niedziela, 30 października 2011

„Ta piękna mitomanka. O Izabeli Czajce-Stachowicz” – Paulina Sołowianiuk


Różne zainteresowania i fascynacje przeplatają się z czasem, w jakim jest nam dane żyć. Całkiem niedawno odczułam w sobie niezwykłą sympatię do artystycznej bohemy początku dwudziestego wieku, która swoją barwnością i czarem sprawiła, że mam ochotę cofnąć się do tamtego czasu.

Z pomocą przyszła mi internetowa księgarnia Prolibri.pl, kiedy przedstawiła mi ofertę książek do recenzji. O Izabeli Czajce-Stachowicz nigdy wcześniej nie słyszałam, ale moje zainteresowanie biografiami niezwykłych kobiet wcale nie słabnie – jej przynależność do wspomnianej wcześniej bohemy sprawiła, że decyzja podjęła się za mnie sama. I wtedy po raz pierwszy dowiedziałam się czegoś o tej pięknej mitomance…

Izabela urodziła się w żydowskiej rodzinie pod nazwiskiem Szwarc – to jeden z niewielu pewnych faktów o niej. Nie mamy np. pewności, kiedy dokładnie i gdzie się urodziła, co jest związane z jej niepoważnym podejściem do życia. Muszę jednak zaznaczyć, że głównie jej życia. Fascynującego, barwnego i okrytego mgłą niepewności.

Beli nie rozumiał nawet Picasso. Była osobą głośną, inteligentną, kochającą sztukę we wszystkich jej przejawach. Była bezpardonowa i dla niej nic nie było niemożliwe. Dlatego w czasie wojny uciekła z dwóch różnych gett, następnie pracowała w wojsku, milicji, a ubecja miała z nią poważny problem. Pomagała każdemu w miarę możliwości. Nieustannie kłóciła się z Gombrowiczem, szczerze przyjaźniła się z Gałczyńskimi. A ludzie mówili, że jeśli Czajka nie potrafi czegoś załatwić, nie uda się to nawet Bogu.

Oczywiście z tej perspektywy wydaje się, że nie miała ona jakiś poważnych wad, a jednak. Mówiono o niej również, że nie da się z nią wytrzymać dłużej niż kilka dni, że bardzo łatwo Belę przedawkować. Są osoby, które jej nie znosiły, ale też takie, które szczerze kochały za jej chaotyczną osobowość. Poza tym Czajka miała również patologiczną skłonność do koloryzowania, która zaczęła się u niej nadzwyczaj wcześnie, o czym można się przekonać w związku z problemami z określeniem jej dokładnej daty i miejsca urodzenia. To wszystko składa się na portret kobiety tak nietuzinkowej, jak tylko się da.

Paulina Sołowianiuk wykonała naprawdę ciężką pracę przekopując się przez tony materiałów źródłowych. To nie jest typowa „popularna” biografia, powinna być traktowana zdecydowanie poważniej – a przynajmniej ja tak traktuję rzeczy, które są po brzegi wypełnione przypisami, bibliografią, indeksem i dużą ilością dokładnie opisanych cytatów. Nie dostrzegam w tej książce przypadkowości, tylko dokładnie zaplanowany i zrealizowany plan. Autorka nie narzuca swojej opinii na temat Czajki, jedynie ją sygnalizuje, ale tylko po to, by mieć jakiś punkt odniesienia. I nie mogę nie wspomnieć o języku – jest piękny. Nie uproszczony, ale nie suchy. Nie brzmi ponuro jak rozprawa naukowa, lecz raczej jak baśń dla dorosłych. Odebrałam ją w ten sposób i to pomogło mi delektować się lekturą.

Jeśli nie słyszeliście o Czajce, polecam się o niej czegokolwiek dowiedzieć. To naprawdę fascynująca postać, a poza tym ta książka też ma w sobie coś intrygującego. Ciężko mi ją sklasyfikować, jednak wiem, że naprawdę mi się podoba.

Książkę otrzymałam od księgarni internetowej 

I przypominam o konkursie w poprzednim poście.

czwartek, 27 października 2011

Oddam Nianię w dobre ręce - i to jak najbardziej materialnie - konkurs, losowanie, czy jak tam zwał...

Ostatnio więcej mnie tu nie ma niż jestem i muszę powiedzieć, że tęsknię za UJ głównie dlatego, że w trakcie dojazdów miałam mnóstwo czasu na czytanie, po powrocie siadałam do komputera i tak mijał mi dzień... teraz dojazdów nie ma, jest komputer, a na książki brakuje mi troszkę czasu. I tak, troszkę się teraz tłumaczę, ale obiecuję się poprawić, za dużo mam seriali... okeeej. Mniejsza.

Dobrowolnie chcę się pozbyć książki "Powrót Niani", która jest drugim tomem bestsellerowej "Niani w Nowym Jorku" (film mi się podobał). Co trzeba zrobić? Zgłosić się w komentarzu, zostawić dane do kontaktu i mieć adres korespondencyjny w Polsce, bo ostatnio uznałam, że nie stać mnie na wysyłkę za granicę. Dobra, trochę przynudzam. Losowanie pierwszego, czyli zgłaszać się można dokładnie do końca miesiąca. Wraz z wybiciem listopada zamykam taką możliwość. Mam nadzieję, że ktoś się zgłosi!

A ta parasolka z okładki na pewno przyda się na tę dziwaczną pogodę!

Czas start i jeszcze raz reguły:
- Komentarz.
- Mail w komentarzu.
- Terminowe zgłoszenie się do końca miesiąca.
- Adres w Polsce.

A następny konkurs wymyślę ambitniejszy, o.

niedziela, 16 października 2011

"Kuszenie" - Anne Rice


Toby O’Dare wrócił do polskich czytelników w najmniej spodziewanym momencie z najmniej spodziewaną sytuacją. Czy wpadlibyście na to, że Toby ma syna? Jako nowonawrócony, skruszony umawia się z nim i jego matką na spotkanie, które zmienia jego życie po raz kolejny, jednak znowu musi podjąć się misji.

Ta misja jest inna. Związana z nowymi niebezpieczeństwami – zarówno zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi. Trafiamy do renesansowego Rzymu, gdzie jest umierający mężczyzna, dybuk w jednym domu i oskarżony o czary Żyd. Toby musi rozwiązać zagadkę i doprowadzić wszystko do dobrego zakończenia, jednak na jego drodze pojawia się nieoczekiwana przeszkoda. Głęboko w nim zakorzeniona, jak i w każdym z nas.

Niezwykłą zaletą tej książki jest to, że nic nie jest takie proste, a staje się nawet coraz trudniejsze – jak droga do zbawienia. Ale to nie jedyny problem Toby’ego. Ani misja, ani nawet życie nie jest tak niebezpieczne jak to, co czai się głęboko w człowieku. Czy Toby będzie potrafił sobie zaufać? Czy my będziemy potrafili? W twórczości Anne Rice fascynujące jest to, że czytelnik podświadomie odbiera jej twórczość w jakiś sposób osobiście. Przeżycia autorki bez wątpienia odcisnęły się na jej twórczości, co widać w opisywanych uczuciach.

Bardzo się cieszę, że widać tutaj miłość. Przemiany. Choć jedna rzecz mi nie podeszła – komplikowanie, przez budowanie sztucznego napięcia, jakie można dostrzec w serialach i również na końcu tej książki. To ta jedna rzecz, którą uznałam za zbyt wykraczającą poza pisarstwo Rice, żebym była w stanie ją tutaj zaakceptować. Nie jestem w stanie w tym momencie przewidzieć, czy rozwinie ją w następnym tomie w sposób banalny, jednakże w tym momencie wywołała we mnie lekki niesmak.

Mogę jednak powiedzieć, że bardzo lubię tę serię, daje sporo do myślenia, ale pierwszy tom podobał mi się bardziej dzięki swojej czystości uczuciowej. Choć wciąż nie potrafię skrytykować tej autorki. Zbytnio ją uwielbiam.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu

sobota, 15 października 2011

"Ojciec" - Karol Arentowicz


Już nie będę mówić o małych, niepozornych książeczkach, które kryją w sobie niezwykłe treści. To uwłacza tym tekstom. Teraz będę po prostu mówić o książkach, które mają duży wpływ na myślenie człowieka.

Jedną z takich książek jest właśnie „Ojciec”. Po raz kolejny podeszłam do czytania z innym nastawieniem, niż je zakończyłam, tym razem jednak było bardzo pozytywnie, ponieważ mogłam się emocjonalnie rozprawić z osobą ojca – jakie on ma znaczenie dla dziecka i być może dla świata? Jak poradzić sobie z patologią, brakiem miłości i być może jej nadmiarem? Jak zrozumieć ojca i być dobrym dla własnych dzieci?

W tej książce najpiękniejsze jest to, że tak naprawdę mamy wrażenie, iż czytamy spowiedź autora, jego własną rozprawę ze sobą samym jako ojcem swojej córki. Przy okazji analizuje on również wpływ czterech ojców z historii świata, których zachowanie miało wpływ na jego losy – ojca Stalina, Hitlera, Jezusa oraz samego Boga i tego, jakim on jest ojcem lub mógłby być. Z mojego punktu widzenia ta książka nie pozostawia suchej nitki na nikim, a na samym Bogu w szczególności, dlatego zapewne autor napisał, że osoby wierzące nie powinny czytać tego rozdziału.

Bez wątpienia ojciec jest ważną postacią w życiu dziecka, jednak nieodpowiedni może to życie zrujnować, a przy odrobinie szczęścia doprowadzić do wybuchu jakiejś wojny. Bo jakim człowiekiem byłby Jezus, gdyby Józef był dla niego złym przykładem? A czy gdyby dzieciństwo Hitlera było usłane różami, czy zginęłoby w latach 1939-1945 tyle milionów ludzi? Nie sądzę. Wydaje mi się, że obecny świat byłby zupełnie inny i autor podziela ten pogląd (a może ja podzielam jego?).

„Ojciec” jest naprawdę wart przeczytania. Potrafi wzbudzić w czytelniku wiele przemyśleń i możliwe, że doprowadzić do zmiany w światopoglądzie. Gorąco ją polecam każdemu. Bo taka mała, a jaka wielka!

Serdecznie dziękuję portalowi
Oraz wydawnictwu IMG Partner

środa, 12 października 2011

„Jak niechcący spowodowałem upadek światowego koncernu” - Harosław Jaszek


Co nieco słyszałam o autorze, były to słowa raczej pochlebne, dlatego chciałam przeczytać jego książki, szczególnie tę jedną. Rozmiary ma ona niepozorne – pozornie czyta się szybko. Mi jednak się to trochę dłużyło. I jedynym powodem, który za tym przemawia, jest to, że korporacje, firmy PR i inne rzeczy zarządzające dużą ilością zasobów ludzkich chyba już mnie nudzą, bo za każdym razem są pisane o tym samym.

„Jak niechcący spowodowałem…” obnaża rzeczywistość ukrytą pod warstwą pozorów – bo czy większości z was nie wydawało się, że działanie wielkich firm jest jasne i klarowne, każdy przynajmniej trochę wie, co ma robić i wszystko jest sprawne? Okazuje się (i oceniam to nie na przykładzie tylko tej jednej pozycji), że tak naprawdę wszędzie panuje chaos, nikt niczego nie rozumie i nie mam zielonego pojęcia, dlaczego jeszcze jakakolwiek duża firma utrzymuje się na rynku, bo biorąc pod uwagę logikę, wszystkie powinny upaść tuż przed otwarciem drugiej filii. Jakimś cudem udaje im się przetrwać. I właśnie to mniej więcej opisuje Harosław Jaszek. Ten dziwny cud przetrwania. Do momentu przypadkowego upadku.

Książeczka jest ironiczna, choć nie na ten sposób, który lubię. Opowiada o paradoksach, bezsensie i bezmyślności pracodawców, którzy zamiast poprawiać sytuację, pogarszają ją – czy to przypadkowo czy celowo – nieistotne. W trakcie lektury bardzo poważnie się zastanawiałam nad swoją pracowniczą przyszłością – czy ona ma sens? Rzeczywistość w tego typu literaturze jest zazwyczaj bardzo szara i naprawdę odechciewa się czytelnikowi kiedykolwiek podjąć się jakiegoś zajęcia. Może autor próbował przedstawić to na sposób humorystyczny, jednak nie odniosło to w moim przypadku spodziewanego efektu, raczej wprawiło w przygnębienie.

Wiem, że wielu osobom podobała się ta książka. Może gdybym nie odebrała jej tak bardzo osobiście i nie próbowała wyobrażać sobie własnej przyszłości, spodobałaby się i mi.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi

oraz wydawnictwu IMG Partner.

poniedziałek, 10 października 2011

„Matki, żony, czarownice” – Joanna Miszczuk



Od razu powiem, że tak naprawdę nie mam pojęcia, co mogę napisać o tej książce poza tym, iż jest wspaniała. Nie jest to zwyczajna powieść, to raczej saga rodzinna, o kobietach, które poświęcały sukces dla miłości. Nie jest to ociekająca lukrem bajka, ale rzeczywistość sięgająca czasów średniowiecza i inkwizycji. Arystokratycznych rodów, czasów komunizmu oraz jak najbardziej współczesności. To książka niesamowita. Spróbuję wyjaśnić dlaczego.

Główna bohaterka, Asia, prowadzi pozornie idealne życie – dostatnie, z kochającym mężem i wspaniałą córką. Nie wie ona jednak, że przeszłość i magia wypełniają jej życie. Jest tego nieświadoma, jak większość kobiet w jej rodzinie aż do czasu, gdy odkryły przeszłość. Przez lata z matki na córkę przechodził pierścień miłości i przebaczenia. I właśnie dookoła niego i tych dwóch rzeczy kręci się akcja książki – najważniejsze w życiu jest to, by kochać i umieć przebaczyć.

Poznajemy tutaj różne historie, różne miłości, różne związki i różne kobiety żyjące w różnych czasach. Łączą je jedynie wspólne przodkinie i ten pierścień. Każda z nich rezygnuje z czegoś dla miłości, aż nadchodzi moment przebaczenia – czy to komuś innemu czy sobie samej. Tak naprawdę nie umiem opowiedzieć o fabule, jednak muszę przyznać, że zostałam w nią wciągnięta z całą siłą. Bardzo przeżywałam to, co się działo wokół bohaterek, pochłaniałam każde słowo i nie chciałam, by się skończyła. Zawiera w sobie mnóstwo elementów, które spójnie łączą się w całość. Rewelacyjną całość, powinnam powiedzieć. I nie przesadziłabym w tym ani trochę.

Jest to zdecydowanie literatura kobieca, w to ciężko zwątpić. Niebanalna, interesująca, zachwycająca. I naprawdę bardzo dobrze się ją czyta. Czytając ją, po raz pierwszy uwierzyłam w siłę miłości, przynajmniej przez chwilę. Sama pokochałam bohaterki, chciałam przeżyć ich życia – wcale nie sielankowe, ale jedyne w swoim rodzaju. Skomplikowane, z wieloma dnami, o ile życie może mieć kilka den. Same portrety psychologiczne czasami mnie zaskakiwały, są bardzo dobre jak na ten typ literatury.

Zdecydowanie polecam. I choć może moja recenzja jest chaotyczna, ciężko ją ogarnąć i pojąć, co miałam na myśli, próbowałam tylko powiedzieć, że jestem nią naprawdę urzeczona i to książka warta przeczytania. A na pewno sprezentowania jakiejś kobiecie na urodziny czy pod choinkę. Powinna się spodobać.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński.

czwartek, 6 października 2011

"Królestwo czarnego łabędzia" - Lee Carroll

Kolejna seria urban fantasy. Zafascynowało mnie okładkowe wspomnienie o puszce Pandory i chciałam zobaczyć, jak to będzie funkcjonowało w książce. Zostałam więc wysłana do Nowego Jorku, gdzie seria dziwnych wydarzeń, spowodowanych czymś mniej dziwnym, doprowadziła do stanu przypominającego ten po otwarciu puszki. Bo i coś na jej kształt się tam znalazło.

Bardzo spodobało mi się przedstawienie artystów i ich wizji świata. Malarstwo, muzy, duszki i postacie z mitów, które żyją w naszym świecie, ukryte przed ludzkim wzrokiem. Nie jest to całkiem rzadkie w tego typu literaturze, jednak barwność postaci w kontrastowym przedstawieniu z ponurą, mglistą atmosferą sprawia, iż "Królestwo czarnego łabędzia" można postrzegać jako coś odmiennego. Mamy światło i mrok. I to bardzo ładnie się ze sobą komponuje.

Podoba mi się również, że bohaterowie nie są jednoznacznie dobrzy czy źli. Nie znoszę czarno-białych charakterów, a Lee Carroll uchronili mnie przed nimi. I umieścili akcję w mieście, o którym sobie cicho marzę, które w tej mgle wyglądało naprawdę interesująco i nieustannie kojarzyło mi się z filmem "Kolekcjoner kości".

Mimo to większość fabuły uważam za całkiem przewidywalną, oklepaną i dość słabą. Nie zainteresowała mnie ta książka na tyle, by kiedyś sięgnąć po kolejną część, nie odczuwam do niej dużego przyciągania, choć było bardzo miło. Miłość do wampira mnie przerasta. Królowie wróżek są interesujący. Ale o kwestii artystów już mówiłam. Książka ma parę mocnych punktów, ale całokształt mnie nie powalił ani humorem, ani inteligencją, ani fabułą. Jedynie poszczególnymi, wyizolowanymi elementami.

Książka nie jest zła, ale nie jest również wspaniała. Ma wiele wad, które może zostaną wyeliminowane w kolejnych częściach. Ja nie jestem przekonana.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński.