środa, 25 lutego 2015

Recenzje filmowe - Gran Torino (1)



Z wykształcenia jestem pedagogo-socjologiem, po części też religioznawcą i filozofem, czyli interesuję się dokładnie tym, czym większość Polaków; każdy z nas zna się na stosunkach międzyludzkich, wszyscy dyskutujemy o religiach i wierze, no i wszyscy filozofujemy. Zawodowo nie zajmuję się niestety - albo może „stety” – żadną z tych dyscyplin naukowych. Czasy są dziś takie, że musiałam się odnajdywać w różnych zawodach: byłam urzędnikiem państwowym, pracownikiem administracyjnym w dużej firmie, redaktorem w kilku czasopismach, wiem również, jak chory jest nasz system opieki społecznej.
Z wyboru jestem optymistką, ale za bardzo mi to nie wychodzi, gdyż życie skłania mnie ku pesymizmowi. Lubię filmy, książki, muzykę i historię -  niekoniecznie w tej kolejności. Ciepłym uczuciem obdarzam wysokie temperatury i okna niezakryte firanką, bo można wtedy przez nie zaglądać do środka. Napisałam kilka książek – głównie dla siebie. Ale są wyjątki. Bardzo obawiam się tylko dwóch rzeczy, pierwszej znanej mi z opowiadań, drugiej z autopsji, to znaczy wojny i zimnego obiadu. A choć w dużym stopniu powyższe zdanie jest prawdą, to jednak najbardziej obawiam się złych ludzi.

W środy, choć może nie każdą, będę Wam opowiadać o filmach. Różnych. I po mojemu. Na pewno nie będzie w tym zbiorze fantastyki, bajek i dokumentu. A może czasami?... Nie mogę też zagwarantować, że będę przedstawiać wyłącznie filmy godne polecenia, bo i o tych, o których nie mam dobrego zdania, może też napiszę.
Ale do dzieła...                         


Dziś: Gran Torino - Clint Eastwood/2008/Niemcy, USA/

Outsider z zasadami

         Walt Kowalski, weteran wojny koreańskiej, cynik, który tylko wtedy dobrze się czuje, gdy ma wszystko wokół siebie poukładane, to kanciasty w obyciu, rozpamiętujący po śmierci żony sens swego samotniczego życia obywatel amerykański polskiego pochodzenia. Wdowiec, który nierzadko upiększa swój język mocnymi przekleństwami, jest raczej niemiłym facetem. Zdaje się być outsiderem z wyboru i skłonności te manifestuje nawet na łonie rodziny, bo i z nią nie ma dobrych relacji. Bohater filmu broni swej odrębności z lwim zacięciem, pije piwo w samotności, regularnie kosi swój miniaturowy trawnik i równie regularnie poleruje swój skarb, czyli oryginalny ford Gran Torino z 1972 roku. Jako rasista ma świadomość, że dzielnica w której mieszka, jest coraz bardziej opanowana przez „żółtki” i „czarnuchy”. Walt odbiera tę sytuację jak osobistą klęskę i stwierdza - o zgrozo! - że właśnie do domu obok wprowadziła się liczna, chińska, krzykliwa i rozgadana rodzina. Acha, przegania jeszcze czasami młodego księdza, który usilnie próbuje z niego zrobić przykładnego parafianina, wymyśla włoskiemu fryzjerowi i kłóci się z synami.
          Tak oto generalnie wygląda codzienność Walta. Ale tylko do momentu, gdy jego sąsiad, młody Chińczyk imieniem Thao „wchodzi z butami” w jego życie, będąc zmuszony do kradzieży samochodu Walta. Właśnie to zdarzenie zmienia relacje między zrzędliwym seniorem a chłopakiem i całą jego chińską rodziną, której intelektualny ciężar dźwiga siostra Thao, Sue.
Taka jest fabuła filmu „Gran Torino”, którego reżyserem i odtwórcą głównej roli jest Clint Eastwood. Artysta przedstawia - naprawdę bez przesady - wzruszającą historię starego człowieka. Sięga przy tym po znane schematy, nieszczególnie dbając o ich oryginalność. Na razie. Oryginalność bowiem zachowuje na sam koniec. Cóż zatem mamy w filmie? Generalnie trzy elementy: konflikt rasistowski, sąsiedzki i konflikt pokoleń. Prawda, że nic odkrywczego? Ale istota sprawy polega na tym, jak Eastwood te konflikty pokazuje, jak przeplata je z humorem z jednej strony, ale i z poszanowaniem zasad moralnych z drugiej. No i wreszcie ta fantastyczna puenta. Przyznaję, że finał jest dla mnie kluczową kwestią w każdym filmie; najsłabszy obraz jeśli ma swoje clou - rozkwita, a najwspanialsze dzieło nawet poparte genialnymi nazwiskami, jeśli nie ma suspensu – ginie marnie. Puenta w „Gran Torino” jest majstersztykiem.
Jestem prawie pewna, że Eastwood zaczął konstruować swój film nie od początku, ale właśnie wymyślił najpierw puentę. Nie zdradzając owego zakończenia, mogę tylko powiedzieć, że tak, jak Walt starał się planować swoje życie, tak zaplanował również swą śmierć. Jest to jednak śmierć tak  bardzo spektakularna, że urosła do rangi symbolu i stała się przez to jakby… wiecznie żywa. Zapachniało paradoksem? Nie szkodzi. Śmierć Walta Kowalskiego miała być karą wycelowaną w członków lokalnego gangu i miała sprowokować takie okoliczności, by nikt nie wątpił, kto był katem, a kto ofiarą.
Film ten pokazuje, jak potrafią działać starzy ludzie! Może tylko oni… Bo zdaje się, że młodzi dla bliźniego i w imię zasad moralnych już nie tak chętnie chcieliby ginąć. Nic dziwnego, że w tej kwestii weterani wiodą prym. Ford Gran Torino jest w filmie symbolem starych czasów, których nic zhańbić nie może. Gdyby Walt zginął na początku filmu, kiedy był „tylko” zaciekłym rasistą, to zginąłby jedynie dla zasady, ale ginąc w ostatniej sekwencji filmu, zrobił to nie tylko dla zasady, ale i dla bliźniego. I to bliźniego, który był „żółtkiem”. Walt długo nie chciał być przyjacielem „żółtka”, ale gdy już się nim stał, to na śmierć i życie.  
                                                                                      Małgorzata Ciupińska

                            

piątek, 20 lutego 2015

"Dopóki śpiewa słowik" - Antonia Michaelis

W głębi lasu stoi dom. W tym domu mieszka najpiękniejsza dziewczyna świata. A także mrok, tajemnica i strach. Również szaleństwo. To dom wypełniony lustrami, dom o wielu twarzach. O wielu twarzach dziewczyny i młodego mężczyzny, który chce zakosztować życia, nim wejdzie w dorosłość.

Jari opuszcza dom, by przez trzy tygodnie mieć szansę coś przeżyć. Z daleka od krochmalonych obrusów matki. Z daleka od najlepszego przyjaciela i jego życia miłosnego. Jari pragnie odnaleźć siebie, nim zrobi to, czego się od niego oczekuje. W trakcie podróży, na granicy polsko-niemiecko-czeskiej, spotyka brzydką dziewczynę o pięknym głosie, z którą niechętnie idzie dalej, po czym opada z niej skóra i okazuje się, że Jari poznał Jaschę - najpiękniejszą dziewczynę świata. Z nadzieją na więcej wrażeń, daje się zaprosić do jej domu w głębi lasu i tu zaczyna się niesamowitość.

Jari traci poczucie rzeczywistości. Zapewne pomagają mu w tym muchomory, które zjada, by pogodzić się z życiem, którym nagle żyje, a z którego nie potrafi zrezygnować. Tłumaczy to sobie miłością, choć sam nie jest niczego pewien. Wie, że nie jest bezpieczny. Wie, że nie robi nic mądrego. Mimo to brnie dalej w ciemny las, aż traci możliwość ucieczki. Dla kogo lub czego to robi?

"Dopóki śpiewa słowik" to thriller. Magiczny, niesamowity, ale thriller. To nie bajka ani baśń, choć na pewno znajdziemy tu elementy "Czerwonego Kapturka", czy "Królewny Śnieżki", splecione ze sobą w mistrzowski sposób przez Antonię Michaelis i przeniesione do czasów współczesnych. Zagadkę odkrywamy stopniowo, krok po kroku, dajemy się zwodzić. Idziemy coraz głębiej w las, tak samo jak Jari - ten głupi Jari! - choć wiemy, że za każdym drzewem czai się niebezpieczeństwo. W końcu nie tylko on chce się dowiedzieć, jakie sekrety skrywa dom.

Mimo wszystko jestem tą książką trochę rozczarowana. Momentami się dłużyła, miejscami miałam wrażenie, że się powtarza, a koniec tak bardzo skojarzył mi się z zakończeniem "Skradzionego dziecka" Keitha Donohue, że w zasadzie cała reszta mogłaby nie istnieć. W porównaniu z jedną z moich ulubionych książek słowik wypada dość blado, choć posiada wszystkie cechy dobrej powieści: świetną, nie od razu przewidywalną fabułę, genialną atmosferę, bardzo dobry język, ciekawe (choć tu akurat nie jakieś szczególnie wybitne) charaktery. Odnoszę jednak wrażenie, że choć doskonale wykreowana, jest po prostu zbyt idealna i przez to mdła. Poszczególne części mnie zachwycały, jednak patrząc na całokształt z lekkim dystansem, stwierdziłam, że w nią nie wierzę. To nie książka dla mnie, choć wszystko by na nią wskazywało. To tak mocno wewnętrzne odczucie, że nie sposób go wyrazić tak, byście je zrozumieli.

Zawsze zaprzeczałam stwierdzeniu, że ideały są nudne. Po tej książce powoli się do niego przekonuję. Nie udało się tej wspaniałej kreacji mnie stuprocentowo porwać, choć wcale się nie broniłam. Bardzo dobra książka, niestety zbyt wyważona w opowiadanym szaleństwie.

wtorek, 10 lutego 2015

"Love, Rosie" - Cecelia Ahern

Po raz ostatni spotkałam się z pojęciem "powieść epistolarna" podczas przygotowań do matury z polskiego. Mówiąc krótko - dawno temu. Przypomniałam sobie o tym określeniu, czytając "Love, Rosie" - książkę Cecelii Ahern (autorki m.in. "PS Kocham Cię") wydaną wcześniej pod tytułem "Na końcu tęczy".

Nie bez powodu właśnie lekcje polskiego pojawiły mi się przed oczami w trakcie lektury. "Love, Rosie" to powieść tak bardzo epistolarna, że bardziej się nie da, ale na nowoczesną modłę. Wprawdzie tradycyjne listy odgrywają tam swoją rolę, ale nie mniejszą mają e-maile oraz rozmowy na czacie i sms-y. Przyznam, że nie jest to moja ulubiona forma, zwłaszcza gdy autorka skąpi dat i przez to nigdy nie wiadomo, ile w danym momencie bohaterowie mają lat i co się dzieje. Czasem odnosiłam wrażenie, że autorka sama się gubi w różnicy czasu i to wcale nie mniej niż ja sama.

I to jest w zasadzie jedyna wada, jaką dostrzegłam w tej książce. Dość szybko oswoiłam się z formą, problemy czasowe nauczyłam się ignorować i mogłam cieszyć się fabułą, a ona jest całkiem niezła. Gdy już oswoimy się z typowymi elementami (przyjaźń od pieluch, wyjazd jednego z przyjaciół do innego kraju, uświadomienie sobie po latach, że to nie tylko przyjaźń, ale też miłość), dostajemy sporą dawkę realizmu i tragizmu - poprzez niechcianą ciążę i konflikty aż do najmniej oczekiwanych zdarzeń, które wszystko zmieniają.

Cecelia Ahern przedstawia historię Rosie i Alexa w taki sposób, że wydaje się ona być realna. Autorce udaje się zwykle przemykać o włos od przewidywalności (choć nie zawsze), ale nawet to nie przeszkadza. Bohaterowie są nieidealni, ale sympatyczni i pełni humoru i to właśnie oni są tym, co tworzy tę historię. Nie fabuła, a osobowości. Można się z nimi solidaryzować, złościć, ale stają się przyjaciółmi. Gdy kończy się książka, robi się przykro, że trzeba się z nimi rozstać. Cóż, takie jest życie.

"Love, Rosie" nie jest lekturą wysokich lotów, ma swoje wady, obok których nie sposób przejść obojętnie, ale ogólnie pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenia. Może w końcu dam się przekonać do "PS Kocham Cię", choć nie obiecuję.

wtorek, 3 lutego 2015

"Dopóki mamy twarze" - C.S. Lewis

Czasem czeka się na coś latami, z wytęsknieniem, a gdy to nadchodzi - pojawia się również rozczarowanie. Zło zwycięża, a żaba zostaje żabą. Księżniczka umiera w swojej wieży. Bajka nie kończy się tak, jak tego oczekiwano.

"Opowieści z Narnii" mnie pochłonęły. To jedna z historii wieku nastoletniego, które wciąż ze mną są. Magia słów C.S. Lewisa trwała również w późniejszych latach, kiedy było mi obojętne, o czym pisał. Wtedy też pojawiło się "Dopóki mamy twarze". Książka ta (a może raczej wydawca?) wiele obiecywała. Wystarczy powiedzieć, że uważa się ją za arcydzieło. A ja się z tym nie zgadzam. Skoro ta książka jest manifestem przeciw bogom, ja tworzę właśnie manifest przeciwko oszukiwaniu mnie. Jak ktoś się zaklina, że daje mi do rąk arcydzieło, chcę to otrzymać. A nie jedynie dobrą książkę, z bardzo dobrymi elementami i ostatecznie słabym rozwiązaniem.

Lewis nie stanął na wysokości zadania. Powieść byłaby o wiele lepsza, gdyby pominąć element oskarżania bogów - ta część sprawia, że główna bohaterka - brzydka córka króla Glome - staje się mało wiarygodna. W przeciwieństwie do najmłodszej - pięknej - królewny. Ona przynajmniej nie zaprzecza temu, co przeżyła. Czy tak było naprawdę, czy była szalona - nie mnie to osądzać na podstawie tych dowodów, które dostałam w tekście, ale szaleństwo brzydkiej córki wydaje mi się jawne i sprawia, że pałam do niej niechęcią, ponieważ zaprzecza sama sobie i przez to rujnuje historię o wszystkich obiecywanych przez wydawcę przymiotach. To prawda, one tam są, ale ukryte pod warstwą głównej bohaterki-narratorki.

"Dopóki mamy twarze" czytało się dość ciężko w porównaniu do innych książek Lewisa. Fabuła zaczerpnięta z mitu o Erosie i Psyche miała wspaniałe podstawy, do pewnego momentu była niemal genialnie opracowana, jednak - jak już wspomniałam - jeden element sprawił, że większość zalet tej historii straciła na wyrazie, uginając się pod siłą wad. Czuję się trochę jak po przeczytaniu "Lolity" i mogę się nawet powtórzyć - otrzymałam tylko denerwującą brzydką bohaterkę zakochaną po uszy w swojej pięknej siostrze, która ostatecznie pozostaje naiwna. Tu nie ma odwagi - jest tylko szaleństwo. I brak geniuszu. Napisać mit na nowo może każdy, a po Lewisie spodziewałam się o wiele więcej. Tą książką byłabym tak samo rozczarowana, gdyby napisał ją ktoś inny. Nie jest jednak zła. Jest po prostu niewystarczająca.