niedziela, 28 lipca 2013

"Siła strachu" - Koethi Zan



Sara i Jennifer są najlepszymi przyjaciółkami. W związku z traumatycznymi przeżyciami w przeszłości tworzą sobie tzw. „Listę nigdy” – rzeczy, których dla własnego bezpieczeństwa nie powinny nigdy robić. Ich życie polega głównie na unikaniu sytuacji stwarzających zagrożenie. A jednak okazuje się, że ich doskonale zaplanowany sposób działania ma pewną lukę. I mimo powziętych środków ostrożności trafiają w ręce psychopaty.

Dziesięć lat po ucieczce okazuje się, że ich oprawca ma wkrótce wyjść z więzienia. Sara w swoim sterylnym świecie nie chce mieć z tym nic wspólnego, jednak okazuje się, że ma szansę odnaleźć ciało przyjaciółki i porzuca swoją terapeutkę, doskonałe białe mieszkanie i jego bezpieczne ściany – wychodzi do świata, czego nie zrobiła od lat. I mimo panicznych lęków dotyczących niemal wszystkiego rzuca się w ramiona niebezpieczeństwa – by odzyskać, choćby tylko fizycznie, osobę, którą kochała najbardziej.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam jakiś thriller (zapewne niedawno), ale jestem pewna, że „Siła strachu” (swoją drogą oryginalny tytuł „The Never List” uważam za o wiele bardziej trafny, choć marketingowo może słabszy) pozostanie w mojej pamięci na długo. Książka ta aż kipi od emocji – choć raczej tych destrukcyjnych typu strach – i pokazuje życie po traumie. Życie w kilku różnych odmianach, bo w końcu każdy radzi sobie z problemami inaczej, co autorka świetnie pokazała na bohaterkach. Strach nigdy nie jest na tyle silny, by nie móc znaleźć w sobie motywacji do działania. A czasem można zepchnąć go na dalszy plan i prowadzić normalne życie. To zdecydowanie najlepszy aspekt tej książki. Sama historia też jest fascynująca, choć nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia. Najsłabszym punktem jest zakończenie – co prawda zaskakujące, ale wymagające wyjaśnienia, jak do tego wszystkiego doszło. Dla mnie jest zdecydowanie niewystarczające, wręcz frustrujące i moje początkowe oraz środkowe zachwyty nad książką bledną z winy rozwiązania całej sprawy. Jest ono zwyczajnie bez treści.

Choć Jeffery Deaver twierdzi, że to genialny thriller psychologiczny (a w końcu to on stworzył „Kolekcjonera kości”, więc chyba wie, o czym mówi), to czytając zakończenie, zupełnie się z nim nie zgadzam. Bez dobrego zakończenia książka traci sporo ze swojej wartości. Wstęp i rozwinięcie są również wg mnie genialne, ale koniec jest zupełnie niewart tej książki. Świetne postacie oraz panujące od samego początku napięcie nagle znikają. I nie pozostaje nic poza irytacją.

Książka jest bez wątpienia godna polecenia, ale – jak robiła to jedna z bohaterek literackich, której imienia niestety teraz nie pamiętam – radziłabym przerwanie czytania książki jakieś trzydzieści stron od końca. Bo gdy autorka chce dojść do jakiejś konkluzji, sama się gubi w swoich własnych komplikacjach. Mam wrażenie, że chciała tylko napisać książkę, a zakończenie napisała byle jak, bo skończyć jakoś trzeba… Mimo to nie radzę się zniechęcać. Oprócz ostatnich stron książka jest naprawdę świetna.

poniedziałek, 22 lipca 2013

"Akademia Wampirów" - Richelle Mead



„Akademia Wampirów” jest najbardziej znaną serią Richelle Mead. Ja sama pokochałam tę pisarkę, czytając serię o sukubie, potem zaś poprawiałam sobie nastrój „Córką burzy”. Niemniej nic tak dobrego jak Sukuba nie znalazłam. Nie bez powodu sięgnęłam po „Akademię…” – książki Mead są jednymi z ciekawszych urban fantasy dla nastolatek, a poza tym lubię wiedzieć, co się dzieje wśród wampirów.

Wampiry Mead – przynajmniej w tej serii – nie uciekają z wrzaskiem przed słońcem, potrafią używać magii i nie ruszają się bez ochrony. Żyją w świecie, w którym polują na nie strzygi, a wampiry z niewyjaśnionych (a może mało przekonujących) przyczyn nie potrafią sobie same z nimi poradzić. Główną bohaterką jest Rose – opiekunka (choć nieoficjalna) i zarazem przyjaciółka wampirzej księżniczki Lissy. Lissa ma tajemnicę, w której ukryciu pomaga jej Rose. Dziewczyny są w stanie zrobić dla siebie wszystko. Dlatego uciekają ze szkoły, tytułowej akademii, by się ochronić. Książka zaczyna się od złapania ich i zawiezienia tam z powrotem.

W książce jest trochę romansów, intryg, kłamstw i tajemnic. Jak zresztą w każdej książce przeznaczonej dla nastolatek. Główną zaletą jest fabuła, a także Dymitr. Dlaczego mam słabość do męskich postaci? Co prawda nie powiedziałabym, że na miejscu Rose od razu bym go zniewoliła, niemniej jestem pewna, że po kilku kolejnych tomach będę w nim całkowicie zakochana. To jeden z tych nielicznych mężczyzn, którzy wiedzą, co to poczucie obowiązku, nie są sterowani przez libido i potrafią przewidzieć konsekwencje swoich czynów (choć bez wątpienia w kolejnych tomach zmieni zdanie na ten temat, albo przypadkiem znajdzie złoty środek).

Nie przemawiają do mnie wampiry posługujące się magią, sama idea ich trzęsących się przed strzygami również jest wg mnie trochę naciągana, ale Rose i Lissa oraz ich więź są fascynujące. Jestem niezmiernie ciekawa, co autorka zamierza z tym dalej zrobić. To przyzwoita książka, z całą pewnością nie będę wygłaszać nad nią peanów, ale na wielką krytykę też nie zasługuje.

poniedziałek, 15 lipca 2013

"W gąszczach mroku" oraz "Nocny drapieżca" - Amelia Atwater-Rhodes





„Kształt demona” wydaje mi się póki co najsłabszy w serii. Trzeci tom, „Nocny drapieżca”, zaś najlepszy. Występuje w nim niewolnica, łowczyni wampirów. Bardzo ciekawa postać, którą wyjątkowo polubiłam. „W gąszczach mroku” kolejna zraniona dziewczyna, potężna wampirzyca pałająca żądzą zemsty. Seria nie jest więc jedną historią, a raczej poszczególnymi elementami wymyślonej przez autorkę mitologii, które w pewnym momencie zapewne poskładają się w całość. Pewne postacie się powtarzają, ale nie na tyle konsekwentnie, by trzeba było czytać tę serię w kolejności wydania.

Gdyby autorka pisała dłuższe opisy, popracowała nad dialogami, mogłyby być z tego naprawdę rewelacyjne książki. Postacie i wydarzenia są barwne, mimo że zostały potraktowane trochę po macoszemu (ile bym dała za to, by móc się całkowicie zatopić w tym świecie!), wciąż są wyraźne – mało komu w tak niewielkiej ilości słów udaje się zamknąć to, co najważniejsze w książkach – świat. Ten jest co prawda malutki, niczym planeta Małego Księcia, jednak istnieje i to się ceni.

Po tych trzech tomach dochodzę do wniosku, że autorka miała sporo kompleksów, z których leczyła się, pisząc. Zrozumiałe - robię to samo. Naprawdę jestem ciekawa, jak teraz pisze. Po tylu latach jej warsztat powinien się bardzo rozwinąć – miała potencjał. Jeśli go nie wykorzystała, czuję się osobiście urażona.

czwartek, 11 lipca 2013

Na stos rzuciliśmy!

Dziś tak patriotycznie nie całkiem bez powodu. Studiuję w końcu najmniej patriotyczny kierunek świata, jestem zgermanizowana na całego i już rozważam, jak tu przeprowadzić się na drugą stronę mostu, coby adres zameldowania też mieć w tym poukładanym kraju. Dziwi mnie tylko jedna rzecz, dlaczego - do diabła - dopiero po trzech latach studiów uznałam, że rzeczą niezbędną mi do życia jest ten gigantyczny, diabelnie ciężki i tak bardzo żółty słownik, który kosztuje połowę mojej miesięcznej opłaty za akademik? (Mniejsza o to, że kupiłam go za połowę ceny, bo ktoś był taki miły i wystawił na Allegro...) Chyba nareszcie staję się germanistką. Mam w końcu Dudena. Swoją drogą - trzeciego już! Mam słownik wymowy, mam też tę malutką książeczkę o bezużytecznej wiedzy językowej. I dziwić się potem, że śnią mi się wyprawy do biblioteki, gdzie zamawiam "Deutsche Grammatik" Helbiga/Buschy, które przecież tak radośnie stoi na mojej półce od dwóch i pół roku? Muszę przyznać, że to była jedyna zaleta studiów na UJ - kupno tej książki. W przeciwieństwie do słownika wymowy, do którego od chwili zakupu zajrzałam może dwa razy i to wcale nie dlatego, że mi to było potrzebne, Helbig jest użyteczny. Nie bez powodu nazywa się go "biblią germanistów".

Ale jestem też patriotyczna, coby nie było! Jakoś naszło mnie na "Pana Samochodzika". Na przełomie podstawówki/gimnazjum przeczytałam chyba wszystkie tomy - oczywiście te Nienackiego, bo po Tomasza Olszakowskiego i innych heretyków (tak, wiem, że Olszakowski to mój - już nie - ukochany Pilipiuk, ale wciąż ciężko mi się przekonać, że ktokolwiek poza Nienackim może o Samochodziku pisać) jeszcze się nie odważyłam sięgnąć. Z dwunastu tomów mam obecnie pięć za wyjątkowo okazyjną cenę. Boże, dziękuję ci za Allegro! Naprawdę. Może w końcu uzbieram całą kolekcję. Lata temu miałam takie marzenie... Zresztą to doskonałe lektury na wakacje. Jeśli w moim napiętym grafiku znajdę czas, to bez wątpienia przeczytam je jeszcze raz. Ach, ta książka, której tytułu nie widać, to - nomen omen - "Pan Samochodzik i Niewidzialni".

Jeszcze trzy książki, za które zapłaciłam znowu grosze, to moje zdobycze z biblioteki. Książki Maurice'a Druona chciałam mieć, odkąd pojawiło się nowe wydanie. Nie wiedziałam nawet, że było jakieś stare. Mary Poppins kojarzy mi się z moją przyjaciółką, więc uznałam, że dowiem się, z czym się ją je. Poza tym brzmi jakoś sympatycznie. I na koniec Andre Norton i skojarzenie z drugą przyjaciółką. Poza tym siedzę ostatnio w czarownicach (przynajmniej myślami, jak to zwykle latem bywa), więc tematyka pasuje. Także do stosu, prawda? Ale ja tam ich palić nie zamierzam.


niedziela, 7 lipca 2013

"Rytuał babiloński" - Tom Knox



Tom Knox zabiera swoich czytelników w kolejną podróż – tym razem z Anglii, poprzez Francję do Amazonii, by przedstawić tajemnice zakonu templariuszy, wierzenia i skarby dawnych cywilizacji oraz wyjaśnić, czym jest śmierć.

„Rytuał babiloński” jest historią, która stoi na pograniczu thrillera, powieści przygodowej oraz Dana Browna. Owszem, uważam tego pisarza za odrębny gatunek literacki – w końcu jego nazwisko niesie ze sobą pewien schemat i oczekiwania. Dokładnie to samo można znaleźć w najnowszej książce Knoxa – doprawione oczywiście antropologią i zdecydowanie bardziej krwawymi śmierciami, niż te, na które pan Brown poważyłby się w swoich najmroczniejszych snach. Niestety nie uważam ponownego roztrząsania tajemnic templariuszy za dobry pomysł. Panie Knox, może pewne motywy dobrze się sprzedają, ale po jakimś czasie stają się zwyczajnie nudne. A wtórność rzadko kiedy okazuje się dobra.

Książka zaczyna się od serii brutalnych samobójstw. Bohaterami są: wyrzucony właśnie z pracy dziennikarz, który w trakcie tworzenia swojego ostatniego artykułu spotyka pewnego naukowca, córka owego naukowca, który dopiero co wjechał samochodem w ścianę budynku oraz młoda kobieta-naukowiec będąca świadkiem owego zderzenia. I choć zwykle Tom Knox potrafi uzasadnić spotkanie bohaterów w drugiej połowie książki, to tym razem nie poczułam się przekonana, bo brakło mi punktu, w którym to naprawdę byłoby możliwe. Takich punktów jest zresztą więcej – działa to wyłącznie na niekorzyść autora, który zdawał się bardzo spieszyć w trakcie pisania. Istnieje kilka ewentualności: albo groziły mu gangi narkotykowe, albo nie miał pomysłu, albo też wydawca go poganiał, by pospieszył się z pisaniem, więc uznał, że te drobiazgi można pominąć bez szkody dla tekstu. I w ten oto sposób uważam, że trafiła w moje ręce niekompletna książka z wyjątkowo kiepskim zakończeniem, które na siłę nadawało więcej znaczenia pewnym uczuciom, pomijało pewne istotne [dla mnie] wyjaśnienia i osobiście wolałabym, żeby na końcu wszystkich ziemia pochłonęła, niż żebym dostała właśnie to, co miałam okazję przeczytać. Na szczęście sam epilog wszystko mi wynagrodził, bo zapomniałam o bohaterach, skupiłam się za to na końcu ostatecznym.

Mój całkowity zachwyt „Biblią umarłych” niestety nie przetrwał „Rytuału babilońskiego”. Choć książka sama w sobie jest dobra, fabuła niezwykle ciekawa, to wydaje mi się w pewnych miejscach niedopracowana. Jakby w pewnym momencie autor zdał sobie sprawę, że musi się pospieszyć z pisaniem. No i jeszcze ten czający się w tle danbrownizm*…

*Ostatnio weszłam w fazę tworzenia neologizmów. Myślę, że domyślacie się, o co mi w tym konkretnym chodzi.