"Aniołowie Zniszczenia" - Keith Donohue
Keitha Donohue poznałam cztery lata temu, gdy w dniach, które napawały mnie niezwykłą trwogą, pojechałam do mojej przyjaciółki. Wypożyczyła ona wtedy z biblioteki „Skradzione dziecko”, którego do tej pory nie przeczytała, a ja mam za sobą już trzykrotną lekturę tej niesamowitej książki. Wtedy też uznałam Donohue za tajemniczego autora, o którym nic nie wiadomo i gdy zobaczyłam na półce w Empiku, że wyszła jego nowa książka, był to dla mnie jak najbardziej pozytywny szok. Jakbym spotkała od wieków niewidzianego znajomego. Jest to o tyle istotne, że zwyczajnie kocham twórczość tego człowieka. Nie potrafię pojąć, jak można nie dać się porwać światom przedstawionym w jego książkach. „Skradzione dziecko” było baśnią o podmiankach i relacji rodziców z dziećmi. Po lekturze „Aniołów Zniszczenia” odkrywam trochę więcej – coś na kształt próby rozprawienia się autora z tymi samymi relacjami, ale na zupełnie innej płaszczyźnie. Śmiem nawet twierdzić, że jego książki nie mają ściśle okreś...