sobota, 27 kwietnia 2013

"Ślubny Babylon" - Imogen Edwards-Jones & Autor Anonimowy



Seria Babylon Imogen Edwards-Jones opowiada o tajnikach najróżniejszych instytucji – od muzycznego świata, poprzez szpitale aż po… śluby. I to jest właśnie tematem tego tomu.

Przeczytawszy wcześniej o skandalicznym świecie mody oraz gwiazd popu, spodziewałam się ujawnienia strasznych tajemnic wedding plannerów. I zdziwiona odkryłam, że tutaj sytuacja rysuje się zupełnie inaczej – złem nie są tym razem firmy, a ich klienci. Nawet nie tyle panny młode, co ich matki, dla których to ma być najpiękniejszy dzień ich życia. Absurdy. Wydawanie dziesiątek tysięcy funtów na zbędne rzeczy (po przeczytaniu tej książki doszłam do wniosku, że najchętniej unikałabym takich ślubów jak ognia) typu lodowy bar, czy tort, który wcale nie ma służyć do jedzenia, a do pokrojenia. Do tego zmienianie zdania aż do dnia przed weselem. Koszmar.

Jak każda książka z tej serii „Ślubny Babylon” jednocześnie potrafi przerazić i rozbawić. Wyśmiać ludzi, którzy wymyślają takie rzeczy (choć gdybym miała pieniądze, sama bym pewnie chciała taki ślub z pompą). Z drugiej strony świadomość, że panny młode tracą energię i dobry humor, które powinny im towarzyszyć tego dnia, na takie głupoty. Zdecydowaną zaletą książki (bo już nie bohaterów) jest uświadomienie mi idiotyzmu całego tego przedsięwzięcia, które wcale nie ma na celu wejście w związek małżeński, ale zwyczajne pokazanie swojej fajności.

Polecam każdej przyszłej pannie młodej. Tak ku rozbudzeniu w niej zdrowego rozsądku. I ich matkom – to ślub Waszych córek, a nie Wasz. Weźcie to sobie do serca.

„Ślubny Babylon” nie odbiega poziomem od innych Babylonów, choć czyta się go zdecydowanie bardziej przyjemnie, bo poza przenośnymi toaletami, wiele brudów na wierzch nie wychodzi – nie to co w innych.Wbrew zapowiedziom na okładce nie szokuje, choć zmusza do refleksji.

sobota, 20 kwietnia 2013

"Szamanka na szpilkach" - Anna Hunt



Szamanka i szpilki wydają się nie być ze sobą kompatybilne. Już abstrahując od samego pojęcia szamanizmu, które w materialnym i jakże racjonalistycznym świecie wydaje się być jeśli nie kłamstwem, to przynajmniej absurdem. Połączenie tego z symbolem zachodu, jakim są szpilki, przekracza wszelkie granice zrozumienia. Dlatego też spodziewałam się po tej książce niewiele – choć niesamowicie chciałam ją przeczytać – co sprawiło, że w efekcie się nią zachwyciłam. 

Anna Hunt – bohaterka i autorka – poczuła, że się wypala i potrzebuje urlopu. W ten oto sposób spontanicznie podjęła decyzję wyjazdu do Peru. Z modnej dzielnicy Londynu pojechała do kraju, gdzie dostęp do czekolady i chodzenie w szpilkach są praktycznie niemożliwe. Biedna wielkomiejska księżniczka trafia do miejsca, które z jej życiem nie ma nic wspólnego. Brudnego i dzikiego. Jednak jest coś, co ją tam zatrzymuje – absolutnie seksowny szaman. Bogaty, przystojny i denerwująco niedostępny. Oczywiście rozpuszczona bohaterka pragnie go mieć.

Szamanizm i jego przedstawienie mnie zachwyciło. Ba! ono mi pomogło w pewnych sytuacjach, w zrozumieniu pewnych rzeczy. Nie wszystko przyjęłam do siebie, ale zastanowiłam się nad pewnymi moimi dolegliwościami i okazało się, że ma to coś w sobie. I nagle rozrywkowa książka stała się dla mnie ważna. Niestety do ideału jej daleko, czysto subiektywnie patrząc zachwyca mnie całokształt, ale denerwuje mnie Anna. Chwilami zdaje się kierować jedynie swoim libido, a wiedza, którą uzyskała, gdzieś znika. Najchętniej wycięłabym z tej książki wszystkie momenty, gdy ona mówi o tym, jak bardzo marzy o seksie ze swoim szamanem. Czuć chemię między nimi, ale frustracja związana z jej życiem seksualnym chyba ją przerasta – mnie na pewno. Dlatego też ta książka może być traktowana jako rozrywkowa, a nie uduchowiająca. Gdzieś w tym znajduje się równowaga, jednak przysięgam, że jej życie seksualne zdecydowanie mniej mnie interesowało od podróży – w głąb Ameryki Południowej i w głąb siebie. Lubię to, że zmusiła mnie do przemyśleń, do emocjonalnego rozluźnienia się. Do odnalezienia się na swój sposób. 

Książka jest napisana dość prosto, ale barwnie. Spędziłam z nią niezwykłe chwile, trudno było się oderwać. Zafascynował mnie szamanizm (z przyjemnością dowiem się więcej na ten temat), człowiek i… przepadłam. Doskonale zdaję sobie sprawę, że „Szamanka na szpilkach” nie każdemu przypadnie do gustu. W mój trafiła niemal idealnie.

piątek, 12 kwietnia 2013

"Kwiaty na poddaszu" - Virinia C. Andrews



Miłość rodzicielska nie zna granic. Dlatego też czasem może się o nie potknąć i przelecieć na drugą stronę bez zatrzymywania się. Przykładem takiej nieokiełznanej miłości jest przypadek matki czwórki dzieci – bohaterów książki „Kwiaty na poddaszu”.

Tutaj mowa jest o miłości tak toksycznej, że zabiła samą siebie. To matka bez uczuć, żądna pieniądza i niedbająca o swoje własne potomstwo. Bo która matka zamknęłaby swoje dzieci w jednym małym pokoju i nie pozwoliła im go opuszczać, żeby jej ojciec się o nich nie dowiedział, a ona mogła odziedziczyć fortunę? A przy okazji notorycznie okłamywała swoje dzieci, po czym z dnia na dzień pojawiała się u nich coraz rzadziej, przez co ich życie i świat uległy całkowitej zmianie w tej trwającej kilka lat izolacji.

To książka, wobec której mam mieszane uczucia, bo choć dobrze mi się ją czytało, to miałam ochotę rzucić nią o ścianę (nie, moim Kindelkiem rzucać nie będę!), znaleźć autorkę, mocno nią potrząsnąć, a potem wrócić spokojnie do czytania. I te uczucia wcale nie wpływają na mój odbiór pozytywnie – wręcz przeciwnie. Fabuła, choć ciekawa, jest absolutnie abstrakcyjna i momentami przekracza granice absurdu. I, co najgorsze, gdy już pozna się schemat, w jakim porusza się autorka, zakończenie w żaden sposób nie zaskakuje. Powinno szokować, ale budzi niesmak. I to nie tematami tabu, które porusza, narusza i żeruje na nich w najlepsze, ale słabą stroną językową, zwyczajnie głupimi rozwiązaniami oraz banalnością. Jak widać, próba zszokowania czytelnika może okazać się czymś tak bladym, że aż śmiesznym.

„Kwiaty na poddaszu” mają jednak swoje zalety. Jest kilka drobnostek, które rzucają się w oczy i zasługują na uznanie. Sam pomysł kazirodczej miłości (co prawda bardzo słabo przedstawiony), osobowość matki (dopóki nie przekracza pewnych granic absurdu, bo nie potrafię zrozumieć, po co w ogóle zapewniała dzieci o swojej miłości, skoro tak naprawdę nic ona nie wnosiła) i babci oraz zmiana nastawienia bliźniąt oraz ich życie na poddaszu. Niestety w całokształcie zalety bledną i powstaje co prawda dość sycąca, ale pozbawiona smaku papka.

Książka ta ma w sobie coś intrygującego, jednak na razie nie czuję potrzeby czytania kolejnego tomu. Niektóre rozwiązania są jak dla mnie jednocześnie zbyt banalne i zbyt abstrakcyjne, język niezachęcający, zaś zakończenie pierwszego tomu zwyczajnie nudne. O takiej książce nie powinno się mówić, że jest przyjemna (nie ta tematyka, zdecydowanie), a jednak innego określenia dla niej nie znajdę. To jeden z niższych poziomów przyjemności.

wtorek, 2 kwietnia 2013

"Wybrani" - C.J. Daugherty



Gdy weszłam do Akademii Cimmerii, pomyślałam od razu o Hogwarcie. I tylko czekałam, aż pojawi się magia, bo podświadomie oczekiwałam od tej książki fantastyki. Tajemnicza szkoła z mrocznym sekretem? I dwóch tajemniczych chłopców oraz pytanie „Kim tak naprawdę jest Allie?”? Poza tym książkę tę odkryła brytyjska redaktorka „Zmierzchu”, więc fantastyczne zdarzenia aż się proszą o zaistnienie… A jednak okazało się, że szkoła co prawda jest wspaniała i tajemnicza, ale oprócz dwóch momentów, gdzie prawie (słowo-klucz) doszukałam się wilkołaka i wampira, to nie ma w niej nic nadprzyrodzonego.

Allie jest dziewczyną z problemami – odkąd zniknął jej brat, zaczęła obracać się w złym towarzystwie tylko po to, by coś poczuć. Została kilka razy aresztowana, aż w końcu jej rodzice nie wytrzymali i wysłali ją do szkoły, która zapowiadała się na koszmar. Ostatecznie okazało się, że wcale nie jest tak źle.

Zdecydowanie zgadzam się ze stwierdzeniami, że od tej książki nie sposób się oderwać. Owszem, jest to literatura młodzieżowa, ale wciąga bezlitośnie i pochłania czas. Na szczęście jest na tyle dobra, że pozostaje się cieszyć z tych czarnodziurowych właściwości i chwil spędzonych na czytaniu.

Najlepszym elementem książki jest sama szkoła. Ciężko dokładnie stwierdzić, co w niej fascynuje (może te mroczne i tajemnicze wzmianki o Nocnej Szkole?), ale jest ona miejscem, w którym chciałoby się spędzać czas. Z inteligentnymi ludźmi, ze służbą, z własnym pokojem (choć już wspólną łazienką) i przystojnymi facetami. Ci ostatni trochę zawrócili bohaterce w głowie, ale na szczęście szczególną głupotą się nie wykazała (w końcu to nie jest amerykańska, lecz brytyjska książka). Wręcz przeciwnie – widać rozwój wewnętrzny bohaterki oraz głębię innych postaci. Są nastolatkami, ale zdecydowanie różnymi od tych, o których można czytać w tego typu literaturze. Mają problemy, które mają swoje podstawy i nie są błahe. Szkolna mean girl nie jest bezwarunkowo zła, a przyjaźnie okazują się nie być trwałe aż po kres. Nic nie jest czarno-białe. Skala szarości zdecydowanie ma swoją rolę w „Wybranych”.

Jeśli zaś chodzi o tajemnicę szkoły – jest niezła. Co najważniejsze – realna, choć odrobinę naciągana. Wydaje mi się jednak, że autorka wolała się skupić na Allie i jej powiązaniach z Akademią. Akurat w momencie, gdy zbliża się poznanie wszystkich fascynujących sekretów, kończy się tom pierwszy, a drugiego w zasięgu ręki niestety nie ma. I co robić? Czekać. Myślę, że jest na co. Najprawdopodobniej nie osiągnie takiego sukcesu jak te wszystkie twilighty, choć zdecydowanie bardziej na niego zasługuje. Pierwszemu tomowi brakuje trochę tempa, ale poza tym nie widzę innych wad. To jedna z tych książek, które mają potencjał i w dodatku spore szanse na jego wykorzystanie.