środa, 29 grudnia 2010

Moi drodzy!

Jutro skoro świt wsiadam w uroki naszej wątpliwej komunikacji kolejowej, by dotrzeć do stolicy naszego wspaniałego kraju, gdzie oczekuje na mnie (mam nadzieję) osoba, która opróżni na jakiś czas moją szafę z kilkunastu książek, które ze sobą targam. Wrócę do Was w niedzielę lub poniedziałek z, mam nadzieję, nową recenzją.

Życzę Wam udanego Sylwestra i... szczęśliwego roku 2011.

Wasza Alina.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

"Mitologia germańska" - Artur Szrejter

Muszę powiedzieć, że byłam zaskoczona. Bardzo zaskoczona faktem, ile pisarze fantastyki zaczerpnęli z religii germanów. Oraz tym, jak bardzo poszczególne mitologie są do siebie podobne. I zaskoczona jestem wciąż.

Artur Szrejter w swoim opracowaniu (co chyba tak powinnam to nazwać) skupia się głównie na bogach, olbrzymach, elfach i krasnoludach, bohaterów pomijając. Jednak rozrywka, jakiej czytelnikowi przysparzają bogowie, jest w zupełności wystarczająca. Śmiem nawet twierdzić, że mitologia germańska jest nawet bardziej pokręcona niż grecka czy rzymska, gdyż... tutaj mamy do czynienia z wyraźnym kozłem ofiarnym, jakim jest Loki - bóg ognia, jeden ze stworzycieli człowieka, dowcipniś jakich mało. Gdy coś się stało, od razu zrzuca się winę na niego, nawet gdy nie miał z tym do czynienia i każe się mu to naprawiać. Naprawdę kochana postać. Jedna z moich ulubionych.

Bogowie oczywiście się sprzeczają, dokuczają sobie, zdradzają się nawzajem, kradną, zabijają... Od razu nachodzi porównanie z "Modą na sukces". I jak można mieć pretensje do jej twórców, skoro wzorują się na takiej klasyce, jaką jest mitologia? Niewątpliwie jest to coś, co warto przeczytać, chociażby dla lepszego wglądu w fantastykę.

Autor najpierw przedstawia nam Genesis, po czym opowieści z poszczególnych wieków [panowania bogów], a następnie historie samych bogów (Loki występuje niemal w każdej, jest takim... głównym pobocznym bohaterem). Na końcu zaś mamy skondensowaną wiedzę na temat każdego z nich. I, jako posypkę na torcie, dostajemy mały wgląd w demonologię, gdzie pojawia się moja druga ulubiona postać - demonica Lusse - która przekonała mnie do tego, by piec chleb w czasie wczesnowiosennej burzy. A dlaczego? Ponieważ wtedy hasa ona po nocnym niebie ze swoimi wilkami i dusi ludzi, którzy wzniecają zbyt duży ogień, warzą piwo, czy też pieką chleb. Niesamowicie mi się podoba ta postać, więc chcę ją spotkać. W dodatku jej świętym zwierzęciem jest kotka.

Mitologię tę polecam chyba każdemu, kogo ona nie zniechęca. Przynosi sporo radości i wiedzy, która zapalonym czytelnikom może się kiedyś przydać.


A Alina wczoraj wcale nie miała doła, ale uznała, że musi iść się pocieszać. Więc weszła na stronę Empiku, gdzie taka ładna promocja widniała. I mówi sobie: Nie więcej niż dwie książki. Więc najpierw wrzuciła do koszyka dziesięć książek, po czym wszystkie z niego wyrzuciła, wrzuciła kolejne dwie, dorzuciła trzecią, usunęła jedną, po czym ją przywróciła i tak mieszała, aż w końcu nie wiedziała, co w ostateczności zamówiła. Niewątpliwie są to dwie książki. Ale jakie? Okaże się. Bo wolała nie sprawdzać, żeby przypadkiem znowu nie zacząć czegoś zmieniać :DD.

Rozumiem, że recenzji Biblii nie chcecie, gdy już popełnię przeczytanie jej? Bo w trakcie nachodzą mnie różne heretyczne refleksje.

piątek, 24 grudnia 2010

Choinkowy Kot Simona :).



To chyba najśmieszniejszy filmik z całej tej serii :). Obejrzałam go dwa razy i za każdym zaśmiewałam się do łez.

Simon's Cat rządzi!

Frohe Weihnachten!

Co prawda śnieg za oknem topnieje, a ja jeszcze nie byłam na sankach!, jednak święta nadchodzą. Widzę je w tej rodzinnej atmosferze, gdy wszyscy wrzeszczą na siebie od rana i nie dają mi spać ;).


Ale Wam życzę spokojnych świąt (bez takich ekscesów), pełnych rodzinnej atmosfery, miłości, karpia (ale nie bez ości, bo bez ości to panga a nie karp ;)) i książek! I może jeszcze półkę na te książki? Tak, książek, półek i blogów! O, tego Wam życzę!

Bo jakaś mało elokwentna jestem.

Ale bądźcie szczęśliwi, dobrze?

środa, 22 grudnia 2010

"Ja, Diablica" - Katarzyna Berenika Miszczuk

Książka zapowiadała się naprawdę świetnie. Mamy jakąś dziewczynę, która staje się diablicą, ląduje w Los Diabolos, czyli piekielnym odpowiedniku Los Angeles. I jest ciekawie... Ale nieee. Wiktoria (nasza bohaterka) okazała się tak beznadziejnym przypadkiem, że udało jej się zepsuć całą książkę. Całą. A, nie, jest jeden fragment, który mi się niezaprzeczalnie podobał. Ale może wróćmy do wymieniania zarzutów.

Książka jest napisana wyjątkowo niezgrabnie, ale podejrzewam, że to dlatego, iż jest w pierwszej osobie, a narratorką jest ta wkurzająca Wiktoria. Ma ona dwadzieścia jeden lat, a mentalność piętnastolatki (chociaż znałam i dojrzalsze piętnastolatki, ale na razie pomówmy o stereotypach). Ona jest ode mnie starsza! To mnie dobijało, bo niewiele, ale ja, za przeproszeniem, jestem od niej chyba znacznie mądrzejsza, bo... za dużo myśli Wiktorii się nasłuchałam, żeby podejść do tego swobodnie.

Tak, język, jakim napisana jest książka, jest równie niedojrzały co bohaterka. Nie mam co do tego wątpliwości. Ale żeby tylko tym mnie zdenerwowała książka! Nie. To byłoby za proste. Drugą diablicą w Los Diabolos jest Kleopatra. Tak, ta Kleopatra. Zresztą moja ukochana postać historyczna. To, co zrobiła z nią autorka, przeszło moje pojęcie. Tutaj Kleopatra jest sadystką, jest niezrównoważona psychicznie i... no, można by dalej tak wymieniać.

Przejdźmy do kolejnej postaci - Piotruś (ugh!). Miłość Wiktorii. Popaprany facet, oszust i idiota. Wciąż jest dla mnie niezrozumiałe, dlaczego ona wolała Piotrusia (mówię "Piotruś", bo Wiktorii się raczej nie zdarzało nie zdrabniać tego imienia, co również frustrowało) niż Beletha. Beleth to chodzący seks. O, i jeden z pozytywów w książce, żeby nie było, że są same negatywy.

Dalej powinnam opowiedzieć o akcji, zakończeniu, księżycu... Ale nie każdy lubi spojlery, a jestem pewna, że po moim narzekaniu ktoś jednak na książkę się zdecyduje (i dobrze!), to nie będę odbierać przyjemności [jeszcze bardziej]. Część po ucieczce z Piekła (kto i czemu? - nie powiem) mi się nie podobała. Ale był jeden interesujący fragment! Oglądaliście "Potwory i spółka"? Była tam scena, gdy wyszli przez drzwi w Tybecie i tam się pojawił yeti. W każdym bądź razie, gdy doszłam do sceny wychodzenia przez drzwi w Tybecie (tyle, że w książce), zobaczyłam tę z bajki. I bardzo mnie to uradowało.

Zakończenie przewidywalne (w pewnym sensie, choć nie do końca, bo tak pokręconego rozwiązania nie wymyśliłabym nawet ja - szczerze wolę coś bardziej uzasadnionego), nudne i wołające o pomstę do nieba. Chociaż może nie nudne... Irytujące, o.

A teraz pozytywy: dawno nie uśmiałam się tak przy żadnej książce, nie dostawałam ataków histerycznego śmiechu (oczywiście tam, gdzie Wiktoria okazała jakieś minimalne oznaki inteligencji lub jej nie było, a ja jej nie przeklinałam na głos i nie wyzywałam od "głupich debilek" - bywało i tak, dość często), bardzo wciąga - czytadło jak znalazł, genialne śmieszne teksty w niektórych momentach i świetna kreacja Piekła! Bardzo! I choćby tylko dla niej (i reszty ww. zalet) warto przeczytać.

Dzisiaj rano również sobie uświadomiłam, że pisarze to z zasady osoby żywe (przynajmniej w momencie pisania) i autorka przypadkiem może trafić na to moje narzekanie. Więc żadne tłumaczenie do mnie nie dotrze (chyba że konstruktywne - jeśli moje jęki nie wydają się komuś konstruktywne, mogę wyjaśnić dogłębniej), które będzie pt. korektor, redaktor, wydawca, "innym się podobało". Pisarz zawsze ma wybór - może wziąć książkę pod pachę i powiedzieć "nie, dziękuję". A jeśli pisarz chce mi powiedzieć, że jest polonistą od dwudziestu lat, to lepiej w ogóle niech nie przychodzi, bo mam awersję do polonistów, którzy uczą w szkołach dłużej niż pięć. Tak, wiem, jestem niemiła. Ale ta książka wyzwoliła we mnie agresję. Myślałam, że jak się prześpię, to będzie łagodniej, jednak gdy zasiadłam do pisania, wszystko wróciło.

Chociaż... miło spędziłam czas. Nawet nie pogłębiła mi szczególnie migreny. No, mówię, czytadło.

wtorek, 21 grudnia 2010

"Zupa z granatów" - Marsha Mehran

Są książki, które chodzą za mną dniami, miesiącami, latami... Które wyraźnie mi mówią "Przeczytaj mnie, nie pożałujesz". I ja je doskonale wyczuwam. Oczywiście zdarzają się też takie pozycje, które mówią mi nieśmiało, żebym po nie sięgnęła, jednak wtedy nie mam takiej pewności i efekty są różne. Ale "Zupa z granatów" mnie nie okłamała. Bardzo dobrze wiedziałam, czego się spodziewać. Nabrałam ogromnej pewności, że muszę ją przeczytać. I gdy wreszcie to zrobiłam... nie mogę się doczekać drugiego tomu. A przecież "Zupa z granatów" nie była czymś wyjątkowym.

Zdarzało mi się kilkakrotnie spotkać z opinią, że ta książka jest bardzo podobna do "Czekolady". Broniłam się przed tym, jednak w trakcie czytania również nie mogłam pozbyć się tego wrażenia. Na szczęście doszłam również do wniosku, że z tych dwóch książek wybrałabym właśnie "Zupę z granatów".

Marsha Mehran napisała książkę nader smakowitą, w której pełno jest irańskich rarytasów, na początku każdego rozdziału znajduje się zaś przepis na przedstawione w książce potrawy. A potrawy te przygotowują trzy siostry (chociaż, będąc dokładniejszą, powinnam powiedzieć, że dwie, bo trzecia woli romansować), które otworzyły Cafe Babilon w małym irlandzkim miasteczku. I tutaj powtarza się wątek z "Czekolady", gdzie nowo przybyłe zostają skazane na potępienie przez wysoko postawioną osobistość, która chce się ich za wszelką cenę pozbyć. Oczywiście miasteczko w znacznej większości przekonuje się do sióstr, po czym następuje happy end. Ale to przecież nie jest nic dziwnego, po tej książce można się było spodziewać takiego rozwiązania. Jest dość przewidywalna i z pewnością nie należy do wybitnej literatury, ale...

Zakochałam się w smakach dobiegających z niemal każdej strony. W przerysowanych czarnych charakterach i wyidealizowanych tych dobrych. I tym języku, który mnie do siebie przyciągał z każdym zdaniem coraz bardziej. I moją chęcią, by iść do sklepu i kupić wodę różaną, upiec słoniowe uszy, ugotować zupę z granatów i zamknąć się w Cafe Babilon, żeby słuchać opowieści o rewolucji w Iranie, z powodu której siostry musiały uciekać.

Książka jest niesamowita, uważam ją za lepszą od "Czekolady". Poza tym to moje pierwsze spotkanie z Serią z Miotłą. Nader udane i z całą pewnością nie ostatnie (bo muszę przeczytać drugi tom, no!). Gorąco polecam. Ale do czytania radzę wziąć sobie coś do jedzenia, bo inaczej się tej książki czytać nie da. Człowiek momentalnie głodnieje.

piątek, 17 grudnia 2010

"Okruchy przeszłości" - Rachel Hore

Zafascynowała mnie ta książka, gdy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach wydawniczych (później C.S. powiedziała, że ja to mam szczęście do książek). Chciałam ją przeczytać tak bardzo, że czekałam wręcz z utęsknieniem na jej premierę. I jestem bardzo wdzięczna wydawnictwu Prószyński za udostępnienie mi egzemplarza recenzyjnego.

Jest to literatura kobieca, chociaż trochę nietypowa. Nie mamy tutaj jednak do czynienia z pustym romansem ponad wszystko, łamiąc wszelkie zasady, by być z ukochanym. Nie. To jest historia o poszukiwaniu akceptacji i wybaczeniu. Wsparciu otrzymywanym od innych i również dawaniu czegoś z siebie.

Fran jest kobietą zranioną. Nigdy nie miała zbyt dobrych stosunków z ojcem, ponieważ nie chciał opowiadać jej o matce i miał trudną osobowość. Gdy opuściła dom, jeżdżąc z różnymi orkiestrami po całym świecie, okazało się, że trafia na samych kiepskich mężczyzn, z którymi związek zawsze kończy się cierpieniem. Jednak choroba ojca przygnała ją z powrotem do niewielkiej londyńskiej witrażowni, należącej do jej rodziny od pokoleń. Tam musi sobie radzić ze swoimi własnymi uczuciami względem ojca, rodzinną historią, małymi (i większymi) nieszczęściami, które stają na jej drodze, oraz aniołami, które dają o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Szczególnie jeden, zniszczony wiele lat temu, który wraz ze współpracownikiem postanowiła naprawić.

Jest to bardzo ciepła książka, pełna światła, muzyki i uczuć, w której tak naprawdę niewiele jest zwrotów akcji. Oczywiście są, ale tak naprawdę wcale nie odbierałam ich jako najważniejsze. Obserwowałam ciepło Amber i jej wiarę w anioły, dystans Zacka, manipulacje Bena, słodką naiwność Jo i Fran - Fran, która szukała swojej drogi w życiu przez tak wiele lat, a okazało się, że wystarczyło wrócić do domu. Ważna jest również Laura, od której właściwie (i anioła na witrażu) zaczyna się cała historia. Piękna historia.

Gorąco ją polecam na te mroźne dni za oknem, osobom, które nie czują się do końca szczęśliwe. "Okruchy przeszłości" są naprawdę dobrą książką. Oczywiście, o ile zignoruje się te ogromne ilości literówek. Poza tym byłam bardzo miło zaskoczona, ponieważ momentami (jeszcze przed przeczytaniem) zaczynałam mieć wątpliwości. Na szczęście okazało się, że strach był bezpodstawny, a ja teraz mogę wspominać lekturę z rozczuleniem i uśmiechem na ustach.

niedziela, 12 grudnia 2010

"Warto marzyć!" - Kjersti Sheen - LOSOWANIE.

W ramach zaglądania do szafy (wszystko, byleby się nie zabrać za to, co robić powinnam, czyli czytać "Nathan der Weise" Lessinga) rzuciło mi się w oczy, iż posiadam dwa egzemplarze jednej z książek dla nastolatek, dodanej kiedyś do czasopisma Dziewczyna. Podejrzewam, że to było dawno temu. Książka ta nie jest szczytem geniuszu, ale też nie jest zła. To dzieło popularnej norweskiej autorki powieści dla młodzieży. Opis z okładki:

Czternastolatki, Tilde i Theo, przeżywają swoje pierwsze młodzieńcze uczucie, ale oboje starannie to ukrywają. Zadręczają się domysłami - a ponieważ na kartach książki każde z nich przemawia własnym głosem - Czytelnicy mają okazję się przekonać, jak różnie można postrzegać te same zdarzenia. Niedomówienia, zabawne perypetie, intrygi, ale i poważne problemy, z którymi przyjdzie się zmierzyć bohaterom powieści, pozwolą im w końcu zrozumieć, co się naprawdę dla nich liczy.

W szkole trwają przygotowania do rewii, której premiera ma się odbyć tuż po Nowym Roku. Co zmieni się w życiu Tilde i Theo? Czy spełnią się ich marzenia?

Szczerze się nie spodziewam, by wiele osób się zgłosiło po tę książkę, jednak... jeśli ktoś chce, to ja serdecznie zapraszam :D. Mogę powiedzieć, że pamiętam rower i że mi się podobała. A cała reszta... odpłynęła w niebyt. Jeśli ktoś chce - proszę się zgłaszać, a co. A termin... do środy, w czwartek bym w takim razie wysłała. W najlepszym przypadku dotarłaby jeszcze przed świętami :D.

sobota, 11 grudnia 2010

"Mistrz" - Andy Andrews

Chodź tu bliżej, do światła. A ja pokażę Ci, jak patrzeć na świat z innej perspektywy. Bo jej potrzebujesz, prawda?

Co prawda nie są to dokładne słowa Jones'a, ale wyraźnie pokazują, o co w tej książce chodzi. Jeśli miałabym określić gatunek tej książki, powiedziałabym, że jest to fabularny poradnik "jak żyć, by być szczęśliwym". Zresztą Andy Andrews ma na swoim koncie zarówno powieści jak i poradniki, więc coś w tym moim nazewnictwie odpowiada prawdzie.

Andy jest narratorem "Mistrza". Opowiada o swoim spotkaniu z Jones'em, starszym człowiekiem chodzącym wszędzie ze swoją brązową walizką, i dającym ludziom dobre rady. I w zasadzie zawsze rada jest taka sama. Popatrz inaczej. Po prostu. Ludzie go lubią, przyciąga ich do siebie jak magnes, a gdy znika, martwią się o niego. Jones jest człowiekiem niesamowitym - to jest oczywiste dla każdego.

Sądzę, że tę książkę można potraktować jako autobiografię Andy'ego Andrews'a, ponieważ wiele rzeczy zgadza się z rzeczywistością. Jedynie nie jestem w stanie sprawdzić, czy Jones istniał naprawdę. Może kiedyś pojawi się na progu mojego domu i powie "Chodź tu bliżej, do światła"?

I nieważne, że to kolejna książka, która karmi nas oczywistościami. Jest zdecydowanie inna. Jeśli jednak ktoś nie lubi dostawać rad, może ją czytać jako powieść psychologiczną, obserwować różnych bohaterów, którym pomógł Jones.

Naprawdę ją polecam, ponieważ ludzie potrzebują szerszej perspektywy. Dopiero wtedy są w stanie korzystać z życia, jak należy.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwartemu.


Jak widać, napisałam recenzję po raz drugi. Z tamtej byłam tak bardzo niezadowolona, że po prostu czułam wewnętrzną potrzebę. I wierzę, iż ta jest lepsza. A teraz mogę iść spać bez wyrzutów sumienia.

"Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci" - Conn Iggulden

Dosłownie wystrzałowe, ponieważ przygody Tolinów zaczynają się od przypadkowego wystrzelenia się wraz z fajerwerkami. A Toliny to stworzenia, które lubią być wszędzie, psocić, bawić się i znęcać nad duszkami, które są od nich znacznie mniejsze i świetnie nadają się na przykład na chusteczkę do nosa. Dorośli nie mogą widzieć Tolinów, ale dzieci owszem. No i zaczynają się kłopoty...

Iskrzak jest rezolutnym Tolinem, który uważa, że ludzie są przydatni. Dlatego gdy łamie zasadę, że "nie wolno się zadawać, a przede wszystkim rozmawiać z ludźmi. To zawsze kończyło się kłopotami, a czasem grawitacją", nic dziwnego, że dostaje wyrok śmierci. Ale Iskrzak jest sprytny. Poza tym wpadł w oko córce Arcytolina.

Toliny nie należą do najmilszych stworzeń, jednak mają swój nieodparty urok. Bywają bezczelne i egoistyczne, ale nie mają samych wad. Złe cechy są zakryte przez inne, pozytywne. Jeśli chodzi o książki dla dzieci - są bardzo dobre, ponieważ można dzieciom wyjaśnić różnicę między dobrem a złem, a także niektóre podstawowe zagadnienia dotyczące fizyki i chemii. Książka jest niesamowita, w dodatku tak pięknie wydana (a rysunek kota jest wręcz zniewalający! Wpatrywałam się w niego chyba pięć minut. Wspaniałe oczy), że aż spodobała się mojej mamie.

Jestem zachwycona, cudowna historia na sobotni poranek, żeby się rozgrzać i rzucić w wir innych zajęć. Napisana prostym acz barwnym językiem, najchętniej poczytałabym ją pięcio-, sześciolatkom.

I polecam ją wszystkim. Może Wy też zobaczycie Toliny dobierające się do zbioru płyt i hasające po ubraniach? Ja je zobaczyłam, ale udawałam, że wcale tak nie jest. Jeden z nich podprowadził mi apaszkę... Dlatego uważajcie, czytając! ;).

Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać

środa, 8 grudnia 2010

"Ugrofińska wampirzyca" - Noémi Szécsi

Wampiry się panoszą wszędzie, co można bez problemu zauważyć od razu po wejściu do księgarni. Kilka lat temu nie były jeszcze tak modne, łatwiej było znaleźć ciekawą i nietuzinkową lekturę z tej tematyki, chociaż nie było ich dużo. Jakby świat zapomniał o tak ważnym wątku w kulturze chyba wszystkich narodów. I właśnie w owym czasie - wampirzej suszy - pojawiła się "Ugrofińska wampirzyca"*.

Noémi Szécsi przedstawia wampiry w sposób nader interesujący. Człowiek wampirem się rodzi, może pić krew za życia, ale ma ona działanie dopiero po jego śmierci. Są ugryzienia, litry życiodajnego płynu, czyli wszystko tak, jak być powinno. Główną bohaterką jest Jerne, która nie ma specjalnej ochoty, by pić krew, jednak jej babcia, z którą mieszka, uważa, że Jerne jest żałosną podróbką wampira i wciąż się zastanawia, dlaczego w ogóle się nią przejmuje.

Babcia jest naprawdę fascynująca - przybierała wiele różnych imion, już nawet nie da się ich spamiętać i była wieloma znanymi postaciami historycznymi (np. Elżbietą Batory) oraz romansowała z niezliczoną ilością sławnych ludzi. Uwielbia krew, nawet przemianę w nietoperza, jednak ma zasadę - nigdy nie sprowadza ofiar do domu. I jest zawiedziona swoją wnuczką.

Jerne zaś jest bajkopisarką. Jako wampirzyca nie musi się martwić o jako taki byt, ale potrzebuje zajęcia dla przykrywki, więc pisze, ponieważ jest kiepska. Jednak gdy się okazuje, że wszyscy się pomylili względem jej zdolności - babcia zabrania jej pisać, żeby nie zwracała na siebie uwagi.

Oprócz klasycznej (bo z pewnością nie przesłodzonej) historii o wampirach, mamy też wgląd w węgierską kulturę i społeczeństwo, ciekawie przedstawione aspekty psychologii innych bohaterów oraz wplecione bajki o zwierzętach. Moim zdaniem jednak najfajniejsza jest tutaj babcia i w pełni rozumiem, dlaczego nie mogła znieść Jerne, bo taki wampir to... babcia miała rację.

W "Ugrofińskiej wampirzycy" występują również śladowe ilości aniołów.

Książka może nie zachwyca, niektórym zdarzało się twierdzić, że nic się tam nie dzieje, jednak mi się bardzo podobała. Wampirze perypetie rozśmieszały, ale też skłaniały do zastanowienia nad różnymi rzeczami (między innymi moralnością firm przewozowych). To lektura wymagająca, satyryczna i na pewno nie można jej czytać z nastawieniem na świetną bezwysiłkową rozrywkę. Ją trzeba docenić.

Gorąco polecam fanom wampirów dla świeższego spojrzenia! ;).

*Rok wydania oryginalnego to 2002, polskiego 2005. Dla porównania - "Zmierzch" świat 2005, Polska 2007.



A na marginesie... zapytałam wczoraj jedną z wykładowczyń, jak jest wampirzyca po niemiecku. Zrobiła dziwną minę. Nie wie. Zapytałam dzisiaj rodowitego Niemca od konwersacji - też nie wie. Czyżby wampiry istniały w Niemczech tylko w formie męskiej? Zmartwiło to mnie - i pewnie 90% feministek na świecie :D.

Wieczorny wampirzy edit: Jako wierna fanka "Zmierzchu" (o taaak! W końcu przeczytałam wszystkie tomy i obejrzałam wszystkie części filmu. No, i na tym koniec mojego fanostwa) postanowiłam uznać niemiecką wersję czwartej części tej sagi za doskonałą literaturę, żeby się dowiedzieć, jak jest wampirzyca po niemiecku. Tłumaczka ładnie, aczkolwiek mało twórczo, wybrnęła z problemu nazewnictwa. Kto by pomyślał, że to się do czegoś przyda... Ale do rzeczy - wampirzyca to Vampirfrau. Prosimy o oklaski dla tłumaczki. A poszczególne części wyrazu znaczą - Vampir, wampir; Frau, kobieta. Nie mam więcej pytań.

wtorek, 7 grudnia 2010

"Mistrz" - Andy Andrews

"Mistrza" można czytać na dwa sposoby - albo jako powieść, albo jako poradnik "jak żyć". Ta druga wersja, o wiele lepiej zauważalna, może irytować nadmiarem dobrych rad, jakie często znajdujemy w książkach Paulo Coelho. Jednak... Andy Andrews pisze zupełnie inną bajkę.

Jones wędruje po świecie ze swoją nieodłączną walizką, spotyka ludzi, którzy są na skraju podjęcia tragicznej decyzji, po czym zaczyna z nimi rozmowę. Niemal zawsze tak samo, środek dialogu się różni, ale koniec... jest taki, jak być powinien. Jones pomaga narratorowi książki - Andy'emu - po czym znika. Jones zawsze znika.

Oczywiście mamy do czynienia z oczywistościami (dobór słów celowy ;)), ale z własnego doświadczenia wiem, że je właśnie najtrudniej zauważyć i zastosować w życiu. Jones zmusza ludzi do popatrzenia na wszystko z innej perspektywy i odkrycia złotego środka, który pozwoli naprawić życie i nastawienie do niego. Znaleźć jakiś drobny cel, poprawić stosunki z ludźmi.

I nade wszystko - książkę czyta się bardzo dobrze, szybko i z zainteresowaniem. Więc anty fani Paula Coelho nie muszą się niczego obawiać. Jest to historia bardziej podobna do "Sekretu", jednak mniej skomplikowana. I... nie sposób nie polubić Jonesa. Ja osobiście bardzo go lubię, a książkę polecam.

Otrzymałam ją do recenzji od wydawnictwa Otwartego. Dziękuję.


I przepraszam, ale... jakoś znowu mam zły dzień, więc recenzja pozostawia sporo do życzenia. Mimo wszystko książka bardzo mile mnie zaskoczyła. Sama popatrzyłam na życie z innej perspektywy ^^.

niedziela, 5 grudnia 2010

Desert flower - Sherry Horman (2009)


Co to znaczy, być kobietą?

Czy trzeba cierpieć tylko po to, by zadowolić mężczyznę? Umrzeć - dla mężczyzny? Być nikim - by mężczyzna mógł być kimś? Czy życie kobiet zależy wyłącznie od życia mężczyzn?

U nas może nie. Ale jest wiele miejsc na świecie, gdzie tak właśnie postrzegane jest bycie kobietą.

"Desert flower" jest filmem nakręconym na podstawie biografii Waris Dirie "Kwiat pustyni". Dotyka bardzo trudnego tematu, jakim jest obrzezanie kobiet i skutki, jakie ów czyn za sobą niesie. Pięknie został pokazany ból. W słowach, twarzach, oczach. Ale też nadzieja. Jej niewielka iskierka w całym nieszczęściu, jakiego doświadczają kobiety.

Naprawdę trudno jest mówić o filmie, który wzbudza takie uczucia. Powiedziałabym raczej, że jedynym wyjściem, by zrozumieć, o czym mówię, jest go obejrzeć. To naprawdę piękny film, nawet jeśli opowiada o cierpieniu. A może właśnie dlatego.

Z tego powodu nie polecam - po prostu odsyłam Was do niego. Powinien obejrzeć go każdy. I wypłakać swoje.


Post dedykowany Arii, gdyż tylko dla Ciebie, kochana, zdołałam się zmusić, by napisać cokolwiek.

sobota, 4 grudnia 2010

Salt - Phillip Noyce (2010)

Angelinę Jolie darzę niemal bezgranicznym uwielbieniem. Jest świetną aktorką, idealnie przystosowaną do ról, które obiera. I "Salt" pod żadnym pozorem mnie nie rozczarowało.

Angelina stała się prawdziwą kobietą (nie, żebym kiedykolwiek w jej kobiecość wątpiła). Jej role są dojrzalsze, nawet jeśli film, w którym gra, po raz kolejny należy do kina akcji. Coraz lepiej potrafi wcielić się w postać, ogarnąć nowe psychologiczne aspekty, pokazać, że zasługuje na każdą zdobytą przez siebie nagrodę i nawet na te, których nie udało jej się zgarnąć. Emanuje niesamowitym seksapilem i, chociaż jej uroda nie należy do wybitnych, jest uznawana za jedną z najpiękniejszych kobiet świata. I definitywnie należy do grona moich ulubionych aktorek (obok Meryl Streep, Amandy Seyfried oraz Audrey Hepburn i Kate Winslet - z czego te dwie ostatnie to tak, by zapełnić worek aż po brzeg). I chyba jedynym powodem, dla którego obejrzałam "Salt" był fakt, iż w nim zagrała.

Był jeszcze jeden aktor, który mnie zaskoczył. To Daniel Olbrychski. Szczerze się nie spodziewałam spotkać w tym filmie żadnego polskiego aktora, ponieważ polskie kino to raczej niedostępna enklawa, poza którą nie wydostaje się nic, ani też nic nie napływa do środka. Dostrzegłam, że jest on naprawdę dobry w tym, co robi.

Ale może powiem coś o samym filmie. Powinnam zacząć od tego, że nie można nikomu wierzyć. W "Salt" house'owskie everybody lies nabiera całkiem nowego, dosłownego, znaczenia. Tutaj wszystko się zapętla, widz ma wrażenie, że trafił do jakiejś maszyny, z której zaraz coś wyskoczy i go zastrzeli. Ale to nie jest bezmyślny film o zabijaniu. Ta historia jest głębsza. Opowiada o poświęceniu, wierze, miłości i zasadach, których należy przestrzegać. Nie ma tutaj zaufania. Każdy jest zdany tylko na siebie.

Film jest w pewien sposób klasyczny. Ma w sobie trochę nostalgii, która nadaje mu nowego wymiaru. Co prawda ostatnia minuta może jednocześnie zaskoczyć, zniesmaczyć i zirytować (a przez co wpłynąć na odbiór całości), jednak... jestem zachwycona. Bo nareszcie ktoś tajnym potrójnym agentom dodał uczuć i wartości. A co najważniejsze - prawdziwego charakteru.

"Emancypacja Mary Bennet" - Colleen McCullough

Gdybym była Jane Austen, przewracałabym się w grobie. I już nawet nie chodzi o to, że ktoś się pokusił o napisanie ciągu dalszego "Dumy i uprzedzenia", ale o wyrządzoną bohaterom i atmosferze epoki krzywdę.

Główną bohaterką jest Mary Bennet. Środkowa córka, pogardzana przez wszystkich, zakopana w książkach religijnych. Po siedemnastu latach od akcji "Dumy i uprzedzenia" umiera matka i Mary nagle staje się wolna - oczywiście tylko w pewnym sensie. Przeciwstawia się Darcy'emu i pragnie napisać książkę o niedoli biedaków w Anglii. Pod żadnym pozorem nie chce mieć nic wspólnego z mężczyznami, a, co ciekawsze, nie zdaje sobie sprawy, że przez te siedemnaście lat stała się... piękna.

I to jest najmniej rażąca rzecz w powieści. W ciągu dalszym dowiadujemy się, że Darcy już nie jest ideałem, a okropnym despotą, że Lizzy została "kupiona". Lydia to alkoholiczka i ladacznica. Jane jest nadwrażliwą histeryczką. Bingley ma kochankę gdzieś na końcu świata (w ogóle wydaje mi się, że Colleen go nie lubiła, ponieważ bardzo szybko wyjechał i do końca książki pojawiał się jedynie we wzmiankach). Caroline została despotyczną starą panną. Kitty zaś wyszła za mąż za staruszka, który szybko umarł, przez co mogła się ona cieszyć stanem wdowieństwa, który bardzo jej odpowiadał. I to w sumie najciekawsza ze "starych" postaci.

Po przemieszaniu wszystkiego, dodaniu nieprawdopodobnych wydarzeń oraz nader naciąganych rzeczy, w czym doprowadzenie mnie do nieustannego kojarzenia z "Ojcem chrzestnym", gdy pojawiał się w książce Ned Skinner (człowiek, który zrobiłby dla Darcy'ego dosłownie wszystko), efektem stała się ta książka. Frustrowała mnie jak mało co, dopóki autorki nie zmęczyło opisywanie wszystkich bohaterów tak, jak opisywała i nie zaczęła ich powoli doprowadzać do "stanu normalności", a ja przestałam widzieć jakikolwiek związek z "Dumą i uprzedzeniem". Mimo to książka jest dość przyjemna, chociaż nie ma co liczyć na poczucie ducha epoki, ani na jakieś wybitne psychologie postaci. Mimo różnic wszystkie wydawały mi się takie same. No, może pomijając Mary. Za to ostatnie kilkadziesiąt stron jest naprawdę dobre, ciekawe i porywające. Ale to tylko kilkadziesiąt na przeszło 450...

Rzecz jasna książka nie jest jakaś tragiczna. Ale przed czytaniem nie warto się nastawiać na coś niesamowitego, bo "o, tam jest Darcy!". Bo ten Darcy to... pozwólcie, że się nie wypowiem.

piątek, 3 grudnia 2010

Stosik #4.


Całkiem prawdopodobne, że ostatni w tym roku, gdyż powzięłam święte postanowienie, że do końca roku nie kupuję już żadnej książki. I nic mnie do tego nie zmusi. Ostatnim moim tegorocznym nabytkiem jest pakiet trzech części Sukuba Richelle Mead. W sumie jedynie zapakietowanie go było w stanie sprawić, bym w końcu zdołała sięgnąć do portfela ^^. Wszystkie części czytałam, jednak w eBookach, więc ich nie recenzowałam. Aczkolwiek w styczniu wychodzi piąty tom i najprawdopodobniej go kupię (jednocześnie z czwartym, którego w pakiecie nie było :D). A skoro jesteśmy przy mrocznych istotach i wydatkach, pojawiło się pewne odstępstwo od mojej zasady. To "Ugrofińska wampirzyca", o której marzyłam od kilku lat, gdy gdzieś przeczytałam jej fragment. Teraz na Allegro była za piętnaście złotych i w dodatku z darmową przesyłką. To wręcz grzech nie kupić! Ale zasada... więc poprosiłam ojca, by mi ją kupił. W taki właśnie sposób łamie się prawo :D. Już jestem prawie w połowie.

W ramach rozmowy o wampiryzmie nie mogę nie wspomnieć o "Wampiry same o sobie", które wygrałam w konkursie na Lubimy Czytać i przyszło wczoraj, a dzisiaj poczłapałam na pocztę, by osobiście przynieść do domu. C.S. już zaciera sobie rączki na tę książkę ;). A skoro o wygranych... na samym szczycie są dwie książki, które wygrałam w losowaniu u Anety. Co ciekawsze - książki przyszły do mnie rozpakowane i to doszczętnie. Najwidoczniej miały paść ofiarą złodziei pocztowych, którzy chyba nie są miłośnikami literatury. I całe szczęście! Musiałabym poradzić sobie bez książek! Tą na samej górze jest (nie widać tytułu) kryminał z Arsenem Lupin, co wywołało u mojej mamy okrzyk ekscytacji. Chociaż, gdy odbierała paczkę, przeczytała, że to o Sherlocku Holmesie i była święcie przekonana, że tak jest wielkimi literami napisane na okładce ;)). Wyprowadziłam ją z błędu.

Na stosiku znajdują się jeszcze dwa egzemplarze recenzyjne - "Okruchy przeszłości", które otrzymałam od wydawnictwa Prószyński (zresztą bardzo tę książkę chciałam, gdy zobaczyłam ją w zapowiedziach wydawnictwa) oraz "Mistrz" od wydawnictwa Otwartego.

Co prawda parę książek jeszcze powinno być w drodze do mnie, jednak... pozwólmy się łudzić, że to ostatni stosik w tym roku. Poprzedni już prawie przeczytałam ^^. A jutro powinna się pojawić recenzja "Emancypacji Mary Bennet".

Dobranoc!

środa, 1 grudnia 2010

"Ptaszek, dzwonek i ja. Dzieła wybrane" - Misuzu Kaneko

"Ptaszek, dzwonek i ja" to jeden z wierszy reprezentujący zbiór (chociaż niestety nie pełny) twórczości japońskiej poetki dziecięcej Misuzu Kaneko.

Misuzu przedstawiła w swoich wierszach świat widziany z perspektywy dzieci. Świat bez upiększeń i pozorów. Świat pełen magii w najpospolitszych rzeczach, którą tylko należy odkryć. Ciężko doszukiwać się w tych wierszach wybujałych walorów. Są to wiersze proste, niczym nieupiększone. Zmuszające do przemyśleń nad miejscem, w którym żyjemy. Nad znaczeniem natury, rodziny, miłości, przyjaźni, Boga, samotności... I dziecięcej filozofii.

Dzieła te są subtelne, czasem można powiedzieć, że naiwne - ale to samo można powiedzieć o dzieciństwie. Czasem prawdziwość wrażeń, nie skalana konwencjami, staje się dla dorosłych osób objawieniem. I ja też na to patrzyłam w ten sposób, chociaż wciąż jestem gdzieś na granicy bycia dzieckiem z całego serca i osoby dorosłej, rozważnej. Te wiersze pomogły mi popatrzeć na świat z perspektywy już niemal przeze mnie zapomnianej. Prostej, cudownej, szczerej.

Ciężko się wypowiadać na temat poezji, gdyż, o ile proza należy do literatury powszechnej i pochłanianej przez jednak znaczną część społeczności, wiersze są kwestią bardzo indywidualną i naprawdę ciężko stwierdzić, co spodoba się drugiemu człowiekowi. Ja sama czuję niechęć po licealnych igraszkach z arkuszami maturalnymi, jednak gdy przeczytałam recenzję tego zbiorku u Owarinai Yume, wiedziałam, że mi się spodoba. Ale nie spodziewałam się... że odpłynę w taką cudowną krainę pełną dziecięcego śmiechu i łez, które sprawią, że wszystkie stresy odejdą w niebyt, a ja znowu będę szczęśliwa w swoim własnym świecie. Ta poezja jest dla mnie uzdrawiająca. Wręcz niezbędna. Na zachętę przedstawię jeden z wierszy:


O królu, który kochał złoto

W złoto obrócił swój pałac
Król, który kochał złoto.

Wszystko, czego dotknęły dłonie król,
także róża, było złote.

W ramionach króla
Nawet księżniczka była złota.

Tam, gdzie sięgnęły ręce króla,
Cały świat, wszystko było złote.

Ale zaraz, chwileczkę!
Przez cały ten czas
Niebo pozostawało niebieskie.