sobota, 30 czerwca 2012

"Zatrute ciasteczko" - Alan Bradley


Flavię de Luce zna chyba każdy – przynajmniej z widzenia. Po boomie na nią, jaki zapanował jakiś czas temu na blogach, ciężko nie kojarzyć przynajmniej, kim ona jest. Wtedy nie dałam się ponieść modzie i na swoją przygodę z jedenastoletnią chemiczką Flavią poczekałam dłuższy czas.

Dziewczynka postrzega świat poprzez chemię – to jest chyba najlepsza część książki, a może cecha. Ja sama w wieku jedenastu lat marzyłam (oprócz otrzymania listu z Hogwartu), by być chemikiem, mieć laboratorium i przeprowadzałam różne eksperymenty (w wyniku jednego podpaliłam kiedyś stół, ale wiem o tym tylko ja). Raz stworzyłam nawet różowy atrament! Ale Flavii nie zadowalają takie dziecinne zabawy. Ona zajmuje się czymś poważniejszym – truciznami.

Muszę przyznać, że właśnie ta jedna rzecz mnie przyciągała do „Zatrutego ciasteczka”. I opis, i recenzje. Jednak moje własne spotkanie okazało się mniej fascynujące. Pół książki było miło, ale ciągnęło się niczym krówka mordoklejka i ciężko było ruszyć się z miejsca. Punktem przełomowym była historia ojca Flavii, która wzbudziła we mnie coś więcej niż znudzone zainteresowanie. Od tego momentu książka zaczęła się rozwijać. Wobec bohaterki mam mieszane uczucia – z jednej strony mi imponuje swoją wiedzą i umiejętnością kłamania, ale z drugiej denerwuje mnie jej infantylizm i brak przewidywania w pewnych momentach. Wiem, że to sprawia, że jest bardziej wiarygodna jako dziecko i postać sama w sobie, jednak nie jestem w stanie poczuć do niej stuprocentowej sympatii. Jej stosunki z siostrami – i całym światem – sprawiają, że dochodzę do wniosku, iż Flavia ma bardzo łagodną odmianę zespołu Aspergera. I nie uważam, że musi tak być. To po prostu moje odczucie.

Druga połowa książki była znacznie lepsza. W końcu zaczęło się coś dziać. Jednak nic nie przebije zakończenia – nawet opowieść ojca – które jest naprawdę świetne i tylko ono sprawia, że chcę przeczytać kolejne tomy. Trzyma w napięciu, wzrusza, intryguje. I aż się rodzi pytanie: co Flavia wymyśli następnym razem? I to jest wszystko, co zachwyca. Oprócz może ciekawego stylu autora i stworzenia fascynującego angielskiego świata.

Nie rozumiem fenomenu Flavii de Luce. Jest to dobra, wbrew pozorom [po mojej recenzji] wciągająca, choć nudząca książka o ciekawej (rozwlekłej) fabule, jednak nie pojmuję, jakim cudem można się nią tak zachwycać. Sama spróbuję to odkryć w kolejnych tomach, wiedząc już, czego się po serii spodziewać. Geniuszu jednak tutaj nie widzę. Po prostu dobra książka, którą można czytać do herbaty i kremówki (kremówka także wbrew pozorom). Właśnie też doszłam do wniosku, że może te sprzeczne cechy sprawiają, że Flavia ma tak duże grono wielbicieli? Jedno jest pewne - nie da się obok niej przejść obojętnie.

wtorek, 26 czerwca 2012

"Żółta sukienka" - Beata Gołembiowska


Takie małe, a takie duże – nachodzi mnie myśl po skończeniu tej książki. Zamykam ją i patrzę w ścianę. Patrzę i nie myślę więcej, nie mam w sobie chęci do sięgnięcia po kolejną książkę, a przede mną jeszcze półtorej godziny wolnego czasu. Siedzę i nie myślę o tej książce. Bo co można pomyśleć o czymś, co przekłada się na własne życie i czuje się tak silny z tym związek? Po tej książce zapada we mnie cisza – a to może oznaczać tylko jedno.

Zacznę od ostrzeżenia – nie radzę czytać opisu z okładki. Zdradza on coś, co powinno zostać tajemnicą aż do końca i mi samej trochę przeszkodziło w odbiorze, bo czekałam na to wydarzenie. Sam opis mówi za dużo o treści. A ja chciałabym porozmawiać o uczuciach i symbolach. Tytuł nie jest przypadkowy – żółta sukienka wita nas w tej książce i co jakiś czas o sobie – nam i bohaterce – przypomina. I rodzi się pytanie – dlatego tak uwielbiany prezent od babci nagle staje się czymś złym? Co oznacza sukienka? Jakie ma znaczenie dla Anny? O tym dowiadujemy się z książki, która liczy sobie zaledwie 160 stron, ale posiada więcej treści niż niejeden gruby tom.

Nie będę ukrywać, że to dość smutna książka. Niejednokrotnie mnie zaskoczyła postaciami, sytuacjami i samą fabułą (choć to słowo nie pasuje mi do „Żółtej sukienki”). Poniekąd jest podobna do „Dziewczynki, która widziała zbyt wiele”, jednak tutaj mamy do czynienia z dorosłą już kobietą, która nie potrafi rozliczyć się z dzieciństwem. I właśnie to sprawiło, że wszystko we mnie zamilkło. Bohaterka została niesamowicie dobrze wykreowana – zarówno jako dziecko jak i dorosła kobieta-matka. Każde zachowanie i lęk jest uzasadnione. Może tylko droga to pogodzenia się z przeszłością jest trochę wyidealizowana, wręcz odrywa się od całości treści. Mimo to lubię – o ile mogę tak powiedzieć – obie części. Każdą w innym momencie i mimo tej drobnej „wady”.

„Żółta sukienka” to mała, wielka książka. Cieniutka, w trochę mniejszym formacie, ale treść piękna, dobitna i smutna. Zachwycają kreacje postaci. Jedynym wyjątkiem jest Paul – on ma w sobie coś, co nie do końca komponuje mi się z całością. Mimo to uważam tę książkę za niezwykle godną uwagi. Bo choć smutna, jest też – jak już powiedziałam – piękna. Wyzwala wspomnienia nie tylko smutnych aspektów dzieciństwa, ale także tych jak najbardziej pozytywnych. Jeszcze nie spotkałam się z tak udanym połączeniem sprzeczności w kontekście jednego wydarzenia.

Z całego serca polecam.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

"Skrzydła nad Delft" - Aubrey Flegg


Oglądaliście „Dziewczynę z perłą”? Pamiętacie tę chłodną, choć słoneczną atmosferę panującą w Holandii? Widzicie we wspomnieniach, jak tworzone są farby, kolory? Czujecie ich zapach? Czy macie ochotę wziąć w ręce pędzel i namalować cokolwiek, by tylko poczuć się artystami i wejść w tamten świat? Jeśli tak, doskonale rozumiecie moje odczucia po lekturze. Jeśli nie, może zapoznacie się z nią sami?

„Skrzydła nad Delft” są malarską baśnią w czasie wielkich artystów. Ich bohaterką jest dziedziczka porcelanowej fortuny Louise Eeden, która kocha ojca i dla niego jest skłonna się poświęcić i wyjść za mąż za dziedzica drugiej ceramicznej firmy. W tym czasie ojciec poleca jej pozowanie do portretu, co zmienia wiele w życiu Louise.

W Louise podoba mi się, że jest dobra, ale nie jest głupia. Ma swój rozum, choć kieruje się raczej sercem i tym, co uważa za słuszne. Świat ją fascynuje, nie ogranicza się do kupowania nowych sukien, czepków (!) i zastanawiania się, jak najszybciej i najkorzystniej wyjść za mąż. Louise jest dokładnie taka, jak określa ją malarz – niezapatrzona w siebie, przezroczysta. I to wcale nie jest negatywne, wręcz pokazuje trudności w przedstawieniu czystej duszy.

Jednak czy Louise jest idealną dziewczyną? Nie. Choć stara się zrobić najlepsze, działa też wbrew sobie i swoim uczuciom. To wszystko jest przedstawione w niezwykle subtelny sposób. W tle obserwujemy intrygi, kłamstwa oraz uprzedzenia religijne i trudności w przyjmowaniu nowych wizji świata. Choć „Skrzydła nad Delft” są niegrubą książką i brakuje im czegoś, co można by nazwać dobitnym stylem pisania, są niezwykle wyraźne w swojej warstwie emocjonalnej. Kojarzą mi się ze skrzydłami – nie tymi okładkowymi, lecz delikatnymi motyla – które powodują delikatny wiatr, wywołują uśmiech i osiadają gdzieś w duszy, choć nie posiadają intensywnych barw.

Ta książka to baśń. Zaskakująca baśń, głównie przez zakończenie. Nie takiego bym się spodziewała. A może powinnam zacząć od przeczytania słów autora i zapoznania się z tą historią, która po części wydarzyła się naprawdę? Nie, raczej nie. Pewien wątek mnie niezwykle urzekł, tworząc klamrę w powieści i nadając jej magii, choć innego wymiaru.

Mocno polecam tę spokojną i czarującą lekturę. Z największą przyjemnością przeczytałabym coś jeszcze z tego tematu i napisanego w taki sposób. Książkę odrywającą od rzeczywistości i pachnącą farbami oraz okraszaną ilustracjami będącymi jej przyjemnym uzupełnieniem.

piątek, 22 czerwca 2012

"Wespazjan. Trybun Rzymu" - Robert Fabbri


Historia starożytnego Rzymu jest naprawdę interesująca. Zdobywcy świata, szaleńcy na tronie, homoseksualizm, intrygi polityczne i jeszcze więcej intryg. Także afer i romansów. Z moją wiedzą na temat Rzymu dotarłam ostatnio do cesarza Tyberiusza (mocno polecam książkę „Kochałam Tyberiusza”), który akurat w przypadku „Wespazjana” starzeje się, a Rzym mogę oglądać od drugiej strony – nie od samych wielkich, tylko od trochę niższych (choć równie intrygujących) postaci.

Część pierwsza serii, czyli „Trybun Rzymu” opowiada o samych początkach kariery politycznej Wespazjana, który według wróżby ma osiągnąć niewyobrażalne wręcz zaszczyty. Jego matka zabrania jednak mówić o tym Wespazjanowi, który dopiero po jakimś czasie dowiaduje się o istnieniu przepowiedni i rozumie już niechęć jego brata do niego. Jednak między braćmi musi zapanować zgoda, by oboje mogli osiągnąć coś więcej i wyjechać do Rzymu.

Udaje im się, wspólne zabijanie potrafi scementować ludzi. W Rzymie zostają jednak wmieszani w pewną intrygę polityczną, w skutek której Wespazjan musi oglądać się za siebie, ponieważ ktoś chce go zabić. Wstępuje do armii, gdzie zostaje trybunem. I uczy się, jak być tym, kim kiedyś zostanie.

Ta książka jest fikcją literacką bazującą na prawdziwych wydarzeniach. Sam autor przyznaje, że część luk w historii uzupełnił, dorobił bohaterów, wysnuł własne intrygi i po prostu zabawił się z przygodami Wespazjana. Jak na mój gust, jest w niej trochę za dużo zawikłanych intryg politycznych, których nie rozumiem, choć tu są prosto opisane. Książkę zaklasyfikowałabym jako lekturę dla młodzieży, właśnie z powodu prostoty.

Raczej nie uważam tego za mistrzostwo powieści historycznej, jednak jest to dobra książka, z którą można spędzić naprawdę ciekawe chwile, zapoznając się trochę z historią Rzymu i taktyk wojennych. Zawiera w sobie wiele interesujących aspektów, które z całą pewnością sami odkryjecie. Seria zapowiada się bardzo dobrze i mam nadzieję, że ciąg dalszy rzeczywiście taki będzie.



wtorek, 19 czerwca 2012

"Handlarz śmiercią" - Sara Blædel


Są kryminały dobre i kryminały skandynawskie. Możliwe, że tym stwierdzeniem urażę wielu fanów Larssona i innych pisarzy tego typu, jednak tak wygląda mój podział. O Camilli Läckberg wyrażałam się z lekką irytacją, choć jej książka wzbudziła we mnie sympatię (i wciąż siedzi mi gdzieś w głowie), to już wtedy wiedziałam, że to nie gatunek dla mnie. Dwukrotna próba przeczytania Millenium uświadomiła mi to równie dobitnie wraz ze swoimi rozwlekłymi opisami. Ja się jednak nie poddaję i spróbowałam czegoś nowego. „Handlarza śmiercią” duńskiej autorki.

Moja opinia nie będzie bardziej pozytywna niż ta „Księżniczki z lodu”, jednak zdecydowanie lepiej mi się ją czytało niż „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” (przysięgam, przeczytam kiedyś, podobno po trzystu stronach idzie z górki). Nie czułam tutaj fascynacji, tempa akcji, ani niezwykle ciekawych bohaterów. Fabuła zaś nie tyle przewidywalna, co ograniczona. Bardzo nie lubię takich zabiegów, jakim poczęstowało mnie zakończenie. Nie lubię schematycznych postaci. A już z całą pewnością nie lubię, gdy autor nie daje mi możliwości pobawienia się w detektywa, który szuka mordercy. Owszem, prawdopodobnie mogłam to zrobić, jednak książka sama w sobie należy do takich, które odbierają mi chęć do myślenia, ponieważ nie dostaję iskry zakochania się w jakimkolwiek elemencie składowym powieści.

Jest jednak jedna postać, o której powiedziane jest mało, a która wzbudziła moje zainteresowanie – to tajemniczy Fin. I z początku mnie nawet fascynował, dopóki nie zostało mi to zepsute. Wydaje mi się, że w „Handlarzu śmiercią” chodzi bardziej o pokazanie bohaterów, ich życia i cech charakteru (których uzasadnienie pojawia się z rzadka, a oni sami wydają się być do siebie nawzajem bardzo podobni) niż samej intrygi. Nie miałam ochoty szukać mordercy. Nie zależało mi na jego znalezieniu. Ani tym bardziej uzasadnieniu zbrodni oraz całej tej drogi do znalezienia go. Tak samo nie lubię dzieł przypadku w kryminałach. Co więc mi się podobało?

Czytało się lekko, rozgryzałam trochę nazwy własne, podobają mi się imiona bohaterek, działanie policji i dziennikarzy. Podoba mi się okładka, nie podoba tytuł, który zdaje mi się być trochę (zaznaczam – trochę) nieadekwatny do treści. To nie jest książka, którą poleciłabym komuś bez wyrzutów sumienia. Raczej miłośnikom tego gatunku, do których ja nie należę. Ma swoje zalety, ale należy do grupy książek, które mnie „ni to grzeją, ni ziębią”. Nie nauczyła mnie ta książka niczego. Niegroźna, do przeczytania. I nie dla mnie.