi nam, że jest coś, o czym się nawet filuzofom nie śniło. Książka ta nie potwierdza, że Bóg istnieje, ale też nie zaprzecza jego obecności. Jest prosta, jak życie na wsi – jest dobro i jest zło. A co jest czym, to już od nas, ludzi, zależy. A zło przyjdzie i tak – prędzej czy później – czy w nie wierzymy, czy też nie. Jedynie Słaboniowa ratuje tych, którzy (nie) wierzą, a w kłopoty i tak się pakują. Później dla własnego dobra zapominają.

Zmory, Strzygi, Kozły, Południce i inne cuda słowiańskiego folkloru, a i voodoo tam zbłądzi. Trochę opętań, nieobyczajności, wódka leje się litrami, a Słaboniowa obiera ziemniaki. Jaka jest historia tej kobiety? Kim była, a kim teraz jest?

Język może niejednego czytelnika przyprawić o ból głowy – Joanna Łańcucka posługuje się pięknym językiem wsi, który o standardowym polskim nigdy nie słyszał, ale do tej książki pasuje doskonale i tworzy niezwykłą atmosferę świata na pograniczu tej oczywistej dla nas, współczesnej rzeczywistości, a tym, co znajduje się poza naszym postrzeganiem.

„Stara Słaboniowa i Spiekładuchy” to kawał dobrej, polskiej literatury popularnej. Na bestseller raczej nie ma szans, a to wielka strata, bo wśród tego fantastycznego chłamu znalazłoby się z całą pewnością miejsce dla tekstu napisanego z sercem, pomysłem i dbałością o trwałość słowiańskiej kultury. Słaboniowa jest tak dobra, że aż żal zamykać książkę, gdy już się skończy. A może to nie koniec?

W końcu to od nas zależy, w co wierzymy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz