środa, 5 sierpnia 2015

Recenzje filmowe - Kiedy Paryż wrze (19)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14), W obcej/cudzej skórze (15), Chce się żyć (16), Weekend (17), Automata (18)

Dziś:
Kiedy Paryż wrze – USA; 1964
reż. Richard Quine
wyst. Audrey Hepburn, William Holden, Tony Curtis, Frank Sinatra, Fred Astaire

Cudowne lata 60.

Na rozleniwione lato proponuję komedię! Zatem weźmy na warsztat film „Kiedy Paryż wrze”. Aby jednak nadążyć za jej wszystkimi zwrotami akcji, trzeba będzie trochę z letniego lenistwa zrezygnować. I muszę tu zaraz wspomnieć o mankamencie filmu: właśnie tych zwrotów akcji było za dużo, gdyż pod koniec spektaklu ich ilość zaczęła wręcz męczyć. Ale poza tym drobiazgiem odczułam satysfakcję, że czasu przy oglądaniu tej komedii sytuacyjnej lub komediowego romansu, albo „kina przecierającego szlaki do serc niewieścich” nie straciłam. Bo w końcu było frajdą oglądać na przykład Williama Holdena w dobrej formie i patrzeć jak jest znudzony, zdemoralizowany, ekscentryczny, i jak ze starego pożeracza kobiecych serc nagle staje się do łez samokrytyczny oraz zdobywa się na ekspiację godną wielkiej pochwały i zaczyna rokować nadzieję na poprawę swego łobuzerskiego i uwodzicielskiego charakteru.
Lekko obserwuje się pracę rąk, nóg i całego ciała głównych bohaterów, łącznie ze śmiałą prezentacją szerokiej gamy grymasów twarzy, których naturalność została celowo przerysowana, co jednak filmowi nie zaszkodziło, a jedynie nadało rysów farsy. Ach, no i oczywiście bohaterowie filmu są bardzo sprawni fizycznie, bo zdarzają im się sceny, które wymagają zręczności, zsynchronizowania czasowego i gibkości ciał, które muszą nadążyć za słowami i rytmem muzyki. Czyli taka mała farsa z aspiracjami do musicalu. William Holden i Audrey Hepburn, tworząc bohaterów scenariusza, mają na myśli… tak, dokładnie, mają na myśli siebie! Stąd tak żarliwie tłumaczą ich postawy, bo postawy te są niczym innym, jak ich własnymi postawami.
W bogatym apartamencie paryskim mieszka sobie scenarzysta, którego światowa sława „skazała” na życie playboya, lekkoducha i człowieka zmanierowanego przez zbyt dużą ilość pieniędzy. Scenarzysta jest rozbrajająco szczery, kiedy wyznaje, że trudno mu normalnie funkcjonować, gdy pracuje tylko przez pięć dni w roku, po to, by przez następnych 360 dni leniuchować, dobrze zjeść, dobrze wypić i dobrze się bawić. Oj, w takiej sytuacji nie jest łatwo takiemu „skazańcowi”. Teraz jednak Rick ma problem, bo właśnie za dwa dni upływa termin napisania kolejnego scenariusza filmu, a tu jakaś dziwna pustka w głowie i tylko widok Wieży Eiffla za oknem. Rick wpada zatem na pomysł zatrudnienia sekretarki, która ma mu pomóc w napisaniu tekstu. I tu właśnie zaczyna się inteligentna gra scenarzysty i wcale nie mniej przebiegła gra sekretarki Gaby. Oboje prześcigają się w fantazjowaniu, w dopisywaniu akapitów, ich wymazywaniu i pisaniu od nowa. Wspomnę jeszcze o efektach specjalnych; a w tym filmie elementu tego nie muszę zbyt długo objaśniać: efektami specjalnymi były cudownie marzycielskie, wielkie i przepiękne oczy Audrey.
Audrey w filmie jest obowiązkowo czarująca, eteryczna i jak zawsze w każdym filmie musi być zdobywana. To faktycznie może stać się z czasem nudne, ale taki już los tej aktorki. A Holden? O, ten amant nie zawsze był amantem, bo równie często na przykład zakładał mundur żołnierski. Zamysł stworzenia filmu w filmie? Oprócz tego, że dynamizuje obraz, to jest zamysłem starym jak świat i jak świat nieprzewidywalnym, lub jak świat przewidywalny. W filmie Richarda Quine`a puenta jest przewidywalna. Zanim dojdziemy jednak do niej, można sobie – to mówię szczerze – mniej więcej w środku filmu ziewnąć, a na końcu… A na końcu orzeźwić się, biegnąc wraz z bohaterami filmu i scenariusza zarazem między efektownie rozstawionymi fontannami tak, by leciutki deszczyk skrapiał niewinnie umykające postaci.
Ale jeśli mimo wszystko nie zaciekawi Was treść filmu i talenty artystów minionej epoki, to choć poczekajcie na chłodniutkie kropelki, których ostatnio w te upalne dni, wyczekujemy jak kania dżdżu.
  

                                                                                              Małgorzata Ciupińska