niedziela, 7 lipca 2013

"Rytuał babiloński" - Tom Knox



Tom Knox zabiera swoich czytelników w kolejną podróż – tym razem z Anglii, poprzez Francję do Amazonii, by przedstawić tajemnice zakonu templariuszy, wierzenia i skarby dawnych cywilizacji oraz wyjaśnić, czym jest śmierć.

„Rytuał babiloński” jest historią, która stoi na pograniczu thrillera, powieści przygodowej oraz Dana Browna. Owszem, uważam tego pisarza za odrębny gatunek literacki – w końcu jego nazwisko niesie ze sobą pewien schemat i oczekiwania. Dokładnie to samo można znaleźć w najnowszej książce Knoxa – doprawione oczywiście antropologią i zdecydowanie bardziej krwawymi śmierciami, niż te, na które pan Brown poważyłby się w swoich najmroczniejszych snach. Niestety nie uważam ponownego roztrząsania tajemnic templariuszy za dobry pomysł. Panie Knox, może pewne motywy dobrze się sprzedają, ale po jakimś czasie stają się zwyczajnie nudne. A wtórność rzadko kiedy okazuje się dobra.

Książka zaczyna się od serii brutalnych samobójstw. Bohaterami są: wyrzucony właśnie z pracy dziennikarz, który w trakcie tworzenia swojego ostatniego artykułu spotyka pewnego naukowca, córka owego naukowca, który dopiero co wjechał samochodem w ścianę budynku oraz młoda kobieta-naukowiec będąca świadkiem owego zderzenia. I choć zwykle Tom Knox potrafi uzasadnić spotkanie bohaterów w drugiej połowie książki, to tym razem nie poczułam się przekonana, bo brakło mi punktu, w którym to naprawdę byłoby możliwe. Takich punktów jest zresztą więcej – działa to wyłącznie na niekorzyść autora, który zdawał się bardzo spieszyć w trakcie pisania. Istnieje kilka ewentualności: albo groziły mu gangi narkotykowe, albo nie miał pomysłu, albo też wydawca go poganiał, by pospieszył się z pisaniem, więc uznał, że te drobiazgi można pominąć bez szkody dla tekstu. I w ten oto sposób uważam, że trafiła w moje ręce niekompletna książka z wyjątkowo kiepskim zakończeniem, które na siłę nadawało więcej znaczenia pewnym uczuciom, pomijało pewne istotne [dla mnie] wyjaśnienia i osobiście wolałabym, żeby na końcu wszystkich ziemia pochłonęła, niż żebym dostała właśnie to, co miałam okazję przeczytać. Na szczęście sam epilog wszystko mi wynagrodził, bo zapomniałam o bohaterach, skupiłam się za to na końcu ostatecznym.

Mój całkowity zachwyt „Biblią umarłych” niestety nie przetrwał „Rytuału babilońskiego”. Choć książka sama w sobie jest dobra, fabuła niezwykle ciekawa, to wydaje mi się w pewnych miejscach niedopracowana. Jakby w pewnym momencie autor zdał sobie sprawę, że musi się pospieszyć z pisaniem. No i jeszcze ten czający się w tle danbrownizm*…

*Ostatnio weszłam w fazę tworzenia neologizmów. Myślę, że domyślacie się, o co mi w tym konkretnym chodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz