"Zaginione wrota" - Orson Scott Card
Lubię małych, niedocenionych chłopców, którym dokuczają inni – zdolniejsi, ładniejsi i bardziej kochani. Lubię też książki o magii, która gdzieś jest, ale niedostępna dla zwykłych śmiertelników, tylko dla starych rodów. A może teraz trochę nadinterpretuję? A może to tylko sentyment? Bo dlaczego mam wrażenie, że spotkałam nowego Harry’ego Pottera, który jednak nie jest tak ślamazarnie dobry? A może dlatego, że tutaj jest moja mitologia, mój Loki. Może jednak przejdę do konkretów. A może nie? Nie bez powodu wspomniałam Pottera. Danny mi go przypominał – chłopiec o niezwykłych zdolnościach, których nikt nie widzi, a może widzieć nie chce. Ludzie, którzy chcą go zabić i wykorzystać. A poza tym jest także samotny wśród rodziny, która mu dokucza, bo myśli, że jest drakką (czyli tutejszym mugolem). I, tak samo jak w Potterze, okazuje się, że istnieje szansa na lepszą przyszłość. Bo w każdym chłopcu drzemią przecież potężne moce, prawda? Mam szczerą nadzieję, że w dziewczynkach także...