czwartek, 23 sierpnia 2012

Vicky Cristina Barcelona (2008) - Woody Allen


„Vicky Cristina Barcelona” to zdecydowanie jeden z najbardziej znanych filmów Woody’ego Allena. Ja reżysera nie znałam „osobiście” aż do zeszłego roku, gdy w kinach pojawiło się „O północy w Paryżu”, który to film zupełnie pokochałam. Z reżyserem chciałam zapoznać się bliżej, jednak brak czasu i innych rzeczy skutecznie mi to wybił z głowy. Cóż może być lepszym sposobem niż zrobienie z chęci obowiązku i wzięcie filmu do recenzji? Wierzcie mi, to zawsze skutkuje.

W efekcie obejrzałam film. Pierwsze piętnaście-dwadzieścia minut patrzyłam w niego z brakiem szczególnego zainteresowania. Głównym powodem był narrator, do którego nie mogłam się przyzwyczaić (to samo działo się w trakcie drugiego seansu). Gdy zdecydował się zamilknąć, od razu poprawił mi się nastrój i zaczęłam powoli zakochiwać się w tym filmie, a raczej w bohaterkach. Bo, choć to dziwne, odebrałam je tak osobiście, jak mało które postaci fikcyjne. Powodem jest to, że odkryłam, że one są doskonałym odzwierciedleniem poszczególnych części mojej osobowości. W tej sekundzie zaczęłam zachwycać się filmem.

A o czym on jest? O miłości. I choć nie powinnam nawet zająknąć się słowem o zakończeniu, powiem, że jak dla mnie jest całkowicie genialne, ponieważ Allen nie bawi się w nudne hollywoodzkie moralizatorstwo, które usprawiedliwia każdą decyzję podjętą przez bohaterów, co często bywa odpychające. Nie jest to też typowa komedia. To raczej zabawa intelektualna polegająca na znalezieniu drobnych paradoksów w ludzkim zachowaniu. Generalnie w tym filmie mało co śmieszy. Nie ma głębokiego przesłania. Jest po prostu specyficzny w tym, co chce sobą reprezentować. I w tej ostatniej kwestii uważam, że każdy znajdzie w nim coś zupełnie innego.

Film warto obejrzeć dla trzech rzeczy – przedstawieniu roli i funkcji sztuki; przedstawieniu miłości nie jako czegoś, co należy traktować śmiertelnie poważnie, lecz czegoś o różnych obliczach; pocałunku Scarlett Johansson z Penelope Cruz, która zresztą dostała Oscara za najlepszą rolę żeńską w tym filmie – zdecydowanie zasłużonego.

To film bardzo dobry przed wyjazdem na wakacje. I to tylko dla emocji, które zwiastuje. Jeśli ktoś jednak zdecydowałby się na niego w związku z Barceloną, muszę rozczarować – choć to miasto miało być bohaterem filmu, staje się jedynie tłem dla świetnych postaci, które przesłaniają ją zupełnie. Ja o Barcelonie nic się nie dowiedziałam, nie zdołałam się w niej zakochać.

„Vicky Cristina Barcelona” to według mnie inspirujący film. Jak i każdy inny, który opowiada o wyjeździe do innego miasta, kraju, gdzie dzieją się rzeczy banalne, ale niesamowite. Może powiela pewne schematy, ale jednocześnie się z nimi bawi. Takie filmy mogłabym oglądać zdecydowanie częściej.

Zdecydowanie polecam.

 

9 komentarzy:

  1. Oglądałam i jakoś kiepsko go wspominam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja bardzo pozytywnie - przekonująco zagrany i świetnie zrealizowany film. Za reżyserem jakoś szczególnie nie przepadam, ale nie mogę mu odmówić tego, że zna się na tym co robi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Widziałam i wzbudził we mnie mieszane uczucia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oglądałam i nie mam pojęcia co reżyser chciał przekazać, nie przekonał mnie :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Film bardzo mi się podobał. Uwielbiam Allena, ale w filmach, jakie teraz tworzy brak mi tych jego obsesji żydowsko-seksualno-psychologicznych. Mimo to tworzy wspaniałe filmy,

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Film jest przyjemny i chyba nic poza tym. Obejrzałam i zapomniałam. Wszyscy są irytujący łącznie z Cruz, której rola opierała się na "hiszpańskim temperamencie" i darciu mordy. Chociaż trzeba jej przyznać, że hiszpańskojęzyczne produkcje są dla niej stworzone.

    OdpowiedzUsuń
  8. Całkiem niedawno oglądałam, ale jakoś mi "nie przypasił". Chyba nawet nie wytrwałam do końca.

    OdpowiedzUsuń
  9. obejrzałam ze względu na Scarlett Johansson i Penelope Cruz, które bardzo lubię, ale ogólnie film mnie nie zachwycił :)

    OdpowiedzUsuń