wtorek, 11 czerwca 2013

"Daisy Miller i inne opowiadania" - Henry James



 Henry James jest jednym z tych pisarzy (obok Lovecrafta i Poe), z którymi bardzo chcę się zaprzyjaźnić, ale na pewnym poziomie się nie dogadujemy. Ten poziom to zakończenie. Każdy z tej trójki tworzy je tak enigmatyczne, że zastanawiam się, po co w ogóle czytałam. I choć lubię otwarte zakończenia, to w ich dziełach mi brakuje jakichkolwiek. Niemniej wciąż próbuję.

Pierwszą z czterech historii przedstawionych w tej książce jest tytułowa „Daisy Miller”. Panienka z/obok towarzystwa, do tego zakochany w niej mężczyzna zdecydowanie z wyższych sfer i oczywiście damsko-męskie gierki. O ile obserwowanie reakcji bohaterów było naprawdę ciekawe, to zakończenie oczywiście mi się nie spodobało i zastanawiałam się, skąd się wzięło oraz co miało wnieść. Zresztą „Daisy Miller” plasuje się u mnie na ostatnim miejscu z tego zbiorku.

Kolejna jest „Bestia w dżungli”. Tę historię teoretycznie znałam już wcześniej (a raczej znałabym, gdybym owych zajęć nie opuściła) i zdecydowanie jest jedną z bardziej frapujących. W końcu nie na co dzień ktoś uznaje, że czeka go w życiu coś strasznego i idzie strwożony przez życie w oczekiwaniu na to zdarzenie. I jest tylko jedna osoba, z którą ten lęk dzieli i po latach się pojawia ponownie i – o dziwo – zdaje się wiedzieć, co bohatera czeka. W tym opowiadaniu opisana jest genialna relacja między dwojgiem ludzi, których łączy wspólny sekret i temat. James rewelacyjnie opisuje głębię oraz płytkość uczuć. Tutaj też zakończenie razi mnie najmniej, bo zdaje się mieć jakieś powiązanie z treścią.

Trzeci jest „Łgarz”. Jest on kolejną historią miłosną (co mogłabym poniekąd również powiedzieć o powyższym), historią zawodu oraz zawiści. Poniekąd kojarzy mi się z „Portretem Doriana Graya” – tutaj też pewien obraz odgrywa dość istotną rolę i też obnaża duszę modela. Niemniej nie jest on tak mroczny. Jest on tylko środkiem do przekazania pewnych treści. Ta historia konkuruje z „Daisy Miller” o miano najgorszej, jednak sądzę, że ma w sobie coś ciekawego. To „coś” to po raz kolejny relacja między bohaterami – tutaj mamy trójkąt, choć działający na innej zasadzie niż ten w „Daisy Miller”, i bazuje on jednocześnie na fascynacji i nienawiści ze wszystkich stron. Chyba to stawia to opowiadanie wyżej, zdecydowanie je pochłonęłam.

Ostatni jest „Wychowanek”. Patologiczna wręcz sytuacja rodzinna, prywatny nauczyciel i genialny, chory chłopiec. James przedstawia ciekawe, choć nie tak genialne, relacje nauczyciel-uczeń, rodzice-dziecko, rodzice-nauczyciel. Historia brnie do pewnego punktu, który zdaje się nie mieć nigdy nastąpić, jednak w końcu nadchodzi, a opowiadanie się kończy. Szybko, bez ostrzeżenia, wręcz bezlitośnie. Za szybko, za krótko, zbyt gwałtownie. Choć zrozumiale, co mnie samą zaskoczyło. Jednak chętnie wyjaśniłabym Jamesowi, że zakończeniom należy dać trochę miejsca na rozbieg. Bo takie, jakie on pisał, zdecydowanie nie są moją bajką.

Henry’ego Jamesa polecałabym dla jego portretów postaci i relacji między bohaterami oraz rewelacyjnego stylu opowiadacza historii przy ognisku. Za zakończenia do tego ogniska bym go jednak najchętniej wrzuciła. Jest pisarzem ciekawym, nie dla każdego, niemniej sądzę, że warto mu się przyjrzeć – choćby po to, by stwierdzić, że to nie jest to. Ja nie jestem w pełni przekonana. Może jestem zwyczajnie za głupia, by zrozumieć, co on chciał powiedzieć. Ciekawy pisarz, bez dwóch zdań.

piątek, 7 czerwca 2013

„Pawilon Kwiatu Brzoskwini” – Mingmei Yip



Dużo wody upłynęło, nim w końcu zdołałam przeczytać tę książkę – książkę, za którą mój wzrok błądził od bardzo dawna. Koleje losu jednak sprawiły, że w końcu stałam się jej posiadaczką, jednak i to nie przybliżyło mnie do jej przeczytania. Długo czekała, aż znalazłam dla niej czas. I to był właściwy czas.

Historia ta opowiada o dziewczynce, która trafiła do miejsca dla dziewczynek pod każdym względem nieodpowiedniego – luksusowego domu publicznego. Z pozoru jest to książka bardzo podobna do „Wyznań gejszy” (przy czym pragnę zaznaczyć, że gejsze nie są prostytutkami) i – jak się okazuje dalej – w tym wypadku pozory nie mylą. Mengmei Yip stworzyła historię na bazie bestselleru, powielając wątki z powieści Arthura Goldena, jednak rozwijając swoją bohaterkę i nadając jej większej głębi, niż to było w przypadku Sayuri.

O ile „Wyznania gejszy” były niemal hollywoodzką historią, w której wszystko zdawało się toczyć wobec miłości romantycznej, głównym wątkiem w „Pawilonie Kwiatu Brzoskwini” była miłość do rodziców i chęć pomszczenia ojca. Xiang Xiang posiada wiele artystycznych talentów – jak gejsza – jednak jest zmuszona do świadczenia ciągłych usług seksualnych. I choć twierdzi, że tego nienawidzi, z książki można wywnioskować raczej, że jej się to podoba. Nie potrafi na długo porzucić życia w luksusie, do którego przywykła, a seks jest tylko (pozornie) niewygodnym dodatkiem.

Wiele jest w tej powieści mowy o przeznaczeniu, o karmie i powinnościach. Także o cierpieniu, jednak ono zdaje się być błahe. Autorka opisuje je w taki sposób, usprawiedliwia je eufemizmami, że ciężko uwierzyć, że Xiang Xiang naprawdę cierpiała. Ona sama, jako narratorka, to przyznaje, jednak z opowieści wynika co innego – że w dużej mierze była naprawdę zadowolona ze swojego losu. W przeciwieństwie do „zwykłych” prostytutek miała dobre życie, a seks był jej zawodem od tak dawna, że spowszedniał po pewnym czasie. Z perspektywy normalnego człowieka można uznać jej życie za straszne, za piekło, lecz z perspektywy czytelnika, który ma dostęp do myśli bohaterki - jest o to trudno. To jedno – oraz nieustanne zapożyczenia z „Wyznań gejszy” – nie wyszło autorce wiarygodnie. Można to bardziej potraktować jak chińską baśń o przeznaczeniu, gdzie wszystko i tak zacznie zmierzać do happy endu, który zostaje przedstawiony czarno na białym już na samym początku książki.

To „Pretty woman” w azjatyckim wydaniu. Choć piękna (nadmiar wulgaryzmów można na chwilę wyrzucić z pamięci), lekko napisana, sprawia, że chce się wprowadzić zmiany we własne życie, wciąż jest tylko bajką. Kuszącą, kolorową bajką.

Niemniej jestem ciekawa innych pomysłów autorki. Dobrze się czytało tę książkę, więc kolejne powinny być równie przyjemne (sic!) i możliwe, że nie będą powtórką innej powieści, którą już znam.

niedziela, 2 czerwca 2013

Stosik.

Maj był moją absolutną czytelniczo-blogową porażką. To pierwszy raz, gdy przez cały miesiąc na blogu nie pojawił się ani jeden post. I co śmieszne - czytałam, ale nie miałam okazji niczego skończyć. No, może oprócz "Snu nocy letniej" i "Hamleta" (ten ostatni jest przyczyną, dla której nie mam na nic czasu. Mogłabym go zrecenzować, ale obawiam się, że zmieszałabym go z błotem, bo mam go już powyżej uszu). Do tego podczytuję sobie jakąś książkę po niemiecku, czytam po raz kolejny moją ukochaną "Matkę Ryżu", a do tego bawię się z Henrym Jamesem, którego bym skończyła już dawno, ale wiem, że nie miałabym czasu na napisanie recenzji.

O, wczoraj przeczytałam jakiś komiks o wikingu! Ale uznałam, że aż takich wyrzutów sumienia nie mam, by go recenzować w ramach akcji "zapchajdziura". Maj był po prostu koszmarnym miesiącem. Bo ni to się wysypiałam, ni to coś obejrzałam (ostatnie dwa dni na raty "Vicky Cristina Barcelona"), tylko cały czas ślęczałam w moich studiach. I też gdzie indziej, ale to na moje czytelnictwo pozytywnie nie wpłynęło. Ale oficjalnie oznajmiam, że zbiorę się do kupy, gdy tylko uporam się z moją pracą z "Hamleta" (6/20 już napisane).

Stosik jest w dużej mierze urodzinowy (niemiecki), recenzyjny (przepraszam, zielenino, że nie mam dla ciebie czasu...) i zakupowy (bo pierwszy tom czytałam i zapragnęłam drugiego, a w ebooku nigdzie nie ma). Coś mnie kusiło, by pokazać dwie pożyczone książki, ale że ich recenzować za diabły nie zamierzam, to nie pokażę. Za jedną się właśnie zabiorę, bo - och, ech, wrr - też ze studiami jest połączona. A potem Hamlet.

I w ten oto sposób powstała zapchajdziura o niczym.