piątek, 7 czerwca 2013

„Pawilon Kwiatu Brzoskwini” – Mingmei Yip



Dużo wody upłynęło, nim w końcu zdołałam przeczytać tę książkę – książkę, za którą mój wzrok błądził od bardzo dawna. Koleje losu jednak sprawiły, że w końcu stałam się jej posiadaczką, jednak i to nie przybliżyło mnie do jej przeczytania. Długo czekała, aż znalazłam dla niej czas. I to był właściwy czas.

Historia ta opowiada o dziewczynce, która trafiła do miejsca dla dziewczynek pod każdym względem nieodpowiedniego – luksusowego domu publicznego. Z pozoru jest to książka bardzo podobna do „Wyznań gejszy” (przy czym pragnę zaznaczyć, że gejsze nie są prostytutkami) i – jak się okazuje dalej – w tym wypadku pozory nie mylą. Mengmei Yip stworzyła historię na bazie bestselleru, powielając wątki z powieści Arthura Goldena, jednak rozwijając swoją bohaterkę i nadając jej większej głębi, niż to było w przypadku Sayuri.

O ile „Wyznania gejszy” były niemal hollywoodzką historią, w której wszystko zdawało się toczyć wobec miłości romantycznej, głównym wątkiem w „Pawilonie Kwiatu Brzoskwini” była miłość do rodziców i chęć pomszczenia ojca. Xiang Xiang posiada wiele artystycznych talentów – jak gejsza – jednak jest zmuszona do świadczenia ciągłych usług seksualnych. I choć twierdzi, że tego nienawidzi, z książki można wywnioskować raczej, że jej się to podoba. Nie potrafi na długo porzucić życia w luksusie, do którego przywykła, a seks jest tylko (pozornie) niewygodnym dodatkiem.

Wiele jest w tej powieści mowy o przeznaczeniu, o karmie i powinnościach. Także o cierpieniu, jednak ono zdaje się być błahe. Autorka opisuje je w taki sposób, usprawiedliwia je eufemizmami, że ciężko uwierzyć, że Xiang Xiang naprawdę cierpiała. Ona sama, jako narratorka, to przyznaje, jednak z opowieści wynika co innego – że w dużej mierze była naprawdę zadowolona ze swojego losu. W przeciwieństwie do „zwykłych” prostytutek miała dobre życie, a seks był jej zawodem od tak dawna, że spowszedniał po pewnym czasie. Z perspektywy normalnego człowieka można uznać jej życie za straszne, za piekło, lecz z perspektywy czytelnika, który ma dostęp do myśli bohaterki - jest o to trudno. To jedno – oraz nieustanne zapożyczenia z „Wyznań gejszy” – nie wyszło autorce wiarygodnie. Można to bardziej potraktować jak chińską baśń o przeznaczeniu, gdzie wszystko i tak zacznie zmierzać do happy endu, który zostaje przedstawiony czarno na białym już na samym początku książki.

To „Pretty woman” w azjatyckim wydaniu. Choć piękna (nadmiar wulgaryzmów można na chwilę wyrzucić z pamięci), lekko napisana, sprawia, że chce się wprowadzić zmiany we własne życie, wciąż jest tylko bajką. Kuszącą, kolorową bajką.

Niemniej jestem ciekawa innych pomysłów autorki. Dobrze się czytało tę książkę, więc kolejne powinny być równie przyjemne (sic!) i możliwe, że nie będą powtórką innej powieści, którą już znam.

2 komentarze:

  1. Niestety nie mój klimat :)
    naczytane.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Choć „Pretty woman” nie znoszę, to jestem przekonana, że „Pawilon Kwiatu Brzoskwini” spodobałby mi się bardzo, dlatego już od jakiegoś czasu rozglądam się za tę książką.

    OdpowiedzUsuń